10 września 2010

Tomasz Stańko: moje Istnienie Poszczególne

Propozycja muzyczna od siebie w nawiązaniu do zdjęcia z okładki DESPERADO...

...

rozmawiała Dorota Wodecka 2010-08-01
,

Od mutantów wszystko zależy. Nie od średniej. Średnia jest od produkowania mutantów.
Dorota Wodecka: W swojej autobiografii mówi Pan, że kiedy jako dzieciak zobaczył w pociągu płaczącego mężczyznę, poczuł do niego wstręt. Dlaczego?



Tomasz Stańko: Pogardzam to złe słowo, ale ja sam nie lubię się nad sobą roztkliwiać. Jak można tak epatować swoim nieszczęściem? Mimo że byłem wtedy dzieckiem, widok płaczącego faceta tak silnie we mnie zapadł, że publicznie nie pozwalam sobie na taką słabość. Wstydziłbym się.

Kiedy zdarzały mi się traumy, zamiast skulić głowę i płakać, mówiłem: Co jest?! Do przodu!

Dzięki temu nigdy się nie poddawałem. Nawet wtedy, gdy straciłem zęby i mogło się zdawać, że moje życie jest skończone.

Nie przesadza pan?

- Nie da się grać bez zębów! Przez jakiś czas miałem cały przód złoty. Fantazja! No ale zaczęły się sypać, musiałem zmienić. Najsłabszy miałem dół, kluczowy w graniu. Ustnik opiera się na wardze zawiniętej na przód dolnych zębów. Nie trzeba go silnie dociskać, ale musi być pewnie osadzony. I nagle środkowy zaczął mnie boleć. Pomyślałem, że jak go stracę, będzie dramat. Bo jak wypada jeden, to zaraz reszta się luzuje. I wywołałem wilka z lasu. Pamiętam to jak dzisiaj. 1992 rok. Poznań. Próbowałem w hotelu przed koncertem i nagle się stało. Musiałem odwołać granie. Pierwsza myśl: Boże, co ja będę robił?! A zaraz potem: Ojciec miał rację.

Ojciec?

- Mówił, że jak mi wypadną zęby, koniec z graniem. Matka miała paradontozę, było ryzyko, że ja też mam. Dlatego namówił mnie do skończenia studiów, bym w razie czego mógł uczyć. Ale ja uczyć nie chciałem. Kupiłem tubę i zacząłem ćwiczyć po 24 godziny na dobę. Uparłem się, że się nie poddam.

Miałem to szczęście, że nie musiałem grać z nut czyjejś muzyki. Gdybym musiał dokładnie trafiać w dźwięki, miałbym dużo większy stres.

No i gdyby te zęby wypadły mi później, w wieku powiedzmy 60 lat, to już bym nie dał rady. Zabrakłoby mi czasu, by się na nowo rozegrać.



Uważa pan dziś, że zostało panu za mało czasu?

- W ogóle się nad tym nie zastanawiam. W tej chwili się liczę. Mam światową pozycję. Jako trębacz po raz szósty z rzędu jestem między piątą a ósmą pozycją w ankiecie amerykańskiego magazynu "Downbeat". Zawsze grałem z najlepszymi. Może jeszcze parę dobrych lat pociągnę w Nowym Jorku ze swoim nowym bandem? A potem emerytura. I wreszcie siądę sobie tu w Podkowie Leśnej i będę tylko myślał. Ale na razie na emeryturę nie mam czasu.

Teraz koncerty po Polsce i projekt chopinowski w Warszawie, w międzyczasie jadę grać do Finlandii, potem dwa razy Norwegia, Hamburg, Petersburg. W Nowym Jorku mam luz. Siedzę miesiąc czy półtora i nie wyjeżdżam z miasta. I mogę odprawiać przyjemne dla mnie codzienne ablucje.

Czyli?

- Rano Central Park. Biegam albo szybko chodzę. Zdarza się, że jadę w dół miasta i wracam pieszo do siebie na Manhattan, na Osiemdziesiątą Szóstą. Idę i otwieram uszy. Słyszę miasto. Rytm kroków. Każdy wystukuje inny. I to nie jest podział na trzy lub cztery, tylko znacznie bardziej skomplikowane podziały i struktury. Genialny rytm wielkiego miasta. W dodatku idealnego dla mojej tolerancyjnej osobowości. W Nowym Jorku ludzie są sobie równi. W Warszawie, jak widzę niepewnego siebie czarnego kolesia, to wiem, że na pewno zaraz jakiś sukinsyn powie mu: Ty bambusie.

Są też kluby jazzowe, w których zapisana jest historia jazzu.

A 15 minut drogi przez park mam swojego ukochanego Modiglianiego w Metropolitan Museum. Wykupuję roczne abonamenty do nowojorskich muzeów. Żeby mieć stały dostęp, kiedy tylko zapragnę.

Dlaczego pan kocha Modiglianiego?

- Przecież ten akt kobiety jest piękny! Fascynuje mnie też paradoks jego życia. Dowiaduje się, że ma gruźlicę, ale nie składa broni. Nie zapada w sobie. Wyjeżdża do Paryża i zaczyna ćpać, pić i żyć jak najgorszy wagabunda. I ciśnie tę swoją gruźlicę jeszcze kilkadziesiąt lat. Żyje na krawędzi. Więc staję przed tym aktem i ładuję się. W głowie zaczynam tworzyć muzykę. Śpiewam.

A ostatnio odkryłem estetykę brytyjskiego malarza Francisa Bacona. Nie byłem jego fanem, ale kiedy zobaczyłem zbiór jego prac, logikę i konsekwencję jego drogi, to uznałem w nim geniusza. Trzy razy dziennie chodziłem go oglądać.

Po co?

- Fascynuje mnie sposób, w jaki portretował kochanka. Odkształcał rzeczywistość z całkowicie nowoczesną manierą, zachowując przy tym piękno realizmu. Patrząc na te obrazy, rozumiem, dlaczego tak lubię melodyjne rzeczy, a potem ślęczę nad nimi, zastanawiając się, co zrobić, czy podwyższyć małą sekstę albo leciutko obniżyć dźwięk, czy przekrzywić go trochę jakąś chropowatością. Tak samo odkształcam muzykę, jak Bacon odkształcał realizm. Mam pęd do tradycyjnego piękna i do komplikacji. Odlatuję w bok. W literaturze to bliskie Faulknerowi. Odlot w bok w zdaniach i w sensach. Jego zachwiane frazy kojarzą mi się z jazzem.

Czym jeszcze jest jazz?

- Stylem życia. To "Wielki Gatsby", Nowy Jork, lata 20., kabarety, gangsterzy, Cotton Club.

Ciuchowe marynarki, które kupowałem od Wojtka Karolaka, kapelusze i kolorowe koszule w latach 70. w Krakowie.

Jazz to inność. Wolność. Ekstaza. Czułem, że pomoże mi zmienić moją niepewną w dzieciństwie osobowość. Byłem zagubiony, depresyjny i nieśmiały. Dopiero w liceum, kiedy poznałem Jacka Ostaszewskiego, odżyłem. Zacząłem grać jamy z kolegami. Zainteresowałem się sztuką i filozofią. To filozofia, a nie religia wyrobiła mój światopogląd. Wierzę w ewolucję. W to, że formą życia jest również myśl. Dźwięk, który gram. To wszystko wytwory żywego mózgu - formy życia.

Lubi się pan wyróżniać?

- Lubię. Jeszcze w podstawówce kręciłem na noc włosy na ołówku, żeby mieć rano lok. Jak bikiniarze.

Pamiętam, jak matka przerobiła mi ciemnowiśniowe sztruksowe spodnie z Unry. W tej szarej Polsce chodziłem w ciemnowiśniowych spodniach! I w kamizelce, którą też bym dziś założył. W ciemnowiśniową krateczkę. Miałem 16 lat i kiedy szedłem w Krakowie po Karmelickiej, byłem pewien, że wszyscy na mnie patrzą. Nie byłem okazałym mężczyzną, ale stylowość mi się w sobie podobała. Ważne było, bym miał superciuchy, bo wtedy czułem się zrelaksowany. Do dziś tak mam. Lubię czapki i kapelusze. Mam wspaniałe. Każdy inny. Ale ciągle się gubią, więc dokupuję nowe.

Mam pełną szafę ręcznie szytych garniturów. Buty szyte na miarę w Wiedniu i w Budapeszcie. Lubię buty i zwracam na nie uwagę. Kiedy dostawałem od Aleksandra Kwaśniewskiego medal zasłużonego dla kultury, tylko ja i Robert Korzeniowski mieliśmy ładne buty.

Ubiór jest częścią artystycznego image'u. A poza tym ja lubię rozrzucać pieniądze.

Dla image'u wydawał pan na przyjemności i hotele?

- Chciałem się świetnie czuć. Ludzie mieli mieszkania i narzekali, że nie mają jeszcze tego czy tamtego. A ja miałem to, co chciałem, i mieszkałem w hotelach. Lubię hotele. Wchodzę, rozrzucam rzeczy, nazajutrz wychodzę i znów mam kolejny czysty pokój. Późno kupiłem pierwsze mieszkanie. To była konieczność. Umarł tato i chciałem być blisko mamy. Teraz mam kilka nieruchomości, dla wygody.

Może odreagowuję tamte czasy? Ale nie czuję, bym miał dom, gniazdo. Jestem nomadą. Włóczęgą. Przenosząc się z miejsca na miejsce, zabieram tylko komputer z moją muzyką i książkami.

Ten portret w kapeluszu kto namalował?

- Marta, przyjaciółka. Piękne kolory, prawda? Też jest na nim. Widzi ją pani?

A, tak. Naga po prawej stronie.

- Mieszka w Holandii. Ostatnie kilka lat nie wiążę się z nikim.

Nie czuję, że jestem samotny. Mam córkę, znajomych, z którymi mogę się spotkać, mam muzykę. Ja jestem Istnienie Poszczególne. Nie interesują mnie grupy, patriotyzm, związek. Nie przywiązuję się do ludzi. W Nowym Jorku takie życie jest łatwe. To idealne miasto dla singli. Cywilizacja miejska obliczona na wszystkich. Jak mi odpadnie guzik albo przedziurawi się kieszeń, to nie martwię się, jak w Polsce, gdzie i kto mi to przyszyje. Albo o to, kto mi wyprasuje garnitur. W Nowym Jorku mam trzech krawców koło siebie. Zwężają mi spodnie, przyszywają guziki.

Kobiety nie chciały ich panu przyszywać?

- Nie za bardzo. Uważały, że ta czynność jest dla nich uwłaczająca. No, ale ja kobieciarzem nie byłem nigdy.

A Ula? Buszka? Lechna? Joanna i Małgorzata? Iwona? Jeszcze wyliczać?

- Skończmy. To one mnie podrywały. Ja byłem za leniwy. Poza tym muzyka przyciąga kobiety. Swoją energią i malowniczością.

Co je łączyło?

- Siła. Nie lubię słabych kobiet. No, ale silne nie lubią się podporządkowywać.

Ulka już nie żyje. Była pierwszą moją miłością. Cholernie zaborcza. I zazdrosna o haszysz. Kłóciliśmy się, biliśmy, rozstawaliśmy i wracaliśmy do siebie.

Potem kochałem Lechnę. Piękna. Ma po mnie straszną traumę. Nie wiem dokładnie, co jej zrobiłem, bo żyłem wtedy w malignie. Cały czas pijany. Musi mieć do mnie żal. Może ją kiedyś spotkam i wybaczy mi.

Iwona opisała życie z Tomaszem Stańko w "Skandalach".

- To był początek tego typu publikacji. Przywaliła z całych sił. Bez pardonu. Opisała nasz wspólny wieczór, można powiedzieć pornograficzny. Ale nie mam żadnego żalu. Bardzo mi się jej wiersze podobały. Były czarowne, czytałem na haju.

Buszka paradowała nago po Hotelu Europejskim w Krakowie.

- Buszka była tancerką i kochała balet. Chwała Bogu, nie usłuchała moich moralizatorskich porad i została przy tańcu. Wyjechała do Stanów i prowadzi szkołę tańca. Do tej pory spotykamy się, bardzo ją lubię.

Nie wiedziałem, że poszła nago na recepcję po zapałki. Kiedy mi je wręczyła z tym swoim charakterystycznym uśmiechem, zapytałem, czy tak zjechała windą na dół. Och! Ona kochała skandale! A ja kochałem ją za to.

Chwilę potem wpadło ZOMO. Przyjąłem ich w płaszczu narzuconym na gołe ciało. No i wywalili nas z hotelu.

Z Joanną pan się ożenił.

- I wyjątkowo to nie ona mnie zdobyła. Obojgu nam zależało na sobie od początku. Malowała obrazy, słuchała dobrej muzyki. Nie wtrącała się w moją muzykę. Nie chciała mnie nawracać. W dniu ślubu poczęliśmy Anię, naszą córkę. A ja nie zmieniłem trybu życia. Non stop upierdolony. Ogarniało mnie szaleństwo. Mogłem iść dwa tygodnie. W kieszeni miałem grudki haszyszu, amfetaminę, pastylki, flaszkę i tasak. Na głowie chustkę, którą wiązałem pod szyją. Na to kapelusz. Nosiłem się jak Peruwianki.

Raz ocknąłem się gdzieś w polach koło Bolesławca. Jacyś faceci, postawne bydlaki idą ze mną. Mamy flaszkę. Nagle jeden z nich każe mi zdjąć z palca mój złoty pierścionek. Wtedy instynktownie poczułem, że nie jest bezpiecznie. Uciekłem od nich.

Joanna nie była w stanie znieść takiego życia. Ale jesteśmy sobie bliscy. Spędzamy razem święta.

Nie próbowała namawiać pana, by zmienił życie?

- Nikt nie może mnie nawracać. Nie dam się. Od razu mam blokadę. Ja nie potrzebuję w kobiecie opiekunki. Widzę u kolegów, że żona ich pilnuje, czy piją, czy nie.

Ja sam siebie pilnuję. Zawsze i we wszystkim. Nienawidzę, jak mi ktoś czegoś zabrania. Więc mam kłopoty ze związkami, bo tu się często trzeba nagiąć, a ja nie lubię się naginać.

Są faceci, którzy lubią być nawracani. Poddają się, ale tak naprawdę tylko po to, by rządzić kobietą. By im na kacach zdobywała flaszkę.

Małgorzata wytrzymywała moje zjazdy. Po czterech tygodniach ostrego brania orientowałem się, że za cztery dni mam koncert i muszę nagle wyhamować.

Zawsze bez pomocy medycznej. To trudniejsze, ale trzeba wytrzymać ten ból i to rzyganie, bo detoks bez prochów przychodzi szybciej.

Dwa dni musiałem być sam. Dopiero potem prosiłem ją, by przychodziła. Siedziała przy mnie nieruchomo. Kochała te momenty, kiedy mogła mi pomagać. Cierpła, gdy znów nakładałem na głowę chustę. Uciekała i czekała, aż skończę i zadzwonię do niej.

Okropne.

-Przyznaję. Ale podobał mi się taki sposób życia. Pogoń za iluminacją. Za innością. Za tym, czego nie ma. Jestem artystą i ciągnie mnie do tego, czego nie ma.

I jestem egoistą. Liczą się tylko ja i moja muzyka. Małgorzata zarzucała mi, że tylko o tym mówię. Że nie żyję jej życiem. Rozstaliśmy się, kiedy po remoncie zorientowała się, że mam w mieszkaniu tylko jeden fotel. Dla mnie.

Nie chciałby się pan jeszcze zakochać?

- Na brak towarzystwa kobiet nie narzekam. One zawsze się kręcą koło sztuki. Młode i piękne. Miles Davis powiedział, że jeśli na koncerty nie przychodzą piękne dziewczyny, to lepiej przestać grać. Bo to znak, że muzyka już nie uwodzi.

Ale o kobietę trzeba walczyć. Tym bardziej, im bardziej jest się starszym. A ja nie lubię i nie chcę. Nie mam natury wojownika i wcale nad tym nie boleję. Walka bardzo demoralizuje, bo musi być zwycięzca i przegrany. Nie mam też predyspozycji do niej. Jestem słaby fizycznie, drobny i nigdy w życiu się nie biłem. Mam opinię, że jestem silnym trębaczem. Że gram wysoko i bardzo mocno. A ja nie mam wielkiej siły tylko używam techniki. Improwizuję. Przenoszę na dźwięki swoją intuicję.

Muzyka dodała panu pewności?

- Nie wiem. Wydaje mi się, że wciąż jestem nieśmiałym facetem. Tylko umiem tę nieśmiałość wykorzystać. Mój kumpel, pewny siebie, powiedział, że moja strategia jest lepsza. Bo on idzie jak taran. Bez wątpliwości. I bywa, że się rozwala na murze. A ja obiegam mur tak długo, aż w końcu znajdę dziurę i przejdę na drugą stronę. Albo przeskoczę. Trzeba tylko wierzyć w siebie. Skoro przetrwaliśmy na ziemi jako gatunek tyle lat, niosąc w sobie genetyczną pamięć bakterii i innych naszych przodków, to wszyscy jesteśmy niezwykli.

I pan wierzył, że skończy z haszyszem, wódą, heroiną i amfetaminą?

- Kiedyś przeczytałem wywiad z Hendrixem. Sędzia zapytał go, czy ma jeszcze heroinę. Odpowiedział, że nie, bo tylko dzieci się tym zajmują.

To prawda. Dzieci mają ochotę eksperymentować z mózgiem, z uczuciami. Ale trzeba z tego wyrosnąć. Wiedziałem, że moje ciągi to stan przejściowy. Przyznam długotrwały (śmiech). Ale koniec! Trzeba dojrzeć i brać za siebie odpowiedzialność w każdej sytuacji. Człowiek, pokonując siebie, walcząc ze sobą, bardziej poznaje siebie, a poznawszy, może kontrolować wszystko.

To Balcerowicz sprawił, że pan dojrzał?

- Wtedy skończyły się czasy, kiedy po powrocie z trasy za zarobione pieniądze można było żyć przez dwa miesiące beztrosko. Skończył się drogi dolar. Padła komuna i trzeba było się ustatkować i zacząć dbać o swoje interesy.

Wiedziałem, że jestem bardzo uzależniony. Że staczam się po równi pochyłej w dół.

Rzucałem długo. Zmniejszałem ilość. Najpierw odstawiłem hasz do grania. Potem alkohol. Zacząłem uprawiać jogę i medytować. Bardzo mi pomogło bieganie. Wydzielane endorfiny wprowadzały mnie w stan haju. Wtedy powstała "Morning Heavy Song", jedna z najlepszych moich kompozycji. Mój pierwszy zupełnie trzeźwy utwór. Czułem się wtedy, jakbym brał jakiś najsilniejszy narkotyk. W karku rozchodziło się drętwienie, jak od przyłożenia lodu. Jak wtedy, gdy idzie ciężki haj.

A kiedy wypadły mi zęby, uzmysłowiłem sobie, że jestem już wolny. Życie mi się wywaliło, a ja nie pomyślałem o tym, by się napić.

Samotnie pan rzucał?

- Tak. Bo to jest kwestia postanowienia. CHCIAŁEM. To kluczowe słowo we wszystkim. Sukinsyny kłamią, opowiadając, że chcą coś zmienić, rzucić. To tylko gadanie. Bo najtrudniej jest chcieć. Trzeba sobie wszystko poukładać w głowie. Potem już nie jest konieczna żadna wielka siła. Powiedzenie sobie, że ja chcę, zajęło mi kilkanaście lat. Rzucając, nie mówiłem, że już nigdy więcej. Bo to tak, jakbym był kaleką i nie mógł sobie na coś pozwolić. Ja mogłem, tylko nie chciałem.

Odmawiając, nie wzdychałem: "O Boże, nie mogę". To koszmar takie umartwianie. Mówiłem NIE. Bez żadnego argumentu, czy to dobrze, czy źle. NIE, BO JA TAK CHCĘ.

Mogę robić, co chcę, a tego akurat nie chcę.

I nie miałem żadnego ostatniego razu. Rozpaczliwy ostatni raz to pomyłka. Utrwalasz tylko wrażenie, że to pożegnanie z czymś super. Zaraz przychodzi tęsknota. Żeby definitywnie wyrwać korzeniami ochotę na doopa, mózg musi zapamiętać nie euforię, tylko cały syf wychodzenia.

Poza tym rzuciłem, bo to był naturalny odruch dbania o samego siebie. Głupotą, barbarzyństwem, byłoby nie dbać.

Jak pan dba o siebie, żyjąc od ściany do ściany?

- Nie mam środkowego stanu równowagi emocjonalnej. Przeżywam życie namiętnie, głęboko. Nie lubię płycizny. Ekstrema jest fajna. Lubię się dobrze rozhuśtać. Lubię kontrast między skrajnościami. Mam doły i góry. Niemoc, bezsens istnienia i nagłe przeczucie nadejścia euforii, która da mi coś pięknego, nowego. Da mi nową muzykę. Dla tych paru sekund warto się męczyć w depresji. To są wspaniałe stany! Są ludzie, co lubią żyć pośrodku. Ja lubię raz tam, a raz tu. Z daleka od stada.

Patrzy pan na to stado z wyższością?

- Nie! Zwykłe życie jest piękne.

Czym jest?

- Rano do pracy. Ona mówi, że go kocha. Nie zdradzają się. Mają dwójkę dzieci.

Ja czuję się trochę mutantem. Poruszam się na obrzeżach stada, co nie znaczy, że nie czuję się jego częścią. Stado przerzedza się, ktoś zostaje z boku.

Dla takich jak ja jest coraz więcej miejsca w nowych, bogatych społeczeństwach. Tam można egzystować, jak się żywnie podoba. A ludzi, którzy nie mają stadnych cech, jest coraz więcej. Co z tego wyniknie, nie wiem. Ale wiadomo, że to mutanci pchali do przodu ewolucję. Wyrzucony z morza na ląd odmieniec ryby doczołgał się do jedzenia i jeszcze znalazł drugiego i za przeproszeniem, podupczył. Przedłużył swój gatunek. Swoją odmienność. Zawsze miałem skłonność do odmieńców.

Od mutantów wszystko zależy. Nie od średniej. Średnia jest od produkowania mutantów.

Czego pan jeszcze chce?

- Kiedy byłem w Lizbonie, stanąłem w porcie. W miejscu, skąd wypływali żeglarze, by odkrywać nowe lądy. Chyba z godzinę patrzyłem w ocean. Czułem, że oni wiedzieli, że coś za tym bezkresem wody będzie, ale co? Tajemnica jest fascynująca. Cały czas czuję, że nie chcę rezygnować, tylko stać i wyczekiwać. I zobaczyć, co się zdarzy za chwilę. Wiem, że się zdarzy.