"Ku polu chwały!"

Odważyłem się - bo wiersz jest formą odwagi odsłony "ja" - dołączyć moje wiersze. Tak, wiersze, bo poezja to obiektywnie co innego. Choć dla mnie to oczywiście poezja, ironicznie i pewnie autoironicznie zmierzająca "Ku polu..." dajmy na to "...chwały", albo poezja wyprowadzająca "w pole".


seria chandryczna
Kropla

wisi na włosku
opiera się
prawu ciążenia
nie chce
przelać czary

drży



Skarby

Kambodża
chce się podnieść
odzyskać szczęście

Oni nie
nie chcą wstać
stracili wszystko

Siedzą
bezradni spuchnięci
płaczem troską

Dwie
mieli córeczki
zawsze kochane

Sprzedane
nie powrócą
więc po co żyć

Sprzedają się
za dwa i pół dolara
tygodniowo



Wodne zmarszczki

Miałem nadzieję że przemówi do mnie
olśni nagle
zada temat pytanie
I nic
Tylko staw chmury słońce wiatr

Siedzę więc jak na tureckim kazaniu
obok plecaka książek
który milczy zaklęty mimo
Gombrowiczów ciętych nadętych
Różewiczów których znów nie rozumiem
starych Zielonych Gęsi
Baranów i Stasiuków
nawet zadań szachowych

Nic tam i nic we mnie
I nic stamtąd nie może do mnie się przedostać
Siedzę
na wędkarskiej ławce
dziwiąc się wodzie
gapiąc się na cumulusy i samoloty

Po drugiej stronie stawu
droczą się sroki dzwony na cmentarzu
człowiek uderza młotem



Dwie sceny z życia ptaków

Podobna do posągu
siedziała nieruchomo
na ławce w parku
On na trzeciej nodze
przykuśtykał do huśtawki
dla dwojga

Zachęcał ją do zabawy
ona po jednej
on po drugiej stronie
Kulą pokazywał w górę
i w dół
szczerząc nieliczne zęby w uśmiechu
który zdradzał wspomnienia
kiedyś tak było

Nie poruszyła się

Kiedy odszedł za wnukiem
pojawił się inny mężczyzna
młody
Choć nie tak młody
aby z ulotki reklamowej
złożyć zgrabny samolot
a jednak

Specjalnie puszczał go w niebo
jakby nie chciał zabierać
Wreszcie utknął w koronie
kwitnącej lipy

Na zawsze

mały tryptyk

Oswajanie

Wysilam resztki dziecięcej wyobraźni
przywołuję scenę z lisem
Jak to było
Tak ludzie to oporny materiał
ale przedmioty są głęboko tolerancyjne
rwiesz je za uszy bezkarnie
czasem tylko jęczą piszczą i zgrzytają
po miłosierne granice inżynierii
są najcierpliwsze
powoli nabierają uprzejmych kształtów
barw miękkich na życzenie
inne krwioodporne nasrożone na rozkaz
wszystkie przestają być sobą
ustępują miejsca rękom i oczom garncarzy
i tak wpatrują się w nas tajemniczo nawet bez łasiczki
otwierają głębię czarnego kosmosu
głaszczą regularnie dziąsła od rana
słyszą z nami i czytają
z daleka od bliskich
Na szczęście oswojone


Wyznanie

Zazdroszczę wam drzewa
wyprostowane mimo wielu słojów
godne
ku górze pokrzywione
Zazdroszczę własnego Π r 2
moje stopy ciągle w ruchu
bez korzenia niespokojne
Chciałbym się ukryć w waszych koronach
przeczekać burzę
nie rosnąć za szybko
Mój cień wieści
śmiertelną niepomyślność
wasz
daje odpoczynek inspiruje
Nauczcie mnie drzewa
przynosić owoce
z wiatrem szumieć
i kochać ptaki
Pozwólcie proszę
Znów się wdrapać
między wasze gałęzie
i jeść cudze czereśnie


Dedal i Ikar
dla Syna za Herbertem

Nie musisz wkładać skrzydeł
będę spokojniejszy
W dziedzictwie ciężkiego krwią serca
otrzymałeś i to pragnienie światła
Gdziekolwiek pójdziesz pomogę twym ramionom
i słońce przysłonię
Nic nie zastąpi twoich oczu które spadają ku ziemi
twych myśli i łez

Leć Nie spadaj Synku bo mi serce pęknie



krótka seria
Kolory
Ratują mnie dwa kolory
niebieski i zielony
spojrzenie w niebo choć przez brudne szyby
miękkim ze stali wzrokiem byle w górę
także kawałek gałązki
wieczna trawa między betonem jak nadzieja życia
czasem zabłąkany promyk słońca
Ratuje mnie myśl wspólna
tęsknota do bliskich osób
zerwana jedność
domaga się ręki
ciepła słów
Ratujesz mnie

Wewnątrz
Drżące skrzydła ważki
zwyczajnie schowane pod skórą
Pięta Achillesa zrodzonych
Łatwopalne uczuciem
i niesamodzielne
bo oczu potrzebuje
dla łez
A chciałem tylko powiedzieć
że znów krwawię

Dziś

Jak to opisać
zwyczajne uczucie
gdy czas wzlotów mija
obecność i codzienność
doprawiona solą problemów
nie oddam za nic
jej smaku
oczu snem sklejonych
śmiechu dziecka nade mną
i setki spraw kromki chleba


Niebo

Twój zapach ranny
koło skroni
Czyste sklepienie
w letni dzień
i uśmiech syna
Wystarczą mi


Prośba

O jedno cię proszę
dopóki pamiętam
dopóki ma prawo
nie zapominaj o głodzie
o ptaku na gałęzi
o uśmiechu za nic
o duchach bez strachu
o braku (wiesz czego)
Lecz gdybyś zapomniał
wstydź się
czytaj
i wróć


Ile

Doprawdy nie wiem
ile nam chwil zostało
te liczę chciwie
spijam łapczywie
smakując kolejne krople
jak ty
szukam każdej i dokładam
wydłużam
zatrzymuję chwile
dla nas
morze czasu