19 września 2010

Janicki - wreszcie powraca!

Janicki: Jestem dinozaurem

...
Donata Subbotko 2010-09-16,
W TVP mi powiedziano, że ponieważ widzowie nie chcą oglądać czarno-białych filmów, to pokazywane będą tylko kolorowe - mówi Stanisław Janicki, który przez 32 lata prowadził w TVP program "W starym kinie". Od września o przedwojennych gwiazdach opowiada w cyklu "W iluzjonie" w Kino Polska

rozmowa z
Stanisławem Janickim*
historykiem kina, dziennikarzem


Donata Subbotko: Dlaczego prowadzi pan cykl ze starymi filmami w Kino Polska, a nie w TVP?

Stanisław Janicki: Bo TVP nie była i nie jest mną zainteresowana, choć do dziś, po upływie 11 lat od ostatniej emisji "W starym kinie", nie zawiadomiła mnie, że program się skończył.

To może oni tam na pana czekają?

Raczy pani żartować! Nikt mi nawet nie podziękował za 32 lata pracy, a ja nie należę do tych, którzy na kolanach liżą klamki. Pewnie uznali, że program, w którym facet w wieku zaawansowanym siedzi i coś tam opowiada o starym kinie, a do tego puszcza dawne filmy, nie jest atrakcyjny. Nie chodziłem na głowie, nie angażowałem orkiestry, byłem i jestem dinozaurem.

Tak powiedzieli?

Otóż w mojej ostatniej telefonicznej rozmowie z TVP usłyszałem, że telewizja musi iść z duchem czasu, że programy mają być widowiskowe i "W starym kinie" musi ulec zmianie. Zaproponowano m.in., że przed każdym programem będę wprawiał w ruch dużą kulę z małymi kulami, a potem zamykał oczy i wyciągał jedną kulkę - i tam będzie temat, którym się zajmiemy. Powiedziano mi też, że ponieważ widzowie nie chcą oglądać czarno-białych filmów, to pokazywane będą tylko kolorowe. Czyli out dla Grety Garbo, Mary Pickford, Lillian Gish, Harolda Lloyda, braci Marx, Bustera Keatona, Charlie Chaplina, nie mówiąc o Jadwidze Smosarskiej, Mieczysławie Ćwiklińskiej, Eugeniuszu Bodo czy Kazimierzu Junoszy-Stępowskim...

Który prezes nie chciał w starym kinie czarno-białych filmów? Robert Kwiatkowski?

Ktoś, kto się bardzo dobrze zna na telewizji, ma dużo taktu i jest nieprzeciętnie inteligentny. Nie wiedziałem, czy się śmiać, czy płakać. Powiedziałem krótko: "Jeśli chodzi o losowanie, to macie lepszych specjalistów - od totolotka, a rezygnacja z czarno-białych filmów to pomysł tak kretyński, że nie będę z nim dyskutował, zostawcie mnie w spokoju". Więcej telefonów nie było. Ale mnie proszę nie pytać, kto był prezesem, kto dyrektorem, bo mnie przez 32 lata pracy w telewizji to nie interesowało, dlatego może tak długo tam ostałem - nikomu nie wadziłem, nie byłem w żadnej koterii. Wie pani, dla nich był taki facet Janicki, co puszczał stare filmy, i zawsze mogli się pochwalić, że dbają o "tradycję" i "W starym kinie" już tak długo trwa...



To był najdłużej emitowany program w TVP, pierwszy odcinek poszedł w 1967 roku.



Strasznie dawne dzieje. Telewizja mnie wtedy specjalnie nie podniecała, dla mnie największe przeżycie telewizyjne to było lądowanie Amerykanów na Księżycu, reszty nie traktowałem zbyt serio. Ale pewnego razu zadzwoniła do mnie Hania Goszczyńska, koleżanka ze studiów dziennikarskich na UW, która pracowała w telewizji i mówi: "Ratuj mnie". Zachorował prowadzący wywiady z polskimi reżyserami, z okazji 20-lecia premiery "Zakazanych piosenek", a trzeba pamiętać, że wtedy telewizja była na żywo - jak nie ma faceta, to nie ma programu. Hania wpadła na pomysł, żebym jako młody, dobrze zapowiadający się krytyk filmowy zastąpił go, a ja czułem się koleżeńsko zobowiązany, bo na studiach chodziliśmy razem na piwo. No ale telewizja - pojęcia nie miałem, co to jest. Jednak kiedy wykonałem zobowiązanie, podobno przyzwoicie, kierownictwo doszło do wniosku, że możemy realizować program ze starymi filmami



Pamięta pan premierowe nagranie "W starym kinie"?



Oczywiście, a jakbym zapomniał, to mam taką manię, że gromadzę wszelkie filmy, dokumenty, nagrania - nie modlę się do tego, ale leżą tu gdzieś. Temat pierwszego programu brzmiał „Nie tylko »Trędowata «” i poświęcony był tendencjom w polskim kinie przedwojennym, które przeciwstawiały się komercyjnym melodramatom typu „Trędowata” czy głupim komedyjkom.



Legendarna czołówka "W starym kinie" startowała w niedzielne południa...



Wszyscy myśleli, że ten facet z czołówki to ja. To była uproszczona animacja - jedną nogę miał sztywną, jakby utykał, i ludzie myśleli, że i ja kuleję. Melodia była też ważna, napisana przez Władysława Szpilmana do piosenki "W małym kinie" ze słowami Ludwika Starskiego.

Jakie my wtedy programy robiliśmy, to się wierzyć nie chce! Godzinny program w niedzielę np. o awangardzie francuskiej z lat 20. i 30. - czy pani to sobie wyobraża? Nawet w TVP Kultura tego dzisiaj nie pokazują o takiej porze, bo uważają, że widzów takie fanaberie nie interesują. A wtedy jakoś ich interesowały.



Przedwojenne kino francuskie, niemieckie, szwedzkie, rosyjskie, amerykańskie miało chyba dużą przewagę nad polskim?



Czujemy sentyment, kiedy w starych filmach mówią po polsku i akcja dzieje się w Polsce, ale od strony artystycznej byliśmy zaściankową kinematografią. Gdyby nie wojna, sytuacja może by się zmieniła, szło ku lepszemu. Najpierw nikt w Polsce nie chciał dawać pieniędzy na filmy jako na rzecz szmaciarską. Finansowali je tylko właściciele kin, ale tuż przed wojną zaczęli się pojawiać ludzie, którzy mieli chęć w ten interes inwestować, były już też atelier z prawdziwego zdarzenia i można było z nich korzystać na kredyt. Niektórzy gotowi byli ryzykować, bo wiedzieli, że jak Józef Lejtes robi film, to jest OK, jak Michał Waszyński, to też się zwróci, a nawet zarobi. Najlepsi aktorzy teatralni grali w filmie, co było wizytówką i wabikiem dla widzów. Bilet do kina można było od biedy kupić za 50 gr. Wojna brutalnie przekreśliła ten obiecujący bieg zdarzeń.

A kiedy się narodziło polskie kino artystyczne?

O, na początku lat 30. powstał "Młody las" Lejtesa - przyzwoity, o historii strajku gimnazjalistów w 1905 roku, skierowany przeciwko rusyfikacji, temat drażliwy, ale przedstawiony uczciwie. Pojawiały się próby ambitniejszego kina - "Granica" Lejtesa według Nałkowskiej, "Strachy" Eugeniusza Cękalskiego i Karola Szołowskiego według Ukniewskiej. Komedia "Antek policmajster" Waszyńskiego - adaptacja "Rewizora" Gogola przeniesiona na grunt polski - też odbiegała od sztampy.

Michał Waszyński - reżyser m.in. "Znachora" i "Profesora Wilczura" - nakręcił też "Dybuka" w roku 1937...

Mój wspaniały prof. Jerzy Toeplitz był wielkim admiratorem tego filmu. Ja nie. Warstwa merytoryczna, rozważania o losie, dobru, złu, śmierci w otoczce mistycznej - to było coś innego niż cała kinematografia polska, ale realizacja woła przecież o pomstę do nieba. Z żydowskich filmów lat 30. wyżej cenię te nazywane sagami rodzinnymi czy oryginalnymi komediami. My mieliśmy te straszne, łzawe, często prymitywne melodramaty, natomiast Żydzi mieli bardzo dobre filmy, których bohaterem jest rodzina. Pokażę i opowiem o nich w cyklu "W iluzjonie" w Kino Polska. Tematów jest tyle, że nie wiem, czy mi życia starczy.

Były problemy, by w PRL pokazywać w filmach tę "burżuazyjną" Polskę?

Nie. Istniały oczywiście pewne tabu, np. tematyka rosyjska, obojętnie - carska czy radziecka. Po to, żeby pokazać np. fragment "Wiernej rzeki" z 1936 roku, zrobiłem program o adaptacjach powieści Żeromskiego.

Oczywiście, że cenzura istniała, ale - z ręką na sercu - przez 32 lata "W starym kinie" ingerencja była jedna. I to taka, że gdybym ja był cenzorem, to też bym ingerował. Mianowicie - nie będąc geniuszem jasnowidzem, na grudzień 1970 roku przygotowałem program o Sergiuszu Eisensteinie, w którym pokazywałem m.in. sławną scenę na schodach, masakrę ludności odeskiej przez sołdatów rosyjskich. Gdyby to poszło, emisja wypadłaby zaraz po wydarzeniach grudniowych na Wybrzeżu. No i ten program nie został wtedy wyemitowany, pokazaliśmy go później.

Ile filmów powstało w Polsce przed wojną?

Do wojny powstało 376 filmów, ale przetrwało 90 kopii.

Jak zaczynałem program "W starym kinie", to nie odróżniałem Jadwigi Smosarskiej od Elżbiety Barszczewskiej, bo ja się filmem polskim nie interesowałem. Mnie fascynował wtedy włoski neorealizm, francuska Nowa Fala, filmy szwedzkie, amerykańskie, stare kino japońskie - to była moja miłość. Dawny polski film niewiele mnie nie obchodził, a nagle spadła na mnie ta nieszczęsna telewizja i musiałem się podkształcić. Siedziałem przy stole montażowym, oglądałem filmy i wbijałem sobie w głowę, że to Stefan Jaracz, a to Aleksander Żabczyński.

Dzisiaj bardziej niż te filmy interesują mnie ludzie, którzy je robili i w nich grali, te losy dramatyczne, zaskakujące. Eugeniusz Bodo ginie w czasie wojny w sowieckim łagrze, aktorka Lena Żelichowska wyjeżdża do Stanów i umiera jako uboga manikiurzystka, amant przedwojenny Aleksander Żabczyński bierze udział w bitwie pod Monte Cassino, reżyser Michał Waszyński wychodzi z II Korpusem do Włoch, tam po wojnie zaczepia się w międzynarodowym towarzystwie. Jest producentem wykonawczym wielu filmów, pieniędzy ma jak lodu i odbija mu szajba. Uznaje, że jest arystokratą spokrewnionym z królewską rodziną Poniatowskich. Ludzie do niego zwracają się per "książę", po Rzymie jeździ z szoferem rolls-royce'em, na którego bocznych drzwiach wymalowane są herby. Przyjaźni się z Sophią Loren, a także z generałem Franco, jednym z największych faszystowskich wodzów - jak on to robił?

Mieliśmy też Polę Negri.

Oczywiście to miłe, że nazywała się Apolonia Chałupiec, ale przestańmy wreszcie umieszczać ją na naszych narodowych sztandarach. Ona była u nas przed I wojną światową, potem została najpierw niemiecką, a następnie amerykańską aktorką. Inne polskie gwiazdy raczej odrzucały propozycje z Hollywood, np. Jadwiga Smosarska trzy razy odmawiała hollywoodzkim bossom. Raz - dlatego, że uważała się za aktorkę teatralną; dwa - że owszem, ona może wyjechać do Stanów, ale na rok. A jaki producent będzie ładował miliony dolarów, żeby świat się dowiedział, kto to Smosarska, jak ona po roku wyjedzie? Trzeci powód odmowy był wzruszający - zakochała się w swoim przyszłym mężu. W czasie wojny znalazła się w Stanach z konieczności, ale już nie grała. O tych dziwnych, często pokrętnych ludzkich losach będę opowiadał w Kinie Polska.

W tych kultowych ciemnych okularach?

Na początku współpracy z Kinem Polska zapytałem, jak ja mam występować. Odpowiedzieli, że w ciemnych okularach. Miałem je od pierwszego programu "W starym kinie". Najpierw mówili, że ze Zbyszka Cybulskiego zerżnąłem, potem że z Pinocheta, a po Pinochecie - że z Jaruzelskiego. A ja miałem ciemne okulary z tej prostej przyczyny, że oświetlenie było kiedyś w telewizji koszmarne, jupitery świeciły prosto w oczy. Gdybym ich wtedy nie nosił, to dzisiaj byłbym już ślepy. Zresztą niedługo będę miał operację zaćmy, po której może będę mógł chodzić całkiem bez okularów.

Tylko czy ja mogę teraz zmienić swój "visage"?



Stanisław Janicki (ur. 1933) - historyk kina, dziennikarz, scenarzysta, autor filmów dokumentalnych. W latach 1967-99 prowadził w TVP program "W starym kinie". Teraz w Kino Polska w cyklu "W iluzjonie" opowiada o ludziach przedwojennego polskiego kina i prezentuje dawne filmy (niedziela, godz. 11.00)