13 października 2012

Gombroelity


Siedzę w szatni. Jest 5:50, sobota jesienna, bez deszczu jeszcze, ciepło i ciemno. Polski październik. Obok w teczce mokry ręcznik zdradzający użycie i zakopana głębiej znoszona bielizna osobista. To już po ostatniej nocnej zmianie. Zwyczajny gwar robotników. Krzątanina, by wyjść wreszcie z fabryki. Przede mną Dziennik Gombrowicza.

Łączcie się grzyby!
(foto znad stawów, 10-10-2012)
Siedzę uderzony jego szczerością. Czy to faktycznie „szczerość”? Nie umiem ciągle myśleć na metapoziomie. Biorę jego „tak” za „tak”. Pisze o arystokracji. Gombrowicz nie ceni jej. Kpi z niej, jak chyba z wszystkiego. Totalne aktorstwo. A jednak on, Pan Witold, nie może się zaprzeć sfer. Należy do elity całą gębą. On – pisarz – jest jakby jej duszą. Z resztą ona go potrzebuje i usilnie chce. Słucha (udaje?) i znosi jego dziwactwa. Nie wierzy mu, biorąc za artystyczne wymysły: sens słów i zachowanie. Gombrowicz tymczasem dobitnie wyznaje, że walka z arystokracją – jej manierami, unoszeniem się, francuską przyprawą do wszystkiego, jej światem pozy, poza którym przecież innego być nie może, nieprawdaż? – to walka z mitem. Wszelkie zaprzeczanie udowadniałoby tezę zaprzeczoną. Logika nie działa. Działa udawanie, nibyakceptacja, wspólne klękanie, rozsadzanie od środka. W końcu cała sztuka i arystokracja to herbarz.

W autobusie – nie – wcześniej, przypomniał mi się ktoś inny mocno zaangażowany w ruch do elity. Biedny Wokulski. Plebejusz w zalotach, świetnie podsumowany przez Rzeckiego:
Dziwne było jego pożegnanie ze sklepem; pamiętam to, bo sam po niego przyszedłem. Hopfera ucałował, a następnie zeszedł do piwnicy uściskać Machalskiego, gdzie zatrzymał się kilka minut. Siedząc na krześle w jadalnym pokoju słyszałem jakiś hałas, śmiechy chłopców i gości, alem nie podejrzywał figla.
Naraz (otwór prowadzący do lochu był w tej samej izbie) widzę, że z piwnicy wydobywa się para czerwonych rąk. Ręce te opierają się o podłogę i tuż za nimi ukazuje się głowa Stacha raz i drugi. Goście i chłopcy w śmiech.
- Aha! - zawołał jeden stołownik - widzisz, jak trudno bez schodów wyjść z piwnicy? A tobie zachciewa się od razu skoczyć ze sklepu do uniwersytetu!... Wyjdźże, kiedyś taki mądry... Stach z głębi znowu wysunął ręce, znowu chwycił się za krawędź otworu i wydźwignął się do połowy ciała. Myślałem, że mu krew tryśnie z policzków.
- Jak on się wydobywa... Pysznie się wydobywa!... - zawołał drugi stołownik.
I się wydobył ku arystokracji. Zdradzały go niestety przed Izabelką czerwone ręce handlarza, kupca, dorobkiewicza…

A może warto się piąć? Aby pomagać ubogim, szerzyć oświatę, tworzyć miejsca pracy, szpitale i szkoły. Ha, ha ha! I, aby jeszcze zbłąkane dusze, ubogacały święte łono kościoła nawróceniem swoim, kornie służąc potem przed ołtarzem kochanej ojczyzny. (oklaski). Nikogo nie będę leczyć z idealizmu. Czemu? Bo sam się wyleczyłem. Nie wierzę we wspinanie do arystokracji „dla słusznych celów”. Choć owszem – Pani Bovary może nieco pomóc – dla etykiety (dla etykiety!), dla salonów pachnących, dla bycia obsługiwanym, dla pełnego brzucha, dla samozadowolenia wywołanego miłym łechtaniem w środku, dla bycia rozpoznawanym w środowisku, dla bycia znanym z tego że jest się znanym, oglądanym, omawianym, likowanym (na fb oczywiście) etc. Nie wierzę w elitę. W to ich współ-szczekanie i współ-onanizowanie współ-nadętymi słowami wierzę. Nie. To akurat słyszę i widzę tu i tam. Współ-popis dla współ-uczucia  wspólnoty ducha arystokratycznego. Dostaję mdłości, gdy słyszę wykwintne argumenty, dobrane umiejętnie dyskretne pochwały, wrażliwe aluzje, oczywiście kierowane do świata brudnej polityki lub czystej sztuki, och! Sztuki czyli literatury i malarstwa (tak prościej). Uruchomienie AK-47 nic nie da. Dalej będą się przechadzać, salonować, uśmiechać (ważne).

Tak, Gombrowiczu, miałeś rację. Ten cholerny mit musi trwać. Żywi się samym sobą, jest wszystkożerny, kompatybilny do czasów i płodny.

Widzę swoje czerwone po pracy ręce i wiem: na diabła przez lata latałem, mierzyłem w niebo i wyżej, by nieść maluczkim nadzieję. Strata czasu, strata sił, strata młodości! Teraz bez frykasów i współdecydowania o losach niżej (a jakże) sytuowanych jestem sobą. Pozwalam sobie leżeć na zielonych, mając w głębokim poważaniu idee oraz ich utylitarne przenoszenie. Kocham tylko. Żyję na dziś. Ile zdążę tyle zrobię. Przecie się nie rozedrę.