5 marca 2011

Siedzę w pubie...

No nie, tylko wróciłem z pierwszej projekcji filmu w 3D (Miś Yogi), na która wziąłem po raz 1. mojego 4,5-letniego syna (wiem że pisownia liczb inna ale jak to ująć?). Oboje z żoną stwierdziliśmy jednoznacznie:
  • malec jest za mały na taki format, wystarczy na razie animowana zwykła wersja bajki,
  • ten film to słabizna -delikatnie mówiąc.
A ja dodałem, że to 3D to jednak - jak słyszałem od krytyka filmowego - boczna i raczej ślepa uliczka. Mnie trzeci wymiar nie jest potrzebny. Raczej przeszkadza nawet. I to też uteatralnienie filmu wcale nie konieczne. Ale wieczór raczej się udał dzięki pysznej jajecznicy... Aaa zapomniałem o Panu Gaffczyńskim. Żadne gafy jednakowoż. Chodzi o wiersz, który czytałem na nocnej zmianie:


Café-bar "Ocean"

I
W Brukseli, w złej dzielnicy
jest kawiarnia Ocean,
sami wykolejeńcy
przychodzą tu na żer.

Barman ma gębę trupią,
żona życie złamane,
wykolejeńcy łupią
w karty zasmarowane:
- Merde.
- Pardon?
- Coeur.

Pod sufit z aniołkami
fruwają niedopałki,
aniołki pozłacane?
pozłacane, kochanie -
o, jeden w dymie znikł.

Anegdoty plugawe,
mdłe koszałki-opalki;
żłopią piwo i kawę:
- Merda.
- Pardon?
- Pique.

Gazowe lampy płoną.
Wariat stoi przy ścianie.
Już niejeden zatonął
w tym płytkim Oceanie.

II
Tu dostaniesz rękopis
Mozarta i dynamit. Zapszczykulski handluje
kawą i dolarami.

(Pięcioro dzieci z Włoszką.
Wioch pod tramwajem zginął).
Spójrz: tam siedzi, na boczku,
gra z Murzynem w domino.

III
O Boże, co tu dziewczyn!
więcej niż gwiazd za chmurą.
Durny telefon trzeszczy.
Barman patrzy ponuro,

jak pochylają one,
po dwie, po trzy, po cztery,
swe paznokcie czerwone
nad kuflami z porterem;

jak coś szepcą rzęsami,
kolanami, powieką.
Są takie z kolczykami
i takie bez kolczyków;

takie jak nów księżyca
i takie jak cień ptaka,
i takie jak szubienica,
i jak muzyka Bacha;

jeszcze inne - jak liście,
jak drzewa i szum drzew
i takie... a, rzeczywiście:
- Merde.
- Pardon?
- Trèfle.

IV
Zimą tu się nie błąkaj,
stracisz wszelką nadzieję.
Wiatr świszczę jak idiota
w ulicy Meyerbeer.

Zapszczykulski biedaczek
wiersze pisze i plącze:
chciałby opisać różę;
robi kleksy na głowie;
cywilizacja w górze
płynie jak torpedowiec
nad przeklętą kawiarnią Ocean,
nad utraconą wiarą,
nad nadzieją, co zatonęła.
- Pan wychodzi?
- Przepraszam.
- Karo.

Konstanty Ildefons Gałczyński
1946

Wspaniały wiersz w swej atmosferze brukselskiej knajpy - o pardon! - "kawiarni". Czuję dym papierosowy i widzę zatłuszczone karty co świecą się przez kieliszki. Telefon dzwoni, dziewczyny rozmawiają brzdękając paznokciami o szkło, handel czym się da. Muzyka Bacha i rękopis Mozarta. Dobre! I jeszcze aniołki na suficie podobno złocone. Oraz perełka:
(...)
cywilizacja w górze
płynie jak torpedowiec
nad przeklętą kawiarnią Ocean,
nad utraconą wiarą,
nad nadzieją, co zatonęła.


Takich miejsc musi być nie tylko w Brukseli sporo. Czy była taka kawiarnia "Ocean" i ulica Meyerbeer? Jest: Rue Meyerbeer/Meyerbeerstraat w Brukseli w dzielnicy Anderlecht - ma 500 m. Do morza jest około 120 km, choć klimat poczuć już można w Antwerpii po ok. 50 km.  Nieistotne. Pan wychodzi?