10 maja 2009

„Byle do soboty...

...byle do wiosny, do rana, do wakacji, byle do 14:00”. Oto moje częste zaklęcia, powtarzane jak mantra słowa mające dać światło nadziei. Głównie w pracy: „jest niedobrze” albo „nie jest jak chcę, ale będzie lepiej”. Jak gdyby po sobocie, po wiośnie, od świtu, od wakacji i od 14:00 miało być inaczej. I właściwie będzie inaczej. To nie będzie teraz. A jak będzie? Stary mit ludzkości tkwiący w tych wyrażeniach karze wierzyć, że w PRZYSZŁOŚCI będzie (albo: oby było!) LEPIEJ niż TERAZ. To jednak tanie życzenia, samooszustwo dla lepszego nastroju. Myślenie pesymistyczne, że „jutro będzie gorzej” ma zdecydowanie mniej zwolenników – wolę się oszukiwać, czyli żyć w stanie słabej nadziei na plus, niż odbierać sobie chęć do życia w ogóle. Pesymizm, zwany tez realizmem nie wnosi tu, na pierwszy rzut oka, żadnej wartości dodanej. Wprost przeciwnie – raczej chyba ją odbiera. I jest kojarzony z zaprzeczaniem dobra i wieszczeniem zła, smutku. To mylne: głębsza analiza samooszustwa „byle do...” i pesymizmu realistycznego musi doprowadzić do innych wniosków. Postawa na minus karze bowiem szukać (a nie oszukać!) prawdziwych podstaw nadziei. Na bok tanie pociechy! Karze oczyszczać błędne motywacje, zwykłą głupotę i sloganowe hasła bez pokrycia. Ten pozorny negatywizm jest głębszy. Jest bardziej wymagający. Nie na już.