28 września 2012

Wodne zmarszczki

Miałem nadzieję, że przemówi do mnie,
olśni nagle,
zada temat, pytanie.
I nic.
Tylko staw, chmury, słońce, wiatr.
Siedzę więc jak na tureckim kazaniu
obok plecaka książek,
który milczy zaklęty mimo
Gombrowiczów ciętych nadętych,
Różewiczów, których znów nie rozumiem,
starych Zielonych Gęsi,
Baranów i Stasiuków,
nawet zadań szachowych.
Nic tam i nic we mnie.
I nic stamtąd nie może
do mnie się przedostać.
Siedzę
na wędkarskiej ławce
dziwiąc się wodzie,
gapię się na cumulusy i samoloty.
Po drugiej stronie stawu
droczą się sroki, dzwony na cmentarzu,
człowiek uderza młotem.
Coś się dzieje.