19 września 2012

"...pod narkozą"

Mam w ręku świeżutki numer Zeszytów Literackich (nr 119), a w nim wiersze Adama Zagajewskiego. Lubię czytać tego poetę. Trafia do mnie prostotą słowa i głębią. Bez niepotrzebnej erudycji czuję, że dociera do mojej duszy. Nie zapomnę chyba wrażenia w miejskiej bibliotece podczas lektury wiersza o swym ojcu, który słucha... - ale o tym kiedyś.

Teraz przede mną "Kwitną lipy":

Znów kwitną lipy i znowu jestem
jak pod narkozą - a ci, co idą aleją,
pewnie też desperacko próbują
zrozumieć, czego chcą kwiaty,
jakiej ekstazy domagają się od nas,
czy to śmierć w nich mówi, pomysłowa
i hojna, czy miłość, lakoniczna miłość,
bo chyba nic innego nie ma na świecie,
jeszcze tylko oszołomienie, niepewność
i pytania, i wiersz, i dużo milczenia,
i czarne ramy, które długo czekają,
i światło niezłomne, które świeci.

Adam Zagajewski


Tego roku pięknie kwitły lipy. Gałęzie uginały się pod kwitami, a zapach przyciągał setki pszczół. Stanąłem pod jedną z nich, kazałem synowi choć na chwilę zamilknąć i słuchałem brzęczenia. Drzewo niemal unosiło się, falowało, odlatywało na owadzim silniku. "Czego chcą kwiaty" nie wiem. Mnie kazały zatrzymać się i podziwiać. Aż tyle. To była pewnie moja ekstaza, chwila „wyjścia z siebie”; kontakt z pytaniami, które wokół mnie krążą; moment milczenia niepewnego, co przyniesie; oczekiwania na wypełnienie ram życia sensem. Można by mnożyć. Ostatecznie – jak pisał Jan Lechoń w  Srebrne i czarne:

Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczą główną,
Powiem ci: śmierć i miłość – obydwie zarówno

Do nich sprowadza się trud drzewa: wydać owoc i odejść. Czy tylko? Chcę zaprzeczyć, lecz to nic nie zmieni. Chcę pogodzić thanatosa z erosem – nie próżno. Pozostaje mi wejść z powrotem do ich kręgu, dąć się ponieść rytmowi pór roku, spełniać role społeczne, zarabiać, umierać pomysłowo w każdym dniu, by rodzić się na nowo i kochać lakonicznie, fizycznie, niefizycznie. To jest taniec. A ja nie lubię tańczyć. Czy ktoś mnie zapraszał? Pytał czy chcę? Nikt. Wewnętrzna konieczność Wszechświata, genetyka. Jak zwał, tak zwał. Taniec sprzeczności wewnątrz mojej głowy nikomu nie przeszkadza. Żyj człowieku i nie myśl! – zdaję się słyszeć – I po co ci te pytania?! Zadzieram głowę słysząc rój pszczół, obok mój syn, zapach lipy wdziera się do oczu. „Tato czemu płaczesz?”



Nie opuszczaj mnie, nim noc skończy się, 
Nim na brzegu dnia złota słońca łza
Znów obwieści nam, że skończona gra, 
Że już czas, by w nas zgasić światło gwiazd
I wyruszyć znów przez labirynt dróg
I zapomnieć noc i mrok, co był jak port...
Nie opuszczaj mnie...
Nie opuszczaj mnie...
Nie opuszczaj mnie...
Nie opuszczaj mnie...

Lub raczej stąd idź, bo cóż warte są łzy, 
Gdy braknie już słów i gdy braknie już tchu?
Niech poranny wiatr, znów uniesie w świat
Ten żal, co nam pod dach się wkradł.
Lecz gdy spadnie znów zmierzch, niech w pamięci na dnie
Znów pojawi się coś, co uniesie nas stąd ;
Nie opuszczaj mnie...
Nie opuszczaj mnie...
Nie opuszczaj mnie...
Nie opuszczaj mnie...

Nie opuszczaj mnie, zobacz - pada deszcz! 
Nienajlepszy to czas, by nadzieję kraść, 
Której tak nam brak, gdy dzień staje w drzwiach...
Dokąd więc chcesz iść, gdy ja zostać mam pośród czterech ścian?
Więc wróć, wszystko rzuć, wróć do naszych snów, 
Wróć i zostań tu...!
Nie opuszczaj mnie...
Nie opuszczaj mnie...
Nie opuszczaj mnie...
Nie opuszczaj mnie...

Lub raczej stąd idź, bo cóż warte są łzy, 
Gdy braknie już słów i gdy braknie już tchu?
Niech poranny wiatr, znów uniesie w świat
Ten żal, co nam pod dach się wkradł.
Lecz gdy spadnie znów zmierzch, niech w pamięci na dnie
Znów pojawi się coś, co uniesie nas stąd ;
Nie opuszczaj mnie...
Nie opuszczaj mnie...
Nie opuszczaj mnie...
Nie opuszczaj mnie...

Nie opuszczaj mnie, nim noc skończy się...

Jacques Brel