1 października 2010

Chopin, przedszkole etc.

Mimo, że dziś 1. października więc powinienem zacząć choć od studentów, to nie. Dziś mój Kochany Czterolatek miał 1. dzień w przedszkolu. Mam wrażenie, że było to trudniejsze dla rodziców. W radiowej 2 usłyszałem o święcie muzyki - także dzisiaj, i kolejnym kroku inauguracyjnym Konkursu Chopinowskiego. To niewątpliwe miłe; bez ironii piszę. Ale mam co innego z DFGW (cholerne skróty, już pisałem):

Ja se piszę wierszyki

...
Anna Żebrowska 2010-09-26
Przyznam się po raz pierwszy w życiu, jak uczestniczyłem w złodziejstwie. Kradłem Niemcom lniane prześcieradła. Rozmowa z Ludwikiem Jerzym Kernem

Skąd w Krakowie wziął się Kern?


- Z Łodzi. Na Piotrkowskiej 93 można pokazać pokój, w którym się urodziłem. Dwieście metrów ode mnie urodził się Tuwim, a kolejne dwieście metrów w drugą stronę - Artur Rubinstein. Naprzeciwko naszego byłego mieszkania stoi elegancki gmach firmy Siemens, gdzie po wojnie Jerzy Borejsza reaktywował "Szpilki". Mieściły się na trzecim piętrze, w podwórku. Po drodze mijało się inne redakcje i kawiarnię Fraszka, w której się wszyscy spotykali. Łódź wtedy kipiała życiem.

Bo Warszawa była w ruinach.

- Do Łodzi przybyli wilniuki, poeci Jan Huszcza i Jan Czarny, był Horacy Safrin, późniejszy autor "Szabasowych świec", karykaturzysta Kazimierz Gruz. Broniewski wypił ze mną bruderszaft, ale jak mu na drugi dzień powiedziałem "Cześć, Władek" - oburzył się: trzeźwy to on był pan Broniewski. Chodziłem do elitarnego Klubu Pickwicka, który prowadziła matka Erwina Axera, pani ze Lwowa. Przychodzili obaj Axerowie - reżyser Erwin i scenograf Otto, którego Eryk Lipiński rysował w "Przekroju" z jamnikiem. Zaprzyjaźniłem się z Dymszą. Poznałem Gałczyńskiego. Widzi pani, jak już wlazłem w takie zacne towarzystwo - nie miałem wyboru, musiałem pisać.

Gałczyński wiosną 1946 roku wrócił z Zachodu.

- I wkrótce pojawił się w Łodzi, gdzie Jerzy Zaruba był grafikiem "Szpilek". Przed wojną sąsiadowali w Aninie, przyjaźnili się. Konstanty był bardzo biedny, a Zaruba miał porządne mieszkanie przy ulicy Gdańskiej. Anegdota z tamtego czasu: Konstanty wrócił do domu zalany i chciał się wykąpać. "Nie będziesz się kąpał, bo jest tylko zimna woda" - skłamał Zaruba ze strachu, że poeta się, nie daj Bóg, utopi. "To wykąpię się w twoim futrze" - odparł Gałczyński.

Poezją Gałczyńskiego byłem opętany jeszcze przed wojną, jego jedyny tomik przepisywaliśmy w czasie okupacji odręcznie. Znałem wiersz "Na dziwny a niespodziewany odjazd poety Konstantego", który Gałczyński dedykował sam sobie: "Więc odjeżdżasz oszuście, słodki szarlatanie, któryś kochał alkohol, cygara i czaple". I wydrukowałem w "Szpilkach" przewrotkę tamtych strof: "Więc wróciłeś oszuście, słodki szarlatanie, / Któryś kochał alkohol, cygara i czaple, / Któryś był taumaturga, bufon i hochsztapler - / Wróciłeś, a więc pijmy. Cyk. Na powitanie".

Gałczyńskiemu się to spodobało, wypiliśmy flaszkę w Klubie Pickwicka i polubiliśmy się. Pracowałem wtedy w PAP-ie w Łodzi, bo musiałem zarabiać, a jednocześnie studiowałem u Schillera w szkole teatralnej.

Ho-ho!

- I tu, i tam trafiłem przez przypadek, z ulicy. W Łodzi po wojnie żyło mi się ciężko: matce jeszcze nie zwrócono naszego mieszkania, ojciec po obozie chorował, wkrótce zmarł. Nocowałem u ciotek, czasem dawały coś do jedzenia. Włóczyłem się po Piotrkowskiej i zobaczyłem tabliczkę "Polpress". To był poprzednik PAP-u. Wszedłem do środka, wspinam się po schodach, a z góry schodzi jakiś facet. "Pan do kogo?". "Do nikogo". "Jest pan z Łodzi?". "Nie, z Krakowa". "I co tam w Krakowie słychać?". Bo gazet ani radia nie było, dopiero zdobywano Wał Pomorski, broniła się Festung Breslau.

Rasowy żurnalista!

- Facet nazywał się Leopold Marszak i był jednym z czterech polskich dziennikarzy, którzy obsługiwali potem proces hitlerowców w Norymberdze. Marszak, Karol Małcużyński, Marian Podkowiński i Jan Edmund Osmańczyk. Na tych schodach opowiedziałem mu o Krakowie. "A mógłby mi to pan na jutro napisać?". W mieszkaniu ciotki Galewskiej przez pół nocy pisałem korespondencję z Krakowa. Na drugi dzień Marszak zaprowadził mnie do dyrektora Polpressu Andrzeja Nowickiego. "Nie interesowałaby was praca u nas?". Ocknąłem się jako zastępca kierownika działu rolnego.

Gratulować czy współczuć?

- Był to koszmar: jeździłem po pegeerach, które właśnie zakładano, opisywałem zebrania przedsiewne i poplonne na szczeblu wojewódzkim. Jedyna korzyść - poznałem w PAP-ie Antoniego Marianowicza i prawie jednocześ-nie zaczęliśmy drukować w "Szpilkach". Jak zobaczyłem w kiosku numer "Szpilek" - natychmiast u cioci Galewskiej na kanapie napisałem dwa wierszyki satyryczne. Musiałem jakoś odreagować swoje rolnicze kwalifikacje. Posłałem je pocztą. Jeden, pamiętam, był kpiną z hochsztaplerów, których po wojnie pleniło się mnóstwo: "Znam go z widzenia, / z ulicy Hożej, / Wiem: nic nie umie, / a dużo może".

To "Znajomy z widzenia", drugi był "Konspirator".

- Kupiłem nowe "Szpilki", a tam oba wiersze wydrukowane. Przemogłem się i w kwietniu 1945 poszedłem do redakcji. Naczelnym był Stanisław Jerzy Lec, zastępcą Leon Pasternak, ubrani w mundury wojskowe. Pisałem też w tygodniku "Rózgi". Nowo powstały koncern RSW Prasa chciał mieć swoje pismo satyryczne i przez dwa lata wydawał "Rózgi. Biją co tydzień". Była to konkurencja dla Czytelnikowskich "Szpilek" i ich szefa Borejszy.

A szkoła teatralna?

- Żona przyjaciela poprosiła, żebym jej towarzyszył na egzaminie do szkoły aktorskiej. W komisji siedzieli Węgrzyn, Korzeniewski, Woszczerowicz. I tak się zdarzyło, że zabrakło kandydatów na aktorów; pytano, czyby się jeszcze ktoś nie zgłosił. Jako młody człowiek błyskawicznie uczyłem się wierszy na pamięć, wystarczyło raz, dwa razy przeczytać. Zgłosiłem się i wyrecytowałem fragment "Kolczyków Izoldy" Gałczyńskiego, które akurat ukazały się w "Odrodzeniu": "Były dwie siostry: Noc i Śmierć, / Śmierć większa, a Noc mniejsza, / Noc była piękna jak sen, a Śmierć, / Śmierć była jeszcze piękniejsza / - Hej nonny no! hej nonny ho! /Śmierć była jeszcze piękniejsza" Węgrzyn wyszedł za mną, ściska ręce: "Panie, piękne, co to jest?". Nic więcej nie umiałem, ale i tak mnie przyjęli.

Szkoły pan jednak nie ukończył.

- Bo Gałczyński mnie tam wprowadził i Gałczyński mnie stamtąd wyprowadził Wiosną 1948 roku PAP wysłał mnie do Krakowa. Załatwiłem, co miałem załatwić, i wyszedłem na Planty. Początek kwietnia, piękna pogoda. "Przejdę się" - pomyślałem i po kilku krokach nadziałem się na Gałczyńskiego. Przypadkowo miałem przy sobie jego "Zaczarowaną dorożkę". "Co robisz? To chodź ze mną do redakcji" - powiedział Konstanty. Poszliśmy Plantami, ja - podekscytowany, bo "Przekrój" przy reszcie prasy to było królestwo niebieskie. Posłałem im nawet wierszyk, ale nie zamieścili. A Gałczyński dużo tam drukował i od razu wprowadził mnie do gabinetu Eilego. Ogromne biurko zawalone było rysunkami i tekstami, wszystko ręcznie pisane. "Marian, tu jest taki człowiek, który by nam się przydał". Eile spojrzał z ukosa: "Dobrze, niech zostanie na tydzień na próbę".

Jak wszedłem do "Przekroju", tak tam zostałem. Już nie wróciłem do szkoły teatralnej ani do PAP-u. Nawet nie zapytałem, co z tego będę miał. Tego samego dnia Gałczyński zielonym atramentem wpisał mi na "Zaczarowanej dorożce" autograf: "Przekrojowemu koledze Ludwikowi Kernowi z podziękowaniem za kupienie tej książki za złotówkę - K.I Gałczyński. 6 IV 1948". Był to jedyny dowód, że mam coś wspólnego z "Przekrojem", bo żadnego urzędowego papierka nie dostałem.

Co pan tam robił?

- Duperelki. Wyszła nowa książka - napisz parę zdań. Albo jechałem dwie noce do Szczecina, żeby obejrzeć premierę w teatrze i napisać 20 wąskich szpalt. Potem dwie noce wracałem. "Rozmaitości" na ostatniej stronie "Przekroju" redagował Jerzy Waldorff, to była jego działka. Czytelnicy przysyłali idiotyzmy przeczytane w innych gazetach, na biurku leżały stosy wycinków. Waldorff lepsze komentował, a gorsze oddawał mnie. Pisałem komentarz, który Waldorff przeważnie wyrzucał do kosza. Tak mnie ćwiczył: musiałem pisać lepiej, żeby nie trafić do kosza.

Przy okazji machnęliście wspólnie libretto.

- W "Przekroju" płacono mało, a tu akurat Ministerstwo Kultury ogłosiło konkurs na nowe libretto "Opowieści Hoffmanna" Offenbacha. Bo stare, z początku wieku, trąciło myszką. Tam jest słynna "Barkarola", którą uwielbiała moja mama. Jak przed wojną tłukłem na pianinie "Tango Milonga", mama prosiła, żebym zagrał "Barkarolę". To był nasz konflikt pokoleń.

W Krakowie wynajęliśmy pianino na godziny, Waldorff napisał recytatywy, ja - arie, w tym "Barkarolę".

"Noc zapada, w cichym mroku błyszczą światełka gwiazd. / Księżyc wszystko srebrzy wokół, chłód orzeźwił nas. /Taka noc to chwila pokus, niebezpieczny czas, / W młodych sercach burzy spokój księżycowy blask. [Niklaus:] Niebezpieczny czas. [Giulietta: ] Ach, niebezpieczny czas. [Chór:] Ach! ach! ach! ach! ach! ach!".

- Wygraliśmy konkurs, odebrane w Warszawie pieniądze podzieliliśmy na pół i poszliśmy do Gałczyńskich w aleję Róż. Ówczesny Waldorff to nie był ten szacowny arystokrata z telewizora, tylko młody szaławiła. Szybko urwał się od Gałczyńskich, tyle że zdążył pocztą wysłać połowę swego honorarium do Krakowa. Rano wracaliśmy autobusem, Waldorff pojawił się w ostatniej chwili i prosto z knajpy. "Nie mam już ani grosza z tych pieniędzy, których nie wysłałem" - jęknął i zasnął. A jakie zapachy rozsiewał przez całą drogę!

W roku 1950 roku przejął pan po Waldorffie redagowanie "Rozmaitości".

- Waldorff strasznie chciał być zastępcą redaktora naczelnego, Eile wolał Jankę Ipohorską. Chyba się o to pokłócili i Jurek wyjechał do Warszawy. Zresztą w Krakowie gnieździł się w klitce na antresoli nad Drukarnią Narodową. Jak zaprzyjaźniony z nim Bogdan Wodiczko został dyrektorem Opery Warszawskiej, Mietka, partnera życiowego Waldorffa, zatrudniono w balecie, a Waldorff objął kierownictwo literackie.

Z Eilem przeprosili się po latach w Wenecji, bodajże na moście Westchnień. Spotkali się przypadkowo, Marian pojechał z Ipohorską i natknęli się na Waldorffa. Wyściskali się i wszystko sobie wybaczyli.

Po roku 1968 Eile wyjechał do Paryża, Ipohorską zwolniono z "Przekroju".

- Zdegradowano ją na redaktora PWM. Zakolegowała się z nią Maruta Stobiecka, poetka, z którą Gałczyński wrócił do Polski i przyjechał do Krakowa. Chciał prosić Natalię o rozwód. Skończyło się tym, że Natalia przegnała rywalkę i znów był zielony Konstanty i srebrna Natalia. A Maruta zaczepiła się w bibliotece i wieczorami biesiadowały z Ipohorską, wspominając młodość. Stobiecka miała podobno walizkę rękopisów Gałczyńskiego,od czasu do czasu sięgała do niej, wyciągała rękopis i go niszczyła.

Na fotografiach Eile z Ipohorską patrzą na siebie z zachwytem. Czy byli parą?

- Nie wiem. Marian nie był skłonny do zwierzeń i w ogóle nie był erotycznie zaciekawiony czymkolwiek. Jak zaczynały się dowcipy z podtekstem męsko-damskim, ucinał rozmowę: "Cicho, spokój!". Podczas okupacji ukrywała go Kasia Kwaśniewska, z którą w końcu wziął ślub i przez jakiś czas się podpisywał jako Marian Eile-Kwaśniewski. Dzieci nie miał, małżeństwo się z czasem rozleciało. Janka też nie rozmawiała na tematy osobiste. Pochodziła ze Lwowa, była samotna, mieszkała w sublokatorskim pokoju. Miała mnóstwo inwencji, dobrze oddziaływała na Eilego. I oboje bez przerwy palili.

Spędził pan w "Przekroju" 54 lata, tydzień w tydzień dostarczając redakcji wiersz albo i dwa.

- Póki dla "Przekroju" pisał Gałczyński, uważałem, że byłoby bezczelnością z mojej strony parać się poezją. Ale jesienią 1951 roku Eile przypomniał sobie o rysunkach Effela. Jean Effel, francuski rysownik, słynny zwłaszcza z biblijnej serii "Stworzenia świata" na wesoło, przyniósł nam świeże francuskie wydanie La Fontaine'a ze swoimi ilustracjami. Zostawił stos kolorowych odbitek i Eile postanowił je publikować w moim przekładzie. Tłumaczyć La Fontaine'a po Mickiewiczu czy Krasickim nie miałem ochoty, zrobiłem parafrazy. Gdy skończyły się rysunki Effela, Eile zarządził: "Pisz teraz swoje bajki, Daniel Mróz będzie ilustrował". I to był mój debiut książkowy w Wydawnictwie Literackim w 1953 roku.

Polityki pan unikał.

- Po śmierci Stalina napisałem wierszyk o naszym słoneczku. Słoneczko świeci, kobiety szyby myją, listki się zielenią. Kończył się westchnięciem: jak to dobrze, że "świeci nad nami prawdziwe słoneczko. A nie to z wąsami". Cenzura skreśliła ostatnie zdanie i tak to poszło do druku - bez rymu, bez sensu. Potem już nie pisałem wierszy politycznych. W "Przekroju" pisało się językiem ezopowym, bydlę to był lew, a nie pierwszy sekretarz. Jeśli bajka była szczególnie podejrzana, dawaliśmy jej podtytuł: "Z Lebiediewa" albo "według Szewczenki". Byle jakie rosyjskie nazwisko uspokajało cenzora: a nuż jest taki bajkopisarz radziecki? Byliśmy bardzo wykwalifikowani w lawirowaniu.

"Grałem z panią w canastę, / Tak jak to "Przekrój" radzi - / Księżyc świecił nad miastem, / A my byliśmy bladzi".

- Przegraliśmy "Przekrój" częściowo z własnej winy. Powstała masa nowych pism, cała prasa kolorowa przeszła na skład komputerowy, a myśmy wciąż część kolumn robili na przedwojennych maszynach. Zużytych tak, że często trzeba było rozsypywać skład. Ale drukarze się nas trzymali, a my ich, solidarnie, bo nie było dla tych maszyn innego zajęcia. Do tego przekształciliśmy się w spółdzielnię pracowniczą, która nie miała na koncie żadnych pieniędzy. Trzeba było spłacić jakieś należności istniejącej jeszcze RSW i potem startować od zera. W latach 1990-91 chciał kupić "Przekrój" Sobiesław Zasada. Czytelnicy uwielbiali jego teksty o luksusowych samochodach, których w Polsce nie było, parę książek napisał w odcinkach na łamach "Przekroju", był z pismem związany emocjonalnie. Zrobiono w spółdzielni głosowanie i rozsądni ludzie byli za Zasadą, który nie wkłada pieniędzy w złe interesy. Ale administracja, gońcy, sprzątaczki woleli nie dzielić się pieniędzmi z panem Sobkiem. Niestety byli w większości.

"Z biciem pokłonów L.J. Kern zrobił dyg - i znikł".

- "Przekrój" przeniesiono do Warszawy, a ja nie mógłbym pisać co tydzień wiersza bez codziennych wizyt w redakcji. Pisałem w ostatnim momencie, gdy trzeba było wysyłać numer do drukarni, potrzebowałem tego miecza nad głową. Przerzucałem wtedy notatki, podręczny spis tematów i wybierałem coś aktualnego. Żeby w zimie nie było o plaży i żeby wybrzmiewało w sensie społecznym. Nawet jak wyjeżdżałem na kilkumiesięczny rejs po Oceanie Indyjskim, musiałem zostawić zapas wierszy - inaczej Eile by mnie nie puścił. Ale nie lubię, jak się mnie nazywa poetą, ja se piszę wierszyki.

Od kiedy właściwie?

- Od gimnazjum, od kolonii letnich, gdzie na ogniskach dawało się programy artystyczne. Pisaliśmy wtedy z kolegami jakieś ple-ple.

Mnie zawsze ciągnęło do kabaretu. Wieczorami wkładałem słuchawki i słuchałem w radiu kryształkowym "Wesołej lwowskiej fali". Tam byli Szczepcio i Tońcio, radca Strąć, panowie Aprikozenkranc i Untenbaum - dwóch genialnych Żydów, co się stale ze sobą kłócili. Nadawano scenki z warszawskich kabaretów, Dymszę, Krukowskiego.

W szkole mieliśmy profesora od geografii, zapalonego harcmistrza pana Teofila Katrę. Co roku urządzał nam wycieczki. Gdyby nie pan Katra, nie wiedziałbym, jak wygląda Polesie i Pińsk, gdzie urodził się Kapuściński, jak wygląda targ na łodziach na rzece Pinie. Łodzie spływały pod Pińsk, sczepiały się, kładziono na nich kładki. Panie domu i służące schodziły z miasta kupować świeże ryby z łódek. Po raz drugi w życiu taki targ widziałem tylko w Bangkoku. Profesora Katrę wspominam z ogromną sympatią, choć napędził mi strachu. Napisałem wierszyk z geografią w tle: "Jak pojechał na Sumatrę, baby zbiły pana Katrę". Posłałem kartkę po klasie, koledzy się śmiali, aż profesor Katra zerwał się z katedry i przechwycił kartkę. Wylądowałem u dyrektora szkoły, który zdrowo mnie obrugał. Było to moje pierwsze cierpienie za sanacji.

Do Gimnazjum Zimowskiego chodzili zamożni uczniowie, synowie łódzkich fabrykantów. Miesięczne czesne wynosiło 90 przedwojennych złotych, bardzo dużo, lecz jako syn nauczyciela płaciłem połowę. Przez całe gimnazjum i liceum siedziałem w jednej ławce z Karolem Scheiblerem, jednym z najbogatszych ludzi w Polsce. Do Schei-blerów, Grohmanów należały w Łodzi fabryki i nawet tramwaje. Gdy jednak mieliśmy zbiórki na wycieczki szkolne, pod zegar na Dworcu Fabrycznym nikogo nie przywoził szofer. Karol i Jurek Grohman jechali jak wszyscy tramwajem i nie za friko - musieli we własnych tramwajach kupować bilety. Fabrykanci trzymali dzieci krótko, żeby nie wyrosły na utracjuszy.

W dorosłe życie wszedł pan w roku 1939.

- Zdałem maturę i miałem iść do podchorążówki. Przydział mnie przerażał: Grudziądz, centrum wyszkolenia kawalerii. Nie miałem o koniach pojęcia, ale przed komisją poborową stanąłem wraz z Karolem Scheiblerem. Komisji nie wypadało przydzielić tak zamożnego człowieka do ciubaryckiej brygady, pozostawała kawaleria. Panowie są razem? Ano razem. To dawaj i mnie do tego Grudziądza. Najbardziej elitarne wojsko w przedwojennej Polsce! Dowódcą Szkoły Podchorążych Kawalerii był pułkownik Bór-Komorowski, porucznika dosłużył się w niej Waldorff. Bałem się strasznie, bo koło takiego konia trzeba chodzić, a on kopie i gryzie. Na szczęście, okropna rzecz, wybuchła wojna.

Zastała pana w Łodzi.

- 2 czy 3 września pułkownik Umiastowski nadał przez radio apel, żeby iść na wschód, bo linia obrony będzie na Wiśle. Wyszedłem z chłopakami z mojej dzielnicy, w Radogoszczy zaatakowały nas niemieckie samoloty i wszyscy się rozpierzchli. Zrobiła się noc i zdałem sobie sprawę, że jak nigdzie nie będę przynależał, to tu zginę. Zgłosiłem się na ochotnika do pierwszego przechodzącego oddziału. Był to V baon saperów z Krakowa, który taszczył za sobą na podwodach składane mosty. Doszedłem z nimi do Chełma, gdzie mianowano mnie kapralem, ponieważ byłem po maturze. Polska Ludowa nie uznała mi potem tego kaprala, o co mam wielki żal

Na razie jest kampania wrześniowa i doszedł pan do Chełma.

- Za Chełm nawet, pod Tomaszów Lubelski. Dowództwo naszej grupy, a była to więcej jak dywizja, chciało przedostać się do Rumunii. Ale 17 września drogę przegrodzili nam Rosjanie. Dowódca zebrał żołnierzy i oznajmił: "Rozwiązujemy grupę, bo weszli Ruscy i jest rozkaz, żeby z nimi nie walczyć. Niech każdy idzie do domu. Ci, co mieszkali na wschodzie, proszę iść na wschód, reszta niech wraca, skąd przyszli".

Kadra oficerska uznała, że na wschód, do bolszewii, nie pójdzie, lepiej już do kulturalnych Niemców. Zawróciliśmy więc, paląc kasę pułkową, żeby nie wpadła w ręce wroga. "Tu są worki z pieniędzmi, każdy może wziąć, ile chce" - powiedział dowódca na polanie koło Hrubieszowa. Pani wie, że nie brali? Bali się Ukraińców, że jak złapią z pieniędzmi - zamordują.

Pan też nie wziął?

- Wziąłem 200 złotych, wsadziłem w cholewę i drżałem. Nikt nie brał wiele. A paliliśmy gigantyczne pieniądze, całymi workami. Kiedy wchodziliśmy do Zamościa, Niemcy ładowali ze szpitala do karetek swoich rannych i wycofywali się na Zachód. Na naszych oczach wszedł w życie układ Ribbentrop-Mołotow.

Szczęśliwie wrócił pan do Łodzi.

- Nie tak szczęśliwie! Kiedy sztab się rozwiązywał, zabrałem parę map. Razem z trzema oficerami zrzuciliśmy pontony z podwody, mieliśmy dwa konie i pojechaliśmy na zachód. W Piaskach pod Lublinem z przeciwka nadjechali Niemcy z karabinem maszynowym. Strzelali do wszystkiego, co się ruszało. Zostawiliśmy konie z podwodą i uciekliśmy do lasu, kilkaset metrów od szosy. Leżeliśmy kilka godzin plackiem, Niemcy strzelali po drzewach, ale w las bali się skręcić. Odtąd wędrowaliśmy tylko nocami i tylko na piechotę. W mokrych butach i w mokrych szynelach, w których wszy się zalęgły, bo spaliśmy po lasach. Mapy, które zabrałem, nadzwyczajnie się nam przydały, były niesłychanie precyzyjne, zaznaczono nawet ścieżki leśne. Pod Opocznem w popołudniowym słońcu ujrzeliśmy ryneczek. Nie wiedzieliśmy, czy wojna trwa jeszcze, czy Anglia, czy Francja, należało zajrzeć do miasteczka. Tylko weszliśmy na rynek - obskoczyło nas czterech żandarmów z karabinami. Trafiliśmy do ponurego więzienia w Opocznie, nocami wzywano nas na przesłuchania: "Iluś Niemców zabił, gdzie walczyłeś?".

Dobrze pan znał niemiecki?

- W ogóle nie znałem, o co w Łodzi było trudno, bo Łódź była polsko-żydowsko-niemiecka. Babka ze strony ojca, Tomaszewska, miała cztery siostry i wszystkie panny Tomaszewskie powychodziły za mąż za ludzi o niemieckich nazwiskach. I do ostatnich dni swoich, grając w wista czy tysiąca, licytowały po niemiecku, bo po polsku nie potrafiły. A ja się uparłem...

Z więzienia po kilku dniach wypuścili mnie nocą z papierem, z którym miałem się zgłosić w żandarmerii na Dworcu Kaliskim. O dziwo, dali nawet na drogę pół bochenka chleba. Był październik, lało, ciemno, choć oko wykol. Dotarłem do Tomaszowa Mazowieckiego, bo znałem tamte okolice z wyjazdów szkolnych. Szedłem w tę przerażającą noc, nagle z tyłu słyszę - koń jedzie. Zrównała się ze mną pusta dorożka, buda postawiona. Rozmawiałem z woźnicą, idąc w ulewnym deszczu, aż po paruset metrach objawił się w nim człowiek. "Siadajże pan" - powiedział i zawiózł mnie do swego domu. W gigantycznym barłogu spała żona dorożkarza i z sześcioro dzieciątek. On się uwalił, ja się uwaliłem koło niego i była to najpiękniejsza noc w moim życiu.

Rano zorientowałem się, że jestem niedaleko Koluszek, lecz bałem się tam iść w mundurze. Poszedłem do Żakowic. Pociągów nie ma, ale czasem przyjeżdża lokomotywa z platformą i pozwalają wejść na tę platformę - mówią ludzie. Po paru godzinach rzeczywiście dojechałem pod Dworzec Kaliski. Żeby nie meldować się w żandarmerii, zeskoczyłem w biegu i bocznymi ulicami dotarłem do domu. Był 7 października, imieniny matki.

Ponadmiesięczna odyseja.

- Matka się rozpłakała, siostry się rozpłakały, zdjęli ze mnie zawszone ciuchy, spalili, wykąpali i zostałem w domu. Oczywiście o żadnej pracy czy studiach nie było mowy. Włóczyliśmy się, graliśmy z kolegami w karty. Ponieważ godzina policyjna zaczynała się o 19, tośmy grali do rana. Taki jeden brydż ocalił mi życie: przyszło po mnie gestapo. "Nie wracaj do domu" - rano przybiegła siostra. Ukrywała mnie rodzina, potem ojciec wykombinował dla mnie przepustkę do Generalnej Guberni.

Łódź to była Rzesza.

- Wyjechałem do Rembertowa, gdzie mój stryj, nauczyciel, miał na utrzymaniu czworo dzieci, żonę i jej siostrę. Przyszedłem tam na ósmego, jeść nie było co, gotowali kapustę i rzepę. Trzeba się było zameldować i urząd pracy skierował mnie na roboty do Niemiec. Stryj dogadał się jednak z kierownikiem Arbeitsamtu i trafiłem na poligon w Rembertowie. Ponad rok pod okiem niemieckiego kaprala przerzucałem w magazynach z pościelą toboły z brudnymi prześcieradłami. Na szczęście w mojej ekipie było kilku wysiedleńców z Poznania, którzy świetnie mówili po niemiecku. Zagadywali Niemców i wtedy kradliśmy lniane prześcieradła. No niech już będzie, przyznam się po raz pierwszy w życiu, jak uczestniczyłem w złodziejstwie. Była to zresztą nie lada sztuka: ukraść coś Niemcom na obszarze przez nich strzeżonym, gdzie na bramie stał wartownik i wszystkich dokładnie sprawdzano... Brudne prześcieradła pakowaliśmy po 30 w toboły i toboły zrzucano z balkonu, pod który podjeżdżał wóz z koniem. Na balkonie stał kapral lub feldfebel i liczył te spadające toboły. Należało w odpowiedniej chwili poczęstować go papierosem lub opowiedzieć dowcip, by odwrócić jego uwagę. Tym zajmowali się poznaniacy, a myśmy wtedy zamiast jednego tobołu zrzucali dwa. Wóz jechał do pralni, gdzie pracowały żony poznaniaków. Wyniesienie z niemieckiej pralni 30 dodatkowych prześcieradeł należało już do nich.

Owijały się nimi czy jak?

- Nie mam pojęcia, dość że cały Rembertów chodził w lecie ubrany w kiecki i spodnie uszyte z farbowanych lnianych prześcieradeł. Ale miałem serdecznie dosyć Rembertowa, tym bardziej że czekała na mnie praca w Warszawie - znajomi z Łodzi potrzebowali kogoś zaufanego do hurtowni. Nie mogłem się jednak sam zwolnić z poligonu, więc poznaniacy poradzili, żebym wykombinował gruźlicę. W Rembertowie wszyscy spotykali się rano i wieczorem w warszawskim pociągu. Jeżdżąc czasem do Warszawy, poznałem w ten sposób Bolesława Kwiatkowskiego. Znana postać, uwieczniona potem przez Kutza w filmie "Pułkownik Kwiatkowski". Był wenerologiem na Chmielnej, miał przychodnię dla prostytutek. Ten oto pułkownik Kwiatkowski dał mi zaświadczenie, że mam gruźlicę. Kapral tylko wskazał ręką drzwi i wrzasnął "raus!". Niemcy okropnie się bali gruźlicy. Wyjechałem do Warszawy, ożeniłem się.

Tak z marszu?

- Zaczepiła mnie na ulicy, poprosiła o ogień. Było to w 1942 roku, koło Dworca Głównego. Była piękną dziewuchą, nie miała jeszcze 18 lat, gdy urodziła mi syna. Dzięki temu w ogóle żyję. Gdybym został w Rembertowie, wsadziliby mnie jak całą moją rodzinę. Praca w Warszawie też nie była bezpieczna. Firma Stefan Bibrych mieściła się w budynku na Miodowej, w którym teraz jest szkoła teatralna. Właściciele sprzedawali hurtowo terpentynę, tłuszcze, z których robiono mydła, glicerynę, bardzo cenioną, bo była słodka i dodawano ją do likierów. Na lewo handlowali materiałami zakazanymi. Mieli starą kamienicę blisko Kercelaka, gdzie trzymali produkty, i tam ja urzędowałem. Z Miodowej przychodziły tu zlecenia dla aptek i drogerii, trzeba było wszystko zważyć, opakować, oddać wózkarzom z rykszami. Ważyłem, rozlewałem, kalafonia była w beczce, więc ją rozbijałam. Miałem klucze od wszystkich mieszkań, bo nielegalne towary trzymano w skrytkach, pod tapczanem na przykład.

Aż wybuchło powstanie.

- Wyszedłem z niego obronną ręką, bo mieszkałem u żony na Służewcu, prawie pod Wyścigami. Po kilkunastu dniach Niemcy wypuścili nas z piwnic i wypędzili z Warszawy. Z rocznym dzieckiem wędrowaliśmy do Krakowa, gdzie żona miała siostrę. Do swoich nie mogłem pójść - byli po drugiej stronie Wisły. Doszliśmy za Piaseczno, odpoczęliśmy, wymieniłem złote obrączki i zegarki na jedzenie dla dzieciaka i dalej. Dotarliśmy do Krakowa na Boże Narodzenie. Roboty żadnej, więc szwagier kelner był darem niebios. Gdy człowiek był głodny, to szedł i mówił: "Karol, daj coś do zjedzenia".

Żona też nie pracowała?

- Moja pierwsza żona skończyła pięć klas szkoły powszechnej i bezskutecznie namawiałem ją na dalszą naukę. Była za to niezwykle atrakcyjną kobietą. Wkrótce mnie rzuciła i jeszcze kilka razy wyszła za mąż. Już niestety nie żyje. Syn mieszka w Warszawie, ma prywatną szkołę angielskiego. Wnuczka skończyła studia w Anglii, poznała Holendra, wyszła za mąż i teraz mieszkają w Warszawie. Mam dwie prawnuczki - bliźniaczki, które moje książki dla dzieci czytają po holendersku i po polsku. A żona chciała mieć rozwód, więc się rozwiedliśmy i poszliśmy do knajpy na dobry obiad.

Wie pani, to były czasy, kiedy ludzie robili straszne pieniądze. Jeździli na ziemie zachodnie i przywozili najrozmaitsze dobra, spieniężali i szastali forsą. A ja byłem biedny i na dopust złego dostałem powołanie do wojska. Miałem iść na Berlin. Ale po udziale w kampanii wrześniowej, po Rembertowie i powstaniu uznałem, że za dużo dla mnie tego wojowania. Uciekłem z Krakowa do Łodzi, szczęśliwie zatrudniłem się w PAP-ie, który wyreklamował mnie z armii. Jeździłem na reportaże do Wrocławia, gdzie latem 1945 roku, dawno po zakończeniu wojny, wciąż trwały walki. Obsługiwałem prasowo przyjazd Mikołajczyka do Warszawy. Aż trafiłem do "Przekroju".

Rezultat znamy: kilka tysięcy wierszy, kilkanaście cykli tematycznych. W cyklu "Imiona nadwiślańskie" nie obeszło się bez Ludwika: "Nic świętego! / O wstydzie! / Imię nic nie znaczy!/ Ludwik,/ Co to jest Ludwik?/ Płyn do mycia naczyń".

- W domu byłem Lulu, w szkole Luis. Jerzy Waldorff mówił do mnie Ludwiś. Moja żona, Marta Stebnicka, nie lubi Ludwika, kiedy się poznaliśmy, przeszła na Jurka. Mój ojciec też miał na imię Ludwik, żeby się odróżnić, dodałem więc Jerzego. W czasach mojej młodości panowała zresztą moda na podwójne imiona, był Stanisław Jerzy Lec, Stanisław Ryszard Dobrowolski i cały klan poetów autentystów piszących o wsi: Jan Bolesław Ożóg, Józef Andrzej Frasik. Wprawdzie urodziłem się i mieszkałem w Łodzi, wielkim mieście, lecz autentyści strasznie mi się spodobali. Zacząłem pisać wierszyki o młynarzu, co się powiesił, i inne rustykalne kawałki. Nigdy ich nie publikowałem, ale matka przepisywała je do zeszytów i zachowały się. Na szczęście wpadła mi do ręki książka "Słowa, słowa, słowa" Adolfa Nowaczyńskiego i jego bezlitosne felietony otrzeźwiły mnie. Uciekłem od rzewnego liryzmu w ironię, żart.

"Imiona nadwiślańskie" sławią także Marty: jedną z nich ma pan przy boku od 60 lat.

- Jeśli sięgnąć do zarania naszej znajomości, zacznę od małej pochwały PRL-u, który na początku maja urządzał Dni Oświaty Książki i Prasy. Angażowano literatów, artystów i wysyłano do domów kultury i świetlic. W roku 1950 zawieźli nas do miejscowości Gdów, 30 kilometrów od Krakowa. W szkole powszechnej odbyło się jednanie działaczy kultury z miejscową ludnością. Czytałem swoje wierszyki, a aktorka Marta Stebnicka - wtedy jeszcze cudza żona, lecz już mi się strasznie podobała - recytowała "Panią Twardowską" Wcześniej widywałem Martę tylko na scenie teatralnej, grała główne role i miała mnóstwo sukcesów. Występ się skończył, odwieźli nas do Krakowa. Była dziewiąta wieczorem, maj - tu się z Martą kłócimy: ja uważam, że był 5 maja, ona, że 4. Tak czy inaczej zdecydowaliśmy, że nie idziemy do domów, tylko do Feniksa na dancing. Potańczyliśmy i pożegnaliśmy się.

Nie odprowadził jej pan?

- Przecież była mężatką, żoną profesora prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Miałem odprowadzać profesorową Sobolewską?! Ale po dwóch dniach w redakcji na moim miniaturowym biurku stał pęk fiołków w słoiczku. "To ta Stebnicka z teatru zostawiła dla ciebie" - powiedziała Ipohorska.

Pierwszy pocałunek?

- Skwer na placu koło kościoła św. Szczepana. I pompa. Recytowaliśmy Gałczyńskiego: "Stoi samotna pompa / w ulicy Chryzopompa / przy placu / z rury gęba delfina / dawny świat przypomina / lecz na co?". Chyba tam żeśmy się pocałowali.

Narzeczona ofiarnie pielęgnowała pana w chorobie.

- Leżałem w wynajętym pokoju z nogą unieruchomioną w jakiejś rurze z powodu zapalenia żył. Trwało to kilka tygodni. Doktor poradził kupić spirytus i rozcierać, gdyby były odleżyny. Odleżyny się nie robiły, natomiast odwiedzali mnie kochani koledzy: Jurek Skarżyński, Julek Kydryński, Tadek Hołuj, Jurek Nowosielski, Kaziu Mikulski. Przychodzili, a tu stoi niepotrzebna półlitrówka spirytusu: odleżyny mi się nie robią, pić nie mogę. Rozcieńczali więc spirytus i wypijali, a Marta kupowała następną butelkę. Oj, byli czasy, byli.

W radiu krakowskim swego czasu istniał satyryczny "Teatrzyk Pięciu Piór": Bogdan Brzeziński, Ludwik Jerzy Kern, Karol Szpalski, Marian Załucki i Witold Zechenter.

- Złośliwcy nazywali nas Teatrem Pięciu Piór dolonych. Ogromnie się przyjaźniliśmy, to było aż dziwne: pięć indywidualności, niejako konkurentów, a nie było między nami żadnej zawiści ani podgryzania. Mieliśmy swój stolik w klubie dziennikarzy Pod Gruszką i spotykaliśmy się codziennie przed południem. Gadało się, piło herbatę i kawę. Przychodziło kilku oświęcimiaków, na czele z Tadkiem Hołujem. W najlepszych czasach przy naszym stoliku stały dwa rzędy krzeseł. Najpierw poszedł do nieba jeden rząd, potem zaczął znikać ten drugi. Resztki, czterech czy pięciu niedobitków, spotykają się w czwartki w starej oranżerii na Plantach. Ze starego "Przekroju" przychodzą Andrzej Ruchałowski i Kazimierz Targosz. Bywa dyrygent Jerzy Kaplewicz, który prowadził wszystkie prapremiery Pendereckiego na świecie, aktor Marian Cebulski z Teatru Słowackiego. U mnie każdy taki czwartek jest niepewny. Jak będzie pogoda i będzie mogła podjechać taksówka, to pojadę. A jak nie będzie pogody - nie pojadę. Już nie te nogi.

"Cicha woda brzegi rwie / Nie wiesz nawet, jak i gdzie, / Nie zdążysz nawet zabezpieczyć się / Bo nie zna nikt metody / By się ustrzec cichej wody, / Cicha woda brzegi rwie / Jakim cudem - któż to wie / Ma rację, że tak powiem, to przysłowie / Cicha woda brzegi rwie!".

- Zaśpiewał ją w 1953 roku i do dzisiaj śpiewa Zbigniew Kurtycz. Melodię skomponował Adi Rosner, trębacz, który uchodził za polskiego Armstronga. Po wojnie próbował nielegalnie wrócić do Polski, niestety złapano go, wylądował w łagrze. A Zbyszek Kurtycz wyszedł z Rosji z armią Andersa i pojawił się w Krakowie w Teatrze Satyryków. Piosenka Rosnera miała inny tytuł i rosyjski tekst, więc Karolowi Szpalskiemu kazano napisać polskie słowa. Szpalskiemu coś nie szło. "Wiesz co, mówi, wymyśliłem tylko "Cicha woda brzegi rwie", a za tydzień premiera. Spróbuj ty". Chyba następnego dnia rano w ciągu 15 minut napisałem tekst. "Cichą wodę" przez kilka lat na okrągło grano w radiu, w knajpach, z megafonów na plażach i basenach. Dużo na niej zarobiłem.

"Nie bądź taki szybki Bill! / Dobrze czasem trzymać styl, / bo wystarczy jedna chwila / i nie będzie śladu z Billa / Nie bądź taki szybki Bill!".

- Zamówienie na piosenki do serialu "Wojna domowa" spadło znienacka. Wróciliśmy z Martą z sylwestra u literatów na Krupniczej i padliśmy do łóżek. A tu o siódmej rano raban, ktoś dzwoni do drzwi, pies szaleje. Zrywam się na wpół jeszcze trzeźwy, otwieram. Wchodzi nieznajomy tęgawy facet: "Mieczysław Wajnberger jestem. To podobno dobry znak, jak w Nowy Rok jako pierwszy przychodzi do domu Żyd?" Wajnberger był kierownikiem produkcji serialu, jechał do Zakopanego i po drodze wpadł do mnie. Zostawił mi scenariusze 13 odcinków. Ich autorką była Mira Michałowska, ambasadorowa, która w "Przekroju" pisała felietony pod nazwiskiem Maria Zientarowa. Muzykę skomponował Duduś Matuszkiewicz, świetną. "Nie bądź taki szybki, Bill" w serialu śpiewała Magda Zawadzka, a festiwal piosenki w Opolu wygrała dla nas Kasia Sobczyk.

Uważa się pan za literackiego krótkodystansowca.

- To prawda, powieści bym nie napisał. Nigdy też palcem nie ruszyłem, żeby wydrukować jakąkolwiek swoją książkę, ani w Polsce, ani za granicą. To do mnie się zgłaszano. Najwięcej zarobił "Ferdynand Wspaniały", przetłumaczony na 20 języków. Najładniejsze jest wydanie japońskie z rysunkami Mikulskiego, gdzie bohaterom trochę podretuszowano oczy na skośne. Czyta się od tyłu i słupkami, od góry do dołu. Odwiedziła nas potem w Krakowie tłumaczka "Ferdynanda" na japoński, pani Uszido z mężem, profesorem rusycystyki w Tokio. Wyszliśmy na balkon, skąd widać Wawel i Wisłę, oni się zachwycają, a ja mówię, że ten dom wybudował nam Ferdynand i japońskie dzieci. Roześmieli się: okazało się, że im także Ferdynand wybudował dom w Tokio. A niedawno do Wydawnictwa Literackiego zgłosili się Chińczycy, szykuje się wydanie po chińsku.

Największe nakłady miał pan...?

- W Związku Radzieckim, tyle że nie dostałem za nie ani kopiejki. Drukowali po 300, po 400 tysięcy nakładu, dodatkowo tłumaczyli wszystko na języki uzbecki, turkmeński, kazaski i inne... Mówili, że zapłacą, jak przyjadę do Moskwy. A ja wolałem jechać w innym kierunku. W rezultacie zarobił tylko tłumacz Światosław Swiacki. Z Sowietami nie sposób się było dogadać. ZAiKS pisał do ich agencji autorskiej, ale tam poczta nie chodziła, śniegi były i zawieje, sani znikąd, konie zdechły na stacji pocztowej, gdy przeprzęgano... Jedynym, który od nich potrafił wyciągnąć pieniądze, był Stanisław Lem. Zapraszano go do miasteczka kosmonautów, przy okazji wybierał w Moskwie ruble i wymieniał je na prawdziwe pieniądze. Ja wiem, że pani jest rusycystką, ale mimo to powiem, że ta kultura nigdy mnie nie interesowała.

Ciągnęło pana za to do Anglii i Stanów.

- Cóż, na wyjazd służbowy do Francji nie miałem szans. Do Paryża jeździli Eile i Ipohorska. Janka była romanistką, Eile też znał francuski i miał tam świetne kontakty. Potrafił wmówić słynnej Sagance, że jak jej zapłaci w złotówkach, ona na tym tylko wygra.

Jak sobie uświadomiłem, że do Paryża mnie nie wyślą - zacząłem się porządnie uczyć angielskiego i tłumaczyć dla "Przekroju". To był dodatkowy bodziec do nauki, bo mnie publikowano. Mam fatalną wymowę, ale język znam perfekcyjnie. Mam całe półki słowników, najrozmaitsze dialekty, oksfordzkie wydania. Przełożyłem dwa tomy opowiadań Roalda Dahla, to świetna literatura. Wymieniałem listy z rektorem Harvardu, panem Henrym Kissingerem, który w 1968 roku zaprosił mnie nawet do Harvardu. Wszystko już było załatwione, gdy zachorowałem na oczy - zapalenie tęczówek. Telefony z ambasady amerykańskiej dzwoniły, Kissinger pytał, dlaczego nie odbieram wizy, w końcu napisałem prawdę. "No to zdrowiej, przyjedziesz w następnym roku". W następnym roku Kissinger był już ministrem spraw zagranicznych, a jego następca nie miał o moim istnieniu bladego pojęcia... Zresztą dobrze się stało, że nie pojechałem. Kiedy dzielne armie socjalistyczne wkroczyły do Czechosłowacji, podpisałbym zapewne jakiś protest i zostałbym na obczyźnie jak Sławek Mrożek. Może za to przyjechałbym po 30 latach jako bohater, kto wie?

Gdyby dzisiaj "Przekrój" wrócił do Krakowa?

- Nie ma powrotów. Teraz piszę zresztą rzadko i krótko. Raz, że źle widzę, a dwa: uznałem, że powinno się pisać same aforyzmy i złote myśli. Drukuję swoje drobiazgi w miesięczniku "Kraków". Niektóre są nieprzyzwoite: "Ilość gówna już dawno przerosła pojemność nocnika, popularnie zwanego telewizorem". Uwielbiam "Myśli nieuczesane" Leca, pojedynczo to małe arcydzieła. A w książce są nie do czytania. Złota myśl to deser i nie może być na jednej stronie 15 deserów. To mnie odwiodło od wydania swojej książki złotych myśli. Napisałem tego mnóstwo na ostatniej stronie "Przekroju" w rubryce "Prosimy nie powtarzać".

Wie pan, co to bezsenne noce?

- Nie, czasami się budzę i słucham radia. Gazet z powodu chorych oczu nie mogę czytać, więc czekam na szóstą rano, aż mi w TOK FM przeczytają prasę. I już wszystko wiem. Gdzie się zapaliło, gdzie wieś zalało, a gdzie pies wpadł na krę i trzeba go ratować. To, że nie mogę czytać, jest moim nieszczęściem. Nie zasypiałem bez książki czy gazety. Wczoraj podpisywałem umowę, musiała mi żona ją przeczytać. Bo nawet z lupą nie daję rady.

Lubi pan jakiś swój wiersz szczególnie? Napisał pan coś, za co warto dać Nagrodę Nobla?

- Nagrodę skobla najwyżej. Mój ulubiony wierszyk jest krótki: "Chmurko, idź na inne podwórko".