29 października 2010

Nasza wyspa Tapirów

23 października 2010

Rozmowa z prof. Henrykiem Samsonowiczem, mediewistą, o magicznej sile historii

Agnieszka Krzemińska: – Pana macierzysty Instytut Historyczny UW właśnie obchodzi 80-lecie. Tak się składa, że pan oraz dwaj inni znani historycy – Jerzy Holzer i Jerzy Tomaszewski – jesteście jego równolatkami.

Henryk Samsonowicz:
– Jak wielu innych 80-latków.

Ale nie każdy z nich jest historykiem i będzie miał, tak jak pan, przy tej okazji odnawiany doktorat. A właściwie dlaczego wydział historii jest tak młody?

Historię w Warszawie wykładano oczywiście już znacznie wcześniej, z tym że w oddzielnych formach organizacyjnych. Do ich połączenia doprowadził wybitny historyk Marceli Handelsman. W czasie wojny zginął w obozie, więc po 1945 r. instytutem zaczął kierować jego ukochany uczeń, mediewista Tadeusz Manteuffel, który dobrał sobie ludzi o wspólnych przekonaniach politycznych, przeżyciach z wojny w działalności konspiracyjnej i wspólnej wizji dotyczącej kształcenia. Aleksander Gieysztor, Marian Małowist, Stanisław Herbst to była grupa przyjaciół o wyjątkowych charakterach, szczerze oddana instytutowi. To oni sprawiali, że gdy w latach 50. zaczęliśmy być wzmacniani ideologicznie poprzez napływ rozmaitych osób, to zazwyczaj osoby te były wchłaniane przez środowisko bądź separowane na tyle, że nie wyrządzały większych szkód.

Podczas gdy inne wydziały humanistyczne podupadły, wam udało się przetrwać bez większych strat, wręcz rozkwitliście.


Właśnie dzięki tej grupie zgromadzonej wokół Manteuffla udało się przejść bez problemu przez wszystkie trudne momenty 1956 r., a potem 1968 r. To było coś zdumiewającego. Pogromy były na socjologii i filozofii, wyrzucono Bronisława Baczkę, Leszka Kołakowskiego, Leszka Nowaka i innych, od nas nie wyleciał nikt. W latach 60. w kryminale znalazły się tylko dwie osoby i to nie za pracę na uniwersytecie, tylko za publikację listu otwartego – Karol Modzelewski i Jacek Kuroń, do których potem, już za inne formy działań, dołączył Adam Michnik. Władze instytutu wstawiły się za niewygodnymi dla władzy kolegami, za licznymi studentami, murem stali za sobą zarówno partyjni, jak i bezpartyjni.

W instytucie rozpoczął pan studia w 1947 r. Jak się wtedy studiowało?


Na uniwersytet przychodzili ludzie o najróżniejszych życiorysach, byli tacy, którzy uczyli się na tajnych kompletach, tacy, którzy siedzieli w obozach, byli w siłach zbrojnych na Zachodzie albo w Ludowym Wojsku Polskim. Manteuffel utrzymał przedwojenną formułę, w której nie było obowiązkowych cyklów zajęć. Studenci chodzili na te wykłady, które sobie wybrali, i to na różnych wydziałach. Zdarzało się, że niektórzy nawet przez 6 lat nie zdawali żadnego egzaminu.

W ten sposób można było studiować latami.


Owszem, ale jednocześnie można było wzbogacać swoją wizję świata w różnych kierunkach. To brzmi pompatycznie, ale coś w tym jest. Studiowałem z moją żoną [dr Agnieszka Samsonowicz, mediewistka, wieloletni pracownik Instytutu Archeologii i Etnologii PAN], Benedyktem Zientarą, Antonim Mączakiem, Januszem Tazbirem. Ci koledzy byli ambitni, większość z nich zdawała już na pierwszym roku egzamin, ja zdałem aż dwa. Z historii starożytnej dostałem dobry, podobnie u Manteuffla ze średniowiecza, co strasznie poszło mi w pięty.

A to stąd mediewistyka?


Z początku pasjonowałem się rewolucją francuską i Napoleonem, na pamięć znałem dokonania każdego z jego marszałków, ale przeszło mi już na II roku za sprawą Mariana Małowista, wielkiego historyka o światowym autorytecie.

Pan, Bronisław Geremek, Karol Modzelewski i wielu innych zostaliście mediewistami. Wszystkich pociągnęła magia prof. Małowista?


Jeśli myślimy o magii w znaczeniu propozycji naukowych, to nie do pobicia był Gieysztor – kierownik badań nad początkami państwa polskiego, poza tym niezwykle wszechstronny badacz, któremu nieobca była historia sztuki, archeologia, antropologia kultury, historia idei, polityczna czy społeczna. Dzięki niemu polska mediewistyka stała się nowoczesną nauką.

Czyli podejrzenie, że większość zajmowała się średniowieczem, bo to było prostsze i mniej polityczne, mija się z prawdą?


Na pewno nie było prostsze. Proszę tego nie traktować jako wyrazu pychy, ale w przeciwieństwie do historii najnowszej warsztat badawczy mediewisty jest znacznie bardziej rozbudowany – wymaga znajomości chronologii, genealogii, heraldyki, sfragistyki itd. Mediewista powinien zajmować się też zagadnieniami dotyczącymi psychologii zbiorowej, struktur społecznych, archeologią, ikonografią, mitami. Badania millenijne, nowe metody badawcze, a potem nurty postmodernistyczne przemodelowały naszą wizję średniowiecza.
Ale wracając jeszcze do czasów moich studiów – brak sztywnych reguł sprawiał, że uczyliśmy się nie tyle faktów, ile swobodnego myślenia, dlatego instytut stanowił ciekawy wyjątek w tak zwanym bloku wschodnim. Wydaje mi się, że pozycja polskiej historiografii była wtedy mocniejsza niż dzisiaj. To, co pisali polscy historycy, było znane i szanowane w świecie. Teoria ustroju feudalnego Witolda Kuli wywołała odzew w świecie, historyk amerykański Immanuel Wallerstein swoją tezę o globalizacji gospodarki napisał w wyniku rozmów z Małowistem, a Fernand Braudel – wielki francuski historyk ze szkoły Annales – pisząc książkę o życiu codziennym we Francji nowożytnej twierdził, że zainspirowała go polska mediewistyka. Nie przez przypadek Gieysztor został przewodniczącym Międzynarodowego Kongresu Nauk Historycznych, a Kula Światowego Kongresu Historii Gospodarczej.

A kiedy ta dobra passa zaczęła się kończyć?


Trudno powiedzieć, bo okres wielkiej solidarności znowu sprzyjał polskiej historiografii. Gorzej jest teraz, gdy na naukę potrzeba wielkich nakładów finansowych, przez co, w porównaniu z innymi krajami, jesteśmy nędzarzami. Wcześniej po prostu nie trzeba było aż tak dużych pieniędzy, a pomyśleć, że Janowi Długoszowi wystarczało gęsie pióro, inkaust, papier i kilka świeczek.

Ale Długosz nie miał za to kłopotów z nadążaniem za nowymi badaniami. Dziś trudno ogarnąć wszystkie wychodzące co roku publikacje.


„Wyspa pingwinów” Anatola France’a zaczyna się od tego, że archiwariusz Tapir wchodzi do archiwum i ginie zasypany stosami fiszek. My trochę jesteśmy dziś jak ten Tapir zasypani nową literaturą, której nikt nie jest w stanie przerobić, nie pomaga w tym komputer czy Internet, bo człowiek nie jest fizycznie w stanie wszystkiego przeczytać i przemyśleć.

Czy to znaczy, że należy skupić się na szczególe?


Myślę, że teraz prace indywidualne będą traciły na znaczeniu, oczywiście zawsze będą polihistorycy, ale nadchodzi czas pracy zespołowej. Międzynarodowe i interdyscyplinarne zespoły badawcze powinny podejmować wielkie tematy, a na to trzeba mnóstwo pieniędzy. Nie znaczy to jednak, że jestem przeciwnikiem pisania historii regionalnych, w końcu Braudel mawiał, że przez pryzmat ziarna ryżu można zobaczyć historię powszechną.

Instytut Historyczny UW to dziś kuźnia nie tylko naukowców, ale i polskiej elity politycznej. Premier i prezydent to historycy. Jeśli spojrzymy na listę absolwentów, to aż roi się na niej od dyplomatów, publicystów, pisarzy.


Poczynając od Adama Michnika, a kończąc na Antonim Macierewiczu. Ale są też biznesmeni, a nawet były szef rzeźni. To znaczy, że ta wiedza, którą można zdobyć na studiach historycznych, służy do rozruszania pewnych możliwości intelektualnych i potem można robić właściwie wszystko. Bo historia jest nauką o zmianach, to nauka istotna dla tworzenia kultury otwartej, która musi uwzględniać nowe osiągnięcia i wydarzenia. Nie może trzymać się kanonów. Wiem, że system Ptolemeusza miał niesłychanie istotne znaczenie w historii astronomii, ale nie do końca jest dziś aktualny, podobnie jak genialnego dzieła Kopernika też nie można brać dosłownie.
Polska historiografia ma jeszcze jeden charakterystyczny rys. Otóż Polacy pozbawieni państwa, urzędów i szkolnictwa mieli tylko historię, która zastępowała im zbiorową tożsamość. Główne czynniki, które tworzą tożsamość każdej wspólnoty społecznej, od klubu piłkarskiego poczynając, a na państwie czy narodzie kończąc, to język, terytorium, obyczaj, religia i pamięć, czyli historia. Już św. Augustyn mawiał – memoria est vis magna – pamięć jest wielką siłą. Siłą studiów historycznych jest otwarte myślenie historyczne.

W naszej rozmowie nie pojawiają się prawie żadne kobiety, czy historia jest aż tak bardzo zmaskulinizowana?


Jak to, żonę wspominałem w pierwszej kolejności, a była jeszcze Iza Bieżuńska-Małowist, Natalia Gąsiorowska, a także wiele innych wybitnych dydaktyczek. Dziś kobiety parające się historią piastują liczne funkcje na uniwersytecie, z dyrektor IH UW prof. Marią Koczerską na czele. Choć na historii, w przeciwieństwie do innych wydziałów humanistycznych, nadal mamy przewagę mężczyzn. Może liczą na karierę w polityce?

Pan też miał swój epizod polityczny jako minister edukacji w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Czy jest pan zadowolony z tego, co się wtedy udało zrobić?


Jestem. To był strasznie trudny czas i praca od podstaw, posiedzenia Rady Ministrów trwały do 4.00 nad ranem. Na wszystkie projekty potrzeba było dużo pieniędzy, dobrze, że Tadeusz Mazowiecki zdawał sobie z tego sprawę i bardzo o to dbał.

Wtedy też pojawiła się w szkołach religia.


Trzeba pamiętać, że ludzie przez 40 lat byli tego pozbawieni, chcieli, by religia wróciła do szkół, dlaczego mieliśmy im tę możliwość odbierać? Fakt, że potem stała się obowiązkowa, pojawiła się na maturze, to już co innego.

Teraz przyszedł chyba czas na pisanie książek, takich chociażby jak wydane w zeszłym roku „Dziedzictwo średniowiecza”, w końcu historyk powinien pisać syntezy dopiero po sześćdziesiątce. Zmarły 1 października w wieku 93 lat wybitny mediewista Gerard Labuda pisał niemalże do końca.


Trafia pani w istotny problem. Mówi się, że jak matematyk do trzydziestki nic nie napisze, to niewiele z niego będzie, w przypadku historyków (poza wyjątkami oczywiście) jest na odwrót. Ludwik Bazylow, wieloletni dziekan UW, który zaczynał swoją karierę jeszcze we Lwowie, tak naprawdę do 60 roku życia nic nie napisał, a potem pisał co roku gruby tom. Nasi przyjaciele zajmujący się naukami ścisłymi nie zawsze są w stanie zrozumieć, że w humanistyce trzeba przeczytać setki książek w różnych językach, a potem je przemyśleć. Cytując wieszcza – potrzeba czasu „nim się przedmiot świeży jak figa ucukruje, jak tytuń uleży”.

Czy zawsze wiedział pan, że będzie pan historykiem?


Po lekturze „Doktora Dolittle” chciałem poznać język zwierząt i być jak on przyrodnikiem, ale kłopoty z poznaniem tego języka sprawiły, że gdy miałem 12 lat zdecydowałem się iść na historię. Nigdy tego nie żałowałem.

80 lat Instytutu Historycznego

Za twórcę Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego uważany jest Marceli Handelsman, który doprowadził do połączenia kilku seminariów historycznych przy Wydziale Humanistycznym UW. W czasie II wojny światowej podziemnym studium historycznym kierował Tadeusz Manteuffel i on został po wojnie dyrektorem instytutu. Na początku lat 50. studia wydłużono z 4 do 5 lat, wprowadzając system obowiązkowych wykładów i ćwiczeń. W latach 1955–75 Instytutowi Historycznemu szefował Aleksander Gieysztor. Był to jedyny wydział humanistyczny na UW, z którego nie zwolniono z przyczyn politycznych żadnego pracownika. Naukowcy związani z Instytutem Historycznym to m.in. Stanisław Arnold, Ludwik Bazylow, Andrzej Garlicki, Bronisław Geremek, Stanisław Herbst, Jerzy Holzer, Stefan Kieniewicz, Włodzimierz Lengauer, Antoni Mączak, Karol Modzelewski, Tomasz Nałęcz, Janusz Tazbir, Wiesław Władyka. Dziś w IHUW wykłada 36 profesorów, 9 doktorów habilitowanych i 40 doktorów. Instytut ukończyło wiele znanych postaci życia publicznego: Stefan Meller, Ryszard Kapuściński, Jacek Kuroń, Bronisław Komorowski, Paweł Piskorski, Paweł Poncyljusz, Andrzej Rosner, Marcin Wolski. Uroczystości jubileuszu 80-lecia Instytutu Historycznego UW odbywają się od 21 do 23 października. Do końca miesiąca otwarta jest w Pałacu Kazimierzowskim okolicznościowa wystawa.

Henryk Samsonowicz
studia historyczne ukończył w 1950 r., a doktoryzował się w 1954 r. pracą „Badania nad kapitałem mieszczańskim Gdańska w drugiej połowie XV w.”. Prodziekan (od 1967 r.), dziekan (1970–73) i dyrektor Instytutu Historycznego (1975–80), a w latach 1980–82 rektor UW. Były wiceprzewodniczący Komitetu Badań Naukowych, od 2002 r. członek rzeczywisty PAN. Osiem razy uhonorowany tytułem doctora honoris causa. Od 1956 r. członek partii, z której wystąpił po wprowadzeniu stanu wojennego. Uczestnik obrad Okrągłego Stołu i minister edukacji w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Autor około 800 publikacji naukowych, w tym 16 książek (m.in. „Historia Polski do roku 1795”, „Miejsce Polski w Europie”, „Tysiącletnie dzieje”, „Idea uniwersytetu u schyłku tysiąclecia”, „Dziedzictwo średniowiecza”).