23 września 2009

Sen mara

Ostatnio przekonuję się o cienkiej granicy między jawą a snem. I na dobą sprawę wcale nie zastanawiam się czym jest tzw. realne życie, a czym senne marzenia. Widzę po prostu ich wzajemną zależność, obustronny wpływ. Życie stanowczo nie jest snem, choć często mam ochotę się z niego obudzić, aby zacząć żyć (=śnić?) od nowa. Sen także nie jest życiem i dobrze, bo wiele snów jest gorszych od życia.

Od filmu Matrix zastanawiam się nad możliwością śnienia wielokrotnego, śnienia bez granicy przebudzenia, gdyż potem, kolejny sen i kolejny i nie wiadomo, czy to już koniec. Właśnie koniec czego? Tego właśnie nie wiedział Bohater Neo.

Inna strona snu daje możliwości poznania. Sen jakby wprowadzał ludzi w inne światy, dawał im szansę dotknięcia niematerialnego, zrozumienia nielogicznego, zdecydowania o sprawach zbyt trudnych na jawie.

"Sny to najlepszy dowód na to, że nie jesteśmy tak szczelnie zamknięci w swojej skórze, jak się wydaje" (Dzienniki 1844, Ch. F. Hebbla). Podczas takiego snu z żebra Adama powstała Ewa; Jakub zobaczył aniołów wchodzących i zstępujących po drabinie na ziemię; Józef zdecydował, że ocali Maryję; Piotr mógł jeść nieczyste zwierzęta...

70 lat temu 23-09-1939 o 3 nad ranem zasnął w Londynie snem wiecznym Zygmunt Freud. Dość cierpień, midren, bólów jamy ustnej. Dość pacjentów, lekarzy, filozofów i dziennikarzy. Dość wojen - w tym też ostatniej najniechlujniejszej drugiej światowej.