15 maja 2010

O kulturze

Zwyczajowo (choć rzadko ostatnio) z GW:


Kultura stoi totolotkiem
Rozmawiała Agata Nowakowska 2010-05-15

Nadal pokutuje teza, że kultura to jakaś fanaberia, a ludzie z nią związani to darmozjady, pięknoduchy. Nowoczesne, zarządzanie kulturą wymaga realnych nakładów finansowych. Rozmowa z ministrem kultury Bogdanem Zdrojewskim

Agata Nowakowska: Obywatele Kultury, nieformalny ruch obywatelski, zaapelowali do premiera o przeznaczenie na kulturę 1 proc. wszystkich wydatków budżetowych. W Noc Muzeów będą zbierali podpisy z poparciem.

Minister kultury Bogdan Zdrojewski: To jedno z ważnych działań podejmowanych po Kongresie Kultury Polskiej zorganizowanym w 2009 r. z mojej inicjatywy. Kongres przyczynił się do mobilizacji środowisk twórczych. Pierwsze - symboliczne wówczas - efekty tego procesu obserwowałem podczas ostatniego dnia obrad, gdy Agnieszka Holland wraz z Jackiem Żakowskim ogłosili powołanie komitetu obywatelskiego na rzecz przygotowania społecznego projektu ustawy medialnej. W kolejnych miesiącach podejmowano wiele dyskusji na temat istniejących problemów w sferze kultury i proponowanych rozwiązań. Apel Obywateli Kultury jest więc dla mnie istotnym przykładem ewolucji postaw twórców, animatorów, menedżerów oraz odbiorców kultury, którzy chcą aktywnie uczestniczyć w procesie stanowienia prawa. I bardzo mnie to cieszy.

Podpisze się pan pod tym apelem?

- W strategii rządzenia na 3 tysiące dni rząd Donalda Tuska zapisał, że dąży do podwojenia nakładów na kulturę w ciągu najbliższych ośmiu lat.

Ile dzisiaj przeznaczamy na kulturę?

- Budżet ministerstwa wynosi w tym roku 2,3 mld zł. W dwóch ostatnich latach nakłady na kulturę wzrosły o 12,5-15 proc. Gdyby nie kryzys, budżet resortu zwiększyłby się nawet o dodatkowe 9 proc.

Tegoroczne wydatki budżetu to 301 mld zł, czyli wychodziłoby jakieś 3,1 mld zł. Z tego punktu widzenia apel Obywateli nie byłby wcale jakiś wygórowany. Jednak oni liczą bez pieniędzy z Unii Europejskiej, bo te idą na bardzo konkretne cele. A wtedy okazuje się, że resort wydaje niecałe 0,4 proc. wydatków budżetowych, czyli jakieś 1,1 mld zł. Mało.

- To są błędne obliczenia. Ze środków europejskich wliczane są jedynie wkłady własne, a stanowią one zaledwie 15 proc. Ponadto unijne pieniądze, w których wydatkowaniu resort kultury jest liderem, są ważnym elementem polityki finansowania kultury. Pozwalają odciążyć pieniądze budżetowe, dlatego nie zgodziłbym się na ich deprecjonowanie.

Nie robi to na mnie wrażenia. Wystarczy zerknąć do budżetu, np. co roku państwo dokłada z naszych podatków 4 mld zł do emerytur górniczych.

- Na mnie też. Ale warto dodać, że nadrabiamy zaległości już dwóch dekad. Cóż, Polska jest stosunkowo młodą demokracją. W każdym procesie mówimy o hierarchii potrzeb. Kultura w Polsce w pierwszych dekadach transformacji nie znajdowała się w centrum procesu przekształceń. Co innego teraz. Jako minister kultury muszę skutecznie niwelować negatywne zjawiska. Te działania są potrzebne, ponieważ nadal pokutuje teza, że kultura to jakaś fanaberia, a ludzie z nią związani to darmozjady, pięknoduchy. Na oddłużenie kolei dajemy jednego roku 2 mld zł, a za chwilę są one znowu zadłużone. Nowoczesne, profesjonalne zarządzanie kulturą, a także realizacja idei mecenatu państwa wymagają realnych nakładów finansowych.

To spójrzmy na kulturę tak po kupiecku: ilu ludziom daje pracę, jaki jest jej wkład w PKB?

- Nikt tego dotąd dokładnie nie policzył, bo rachowano pisarzy, ale już wydawców - nie. Aktorów tak, ale inspicjentów - znów nie. Przymierzyliśmy się do tych obliczeń po raz pierwszy na wspomnianym już Kongresie Kultury, liczymy dalej.

Kultura, a przede wszystkim jej przemysły są niezwykle dochodowe. Według szefa doradców premiera Michała Boniego każda złotówka wydana z budżetu na kulturę, powinna przynosić temu budżetowi prawie 3 zł w postaci dochodów z różnych podatków. Kultura jest poważnym źródłem dochodów państwa nie tylko w takich krajach jak Włochy czy Hiszpania, ale też w USA czy Wielkiej Brytanii.

To zainwestujmy wszystko w kulturę.

- Filharmonie czy opery zawsze będą musiały być dotowane. One nigdy nie sfinansują się same, choć oddają do budżetu 10-15 proc. poniesionych nakładów. Ale nasza kultura buduję markę Polski, sprawia, że jesteśmy krajem atrakcyjnym, także dla biznesu, dla turystyki. To korzyści, które trudno policzyć. Są dziedziny, w których wydatki budżetowe są w 100 proc. zrekompensowane wpływami do budżetu. Na film przeznaczamy 150 mln zł rocznie i tyle mniej więcej wraca do budżetu z tytułu podatków od biletów, dystrybutorów itp.

Wróćmy jeszcze do wydatków na kulturę: budżet resortu to tylko jedna kieszeń, a przecież samorządy też dorzucają parę groszy. Policzmy wszystkie wydatki z publicznych pieniędzy na kulturę.

- W tym roku wydamy łącznie blisko 10 mld zł. W tym jest ministerialne 2,3 mld zł, około 6 mld samorządowych, a pozostałe innych instytucji publicznych i prywatnych. To jest ta zasadnicza zmiana, jaka zaszła w finansowaniu kultury po wejściu w życie reformy samorządowej. Kiedyś 80 proc. wydatków na kulturę to były wydatki centralne. Dziś prawie 80 proc. środków na kulturę jest w rękach samorządów, a te zachowują się bardzo różnie. Przeciętnie gminy wydają na ten cel 2,5-3 proc. swojego budżetu, to niezły wynik, bliski średniej w Europie. Dramat mamy za to w powiatach, tam wydatki spadły do 0,5 proc. budżetu.

No to dlaczego jest tak dobrze, skoro jest tak źle?

- W liczbach wygląda to nieźle, ale kiedy przyjrzymy się, na co te pieniądze są wydawane, to artyści już nie mają powodów do radości. Stosunkowo niewielkie środki przeznaczane są na kulturę wysoką: teatry, opery czy filharmonie. Za to z roku na rok, szczególnie w samorządach, więcej wydaje się na rozrywkę: imprezy plenerowe, święta miasta, sylwestry itp. W ten sposób ograniczany jest dla dużej części odbiorców (w tym najmłodszych) dostęp do najbardziej wartościowej oferty kulturalnej. A przecież teraz kształtujemy ich potrzeby, które później będą przekładały się na wybory dotyczące uczestnictwa.

Dobrze, że marszałkowie doceniają kulturę, jest to widoczne w dużej liczbie inwestycji w regionach. Ale widzę też poważne zagrożenie: marszałkowie budują na potęgę, w każdej dużej miejscowości powstaje teraz stadion, ale także filharmonie, nowe sceny teatralne, sale widowiskowe, np. w Białymstoku powstanie Opera i Filharmonia Podlaska.

Co w tym złego, że białostocczanie będą mieli swoją operę?

- Nic, ważna jest natomiast perspektywa. Dzisiaj trzeba pomyśleć o tym, za co te nowe instytucje za kilka lat będziemy utrzymywać. Jako minister kultury mogę dzisiaj pochwalić niemalże wszystkie urzędy marszałkowskie. Osiągnęły one blisko 10-proc. zaangażowanie budżetowe na rzecz kultury. Musimy jednak pamiętać, że jest to inwestowanie w infrastrukturę kultury, ale jeszcze nie w ich działalność artystyczną.

To teraz, ale za chwilę tam wejdą artyści.

- To prawda. O tym muszą myśleć i marszałkowie i prezydenci miast, bo według naszych obliczeń na utrzymanie tylko nowo budowanych instytucji marszałkowie będą musieli wysupłać dodatkowo 250-300 mln zł rocznie. I to są tylko środki na oświetlenie, administrację czy ochronę. Nie na wydarzenia artystyczne. Jeżeli marszałkowie już teraz nie zaczną zwiększać środków na wydarzenia artystyczne, to za chwilę okaże się, że w tych salach nie ma koncertów, tylko sympozja chirurgów czy firm ubezpieczeniowych.

Artyści chcą zapewne, by w Polsce wydawało się więcej na twórczość.

- Na nowe scenariusze, wspieranie pisarzy, poetów, rzeźbiarzy, debiuty. Generalnie na to, by było więcej sztuki dookoła nas, tej oryginalnej, a nie z matrycy i by ten szacunek dla artystów był wyrażony dotacjami ze strony państwa.

Nie chcę wchodzić w dyskusję zapoczątkowaną przez prof. Jerzego Hausnera i Leszka Balcerowicza czy finansowanie kultury z budżetu jest dobre, czy złe, bo to osobny wątek. Jak jednak wygląda to finansowanie wydarzeń artystycznych?

- Wydajemy na nie w ramach różnych programów operacyjnych ok. 250 mln zł rocznie. Oceniamy, że ok. 60-70 proc. wniosków jest wartych dofinansowania, realizujemy tylko jedną trzecią, no może połowę. W niektórych programach, np. digitalizacji i upowszechniania dzieł artystów, co drugi wniosek ma szanse na dofinansowanie. Jeżeli chodzi o festiwale - co czwarty. Niestety, w innych programach na dofinansowanie może liczyć nawet co dwudziesty projekt. Bardzo źle jest z polskim muzealnictwem, które kilkanaście lat temu zastygło w rozwoju z powodu braku pieniędzy. Możemy sobie pozwolić tylko na działania punktowe: powstało Muzeum Powstania Warszawskiego, Muzeum Chopina czy Koziołka Matołka. Za rok, dwa lata nie do poznania będzie Wilanów. Kilka lat zajmie restauracja Łazienek, potrzebujemy na to ok. 200 mln zł.

Ile kulturze potrzeba?

- Na konserwację i rewaloryzację zabytków wydajemy w ostatnich latach z budżetu ministerstwa od 40 do 100 mln zł rocznie. By nadrobić zaległości w ciągu dziesięciu lat, powinniśmy wydawać rocznie o 70 mln zł więcej. Ostatnia dekada była zapaścią w edukacji kulturalnej. Przywracamy teraz lekcje muzyki i plastyki w szkołach podstawowych. Finansuje to resort edukacji, ale my przygotowujemy nowoczesne narzędzia np. już zrealizowana Filmoteka Szkolna czy przygotowywana Fonoteka dla klas 4-6. To kolejne 60-70 mln zł przez pierwsze trzy lata. Mamy precyzyjnie wyliczone braki finansowe, odczuwane przez środowiska twórcze. Obecnie wydaje się na polskie filmy 150-200 mln rocznie, niby mamy postęp, porównując to z 2000 r. Ale wobec 2007 r. już jest gorzej, bo jeden z podmiotów, TVP, który był istotnym graczem na rynku, przestał wydawać na produkcje nowych filmów. Polski film powinien dysponować ok. 300 mln zł z różnych źródeł, by powstawało 40-60 filmów co roku, w tym np. dwa historyczne, wysokobudżetowe. To by nas sytuowało na czwartym-piątym miejscu w Europie.

A jak teraz wyglądają nasze wydatki na kulturę w porównaniu z bogatymi krajami jak Niemcy, Francja?

- Polska zdecydowanie nie jest liderem. Wydatki resortów - w procentach - tak znacznie od siebie nie odbiegają. Jednak przy uwzględnieniu wszystkich wydatków w Niemczech okaże się, że Niemcy wydają cztery razy więcej niż my.

Pański budżet marzeń na przyszły rok?

- Bardzo mi zależy na tym, aby wrócić do dynamiki wzrostu wydatków na kulturę proponowanej na rok 2008 tuż przed kryzysem. Oznaczałoby to uzyskanie kwoty ok. 400 mln zł z pozytywną konsekwencją na kolejne lata m.in. więcej na funkcjonowanie nowych instytucji: Muzeum Chopina, odnowionej Żelazowej Woli, Muzeum Józefa Piłsudskiego. Chcę stworzyć fundusz ochrony zabytków z własnym, niezależnym od resortu budżetem 70-80 mln zł. Chodzi również o środki na zadania strategiczne, takie jak digitalizacja, edukacja kulturalna, promocja kultury polskiej za granicą, kolekcje i system wystawienniczy w Polsce. Budżet marzeń sektora kultury zależy także od decyzji wszystkich Polaków i ich uczestnictwa w kulturze. A dziś budżet resortu zależy na przykład od tego, czy Polacy grają w totalizatorze sportowym. Z części tego dochodu tworzony jest Fundusz Promocji Kultury (dziś to 140 mln zł). Wolałbym, aby totalizator był uzupełnieniem, a nie zasadniczym źródłem finansowania programów operacyjnych w obszarze kultury.

Niezależnie od tego przygotowaliśmy wieloletni plan dla kultury na lata 2011-15. To 670 mln zł do wydania w ciągu kilku lat na takie programy, jak: "Biblioteka +", "Kultura +" czy digitalizacja.

W exposé premier Tusk obiecał, że w osiem lat wydatki państwa na kulturę powinny się podwoić. Za chwilę będziemy mieli półmetek, czas zacząć was rozliczać.

- Nadal uważam, że budżet Ministerstwa Kultury na poziomie 4 mld zł jest możliwy w latach 2014-15.

Rozmawiała Agata Nowakowska

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - www.wyborcza.pl © Agora SA