19 listopada 2009

O języku polityków

Trafiłem na interesującą rozmowę o języku z prof. Michałem Głowińskim w GW z 2009-11-15. Oto cała treść:

Degeneracja, wulgaryzacja


Nie umiałbym opisać stylu PO czy Donalda Tuska. Nie jest tak wyrazisty jak styl PiS-u czy Jarosława Kaczyńskiego. I chwała Bogu

Adam Leszczyński: Jak zmienił się język polityki po PiS-ie?

Prof. Michał Głowiński: Zostały po nim - tak jak po PRL - powiedzenia, które weszły do języka i są traktowane jako cytaty: „My jesteśmy tu, a oni tam, gdzie stało ZOMO”, „układ”. Tych formuł są dziesiątki. Nie wiem, czy nie nastąpiła ich depolityzacja, bo przestały cokolwiek znaczyć. Niektóre z nich przestawały zresztą cokolwiek znaczyć jeszcze za PiS-u.

Zakładając, że w ogóle coś znaczyły na początku. Bo co może znaczyć "rewolucja moralna"? Albo "moralne wzmożenie"?

- Kiedy słyszę, że polityk mówi "rewolucja moralna", ogarnia mnie niechęć i przerażenie, bo od razu widzę w tym wielki fałsz. Zresztą zapomina się, że takim ideologiem moralistą był w połowie lat 80. któryś z generałów z kręgu Wojciecha Jaruzelskiego. Chyba się nazywał Józef Baryła... Twórcy PiS-u nie pamiętali, że w Polsce Ludowej władze też mówiły o odrodzeniu moralnym.

Język PiS-u stał się językiem o wyraźnej pieczęci partyjnej. Inni mogą się nim posługiwać jako wyrażeniami, wobec których zaznacza się dystans. Wybitna uczona Maria Renata Mayenowa stworzyła pojęcie "wyrażenia cudzysłowowe" - czyli takie, których się używa tylko wtedy, kiedy się podkreśla cudzysłów. Bez cudzysłowu nie funkcjonują. Wydaje mi się, że wiele z tego, co składa się na język PiS-u, stało się dziś właśnie wyrażeniami cudzysłowowymi. Przytacza się je z dystansem, zmrużeniem oka, czasem z kpiną, ale nie bierze poważnie.

Układ?

- Właśnie, układ. To wieloznaczne słowo. Funkcjonuje w języku medycyny, fizyki, prawa międzynarodowego. W konkretnej rozmowie dotyczącej konkretnej sprawy słowo "układ" na szczęście nie zostało przez politykę zepsute.

Słyszał pan ostatnio kogoś, kto słowo "układ" w kontekście politycznym traktuje serio? Nawet Jarosław Kaczyński go nie używa.

- Bo zostało ośmieszone. "Rewolucja moralna" też zanikła, kiedy pojawiła się koalicja z Giertychem i Lepperem. To byli wielcy sojusznicy w rewolucji moralnej!

Takich wyrażeń jest dużo, ale wydaje mi się, że po przegranych przez PiS wyborach ich lista przestała się powiększać.

PO zastąpiło ją własnym językiem?

- Nie umiałbym opisać stylu PO czy Tuska. Nie jest tak wyrazisty. I chwała Bogu, że nie jest - bo na ogół wyraziste style polityczne bywają na ogół stylami ugrupowań, z którymi wiąże się takie czy inne zagrożenie. Inaczej jest tylko w nadzwyczajnych sytuacjach - takich jak np. rok 1989.

Może język polityki jest nijaki, bo przestał znaczyć cokolwiek? Politycy coś mówią, ale to tylko szum w telewizorze. Z góry wiem, nie mają mi nic istotnego do powiedzenia. Taka mowa-trawa.

- Wolę już tego rodzaju defekt niż taką aktywność językową jak panów Kaczyńskich i ich zwolenników. Dzieliła społeczeństwo i prowadziła do piętnowania ludzi.

Czy jednak nie można sobie wyobrazić czegoś lepszego? Debaty? Dyskusji? Jest taki styl komentarzy politycznych w prasie i w telewizji, którego nie znoszę, gdzie się komentuje politykę jak boks: "Proszę, jak poseł X przyłożył posłowi Y".

- Też tego nie znoszę. Media szukają sensacji, robią z igły widły w byle sprawie. Muszę się przyznać: za czasów PiS-u śledziłem dokładnie język polityki, teraz stało się to dużo mniej ciekawe i śledzę go dużo mniej uważnie.

Zamiast autorytarnego dyskursu PiS-u mamy watę. Komentują go coraz częściej specjaliści od PR i mówią: "Ten polityk użył dobrego słowa, bo to zrobi dobre wrażenie na jego grupie docelowej". Tak powinno być?

- Mówienie i o polityce, i w polityce staje się częścią kultury masowej, w której element agonu - walki - jest coraz istotniejszy. Jak w jakimś brutalnym, sensacyjnym filmie. Wypowiedzi polityczne są traktowane jako element spektaklu telewizyjnego.

Nie używałbym zresztą terminu "mowa-trawa". Wprowadziło go w 1955 r. w "Po prostu", i to oznaczało tyle, co bełkot stalinowski. Język polityki po PiS-ie jest mniej konfliktogenny. Bardziej usypia niż podsyca.

Może na tym polega groźba? To chyba nie jest dobre dla demokracji, kiedy polityka obywateli usypia.

- Być może, ale wolę to od moralnego wzmożenia i moralnej rewolucji. Ale to jest język nijaki. Najtrudniej jest mówić o tym, co jest nijakie.

Język powieści realistycznej - np. Marii Dąbrowskiej - jest dla historyka literatury trudniejszy do opisania niż język Kadena-Bandrowskiego, który był ekspresjonistą i używał mocnych wyrażeń. Tu jest pewnie podobnie.

Kiedy w ostatniej książce porównałem styl PiS-u do stylu PZPR, spotkałem się z opinią, że to nadużycie. W pewnym sensie tak, ale różnica leży nie w naturze tych języków, tylko w sytuacji. Język PZPR funkcjonował wówczas, gdy działała cenzura. Za PiS-u jej, całe szczęście, nie było. Można było przeciw niemu protestować i go opisywać. Ale są elementy kontynuacji.

Często im wypowiedź jest bardziej antykomunistyczna, tym bardziej jest bliska regułom, które obowiązywały w propagandzie komunistycznej. Dobrym przykładem jest "Nasz Dziennik", który można analizować tymi samymi metodami, co kiedyś "Trybunę Ludu".

My sobie nie zdajemy sprawy, że często mówimy wyrażeniami ukształtowanymi w PRL. Przed dojściem do władzy Gierka słowa "decydent" nie było w polszczyźnie. Łatwo było wytłumaczyć, dlaczego się pojawiło po 1971 r. Za Gierka wprowadzono slogan: "Rząd rządzi, partia kieruje". Rząd wydaje zarządzenia, ale ci, co naprawdę decydują, urzędują w Domu Partii. Stąd się wzięli decydenci. Do dziś spotykam to słowo w prasie, chociaż sam nigdy bym go nie użył.

Czasem dotyczy to drobiazgów. Mało kto pamięta, że formuła "atak zimy" - która weszła do współczesnej polszczyzny - pojawiła się, chociaż tu stuprocentowej pewności nie mam, zimą z roku 78-79.

W czasie zimy stulecia?

- Co to była za zima stulecia! Spadło trochę śniegu i Polska się zaczęła rozlatywać. Jakoś w propagandzie trzeba było to zwerbalizować, a że w polszczyźnie PRL metafory militarne - zwłaszcza w okresie stalinowskim, ale później też - odgrywały ważną rolę, trzeba było powiedzieć "atak zimy". Bo atak jest z natury rzeczy niespodziewany - czy to atak w sensie wojskowym, czy atak serca. To weszło do języka. Dziś byle trzy stopnie mrozu są - i mamy "atak zimy".

Pewne rzeczy z języka PRL zostały, inne wypadły. Nie mówi się "załatwiłem szynkę"...

- ...ani "dostałem mieszkanie". Prawda.

Ale dalej mamy decydentów, tylko dziś z różnych partii. Dalej mamy "ataki zimy", które co roku "zaskakują drogowców".

- Z języka PRL znikło to, co się wiązało z najszerzej pojętym życiem codziennym. Pamięta pan jeszcze? "Co tu dają?", "wystałem"... Nie ma kolejek. Jedyną kolejkę w Warszawie widuję przy Pięknej, przed ambasadą amerykańską, po wizy. Świetny wiersz Barańczaka, parodiujący mowę kolejkową ("Pani tu nie stała"), jest już dziś mało zrozumiały.

Za to rozszerzają się granice tego, co jest dopuszczalne w języku polityki. Janusz Palikot pisze w blogu, że prezydent to kurdupel. Ma proces, ale nikt się przesadnie nie oburza.

- Nie sympatyzuję ze sposobem mówienia pana Palikota, ale on funkcjonuje na "wariackich papierach". Przyznaje sobie prawo mówienia różnych rzeczy. Podobnie jak Stefan Niesiołowski.

Prezydent nie jest wysoki. Ale to nie powód, żeby nazywać go kurduplem.

- Oczywiście. Ma pan rację: nastąpiło potworne obniżenie stylu. Pełno jest - i to nie tylko w polityce - wyrażeń piętnujących. Niedawno absolutnie zdziwiła mnie ekspertyza językowa prof. Jerzego Bralczyka, który oświadczył, że słowo „pedał” - gdy nie odnosi się do roweru czy fortepianu, ale do osoby - jest dopuszczalne. Jest przecież potwornie obraźliwe! Kiedy publicznie aprobuje je telewizyjny profesor i celebryta, to oczywiście sprzyja piętnowaniu pewnej grupy ludzi i zarazem obniża standardy językowe. Sens wypowiedzi Bralczyka był taki: „słowa »pedał « można używać i jeśli za to ciągnie się kogoś do sądu, to niesłusznie”. W ten sposób gwiazda telewizji mówi milionom „możecie tak mówić”.

Czy przyzwolenie na wulgarność wiąże się z ujawnieniem, jak naprawdę rozmawiają politycy? To efekt uboczny mody na podsłuchy. Wiemy, jak mówił Oleksy z Gudzowatym albo politycy PO z biznesmenami od hazardu: dość brzydko.

- Dla mnie takim błahym, ale charakterystycznym przypadkiem była wypowiedź pani Olgi Johann, która jest ważną osobą w samorządzie warszawskim. Niedawno bardzo ostro i wulgarnie wypowiedziała się o przeciwnikach zmiany nazwy jakiejś uliczki. Poczuli się urażeni. Przeprosiła. Tłumaczyła, że tak mówiła, bo nie wiedziała, że jest nagrywana! To znaczy, że według niej w prywatnej rozmowie to w porządku! Otóż dla kogoś o pewnym stopniu kultury to nie jest w porządku! Pani Johann - o której nic nie wiem, nie pamiętam nawet, z której jest partii - tłumaczy się tak, jakby całe życie spędziła na bazarze Różyckiego za straganem, bo tam pewnie tak się mówi.

Może po prostu politycy używają języka ludowego. Utrzymują tylko, i to nieudolnie, fikcję, że posługują się językiem inteligenta. Naprawdę jednak wszyscy wiemy, że to gra.

- Rozumiem, że dla pana demokratyzacja języka jest jego poszerzeniem. Że wprowadza do niego mowę nowych warstw społecznych. Ale to nie może oznaczać równania w dół. Kiedy wysoko postawiona w hierarchii osoba mówi tak wulgarnie, nie wprowadza żadnego ludowego języka. Ona psuje język.

Może z politykami jest trochę tak jak z młodymi ludźmi. Widziałem kiedyś taką scenę w tramwaju. Jechało dwóch piętnastolatków, którzy mówili między sobą dość okropnie. W pewnym momencie starsza pani zwróciła im uwagę. Ich reakcja była zdumiewająca. Nagle zaczęli mówić normalną, inteligencką polszczyzną. Jest taki termin językoznawczy "diglossia" - posługiwanie się dwoma typami języka w zależności od sytuacji i od tego, z kim się rozmawia.

Można czasem użyć wulgarnego słowa, jak się człowiek zdenerwuje. Ale to nie może być element mowy publicznej.

Narodowi uszy nie więdną?

- Myślę, że to narodu tak bardzo nie obchodzi. Ale świadczy o ogólnym poziomie kultury, który się obniża. O zupełnym rozchwianiu kulturowej normy językowej.

Mimo to mówi pan, że język polityki po PiS-ie stał się mniej agresywny?

- Myślę, że tak. Trochę. Degradacja języka polityki jednak trwa. Tyle że miejsce agresywności zajęła wulgaryzacja.