28 grudnia 2015

Jak zwykle

Wiedziałem, że święta - zwłaszcza w grudniu - to nie rodzinna idylla. Choć w sumie aż tak źle nie było. Nawet miło. Właściwie to milej niż co roku, bo bez wyjazdów - a to "dzięki" kolei, która przestała (podobno na zawsze, czyli do odzyskania pieniędzy) jeździć do mojego rodzinnego miasteczka. Więc prawie w domu. Wigilia - jakie dziwne słowo, prawda? - u pradziadków dość zjadliwa, bez polityki, bez kłótni, bez tzw. tematów. Pierwszy dzień u nas deser. No i "po świętach" i bez "ach". Po ludzku leniwie i słodko (dla mnie wyjątkowo małorybnie, czego akurat nie żałuję, bo ostatnio dużo w domu ryb na codzień) finisz i jeszcze tydzień wolnego. Były spacery z poszukiwaniem świątecznych ozdób na balkonach, wspólne gry i filmy, bajki też (co nieoczywiste dla mojej Lubej, która woli nieanimacje - oglądaliśmy z przeszkodami internetowymi "W głowie się nie mieści" świetną opowieść o emocjach etc.). W niedzielę rano także mój pierwszy całkiem prywatny półmaraton. Ale już "po" i nie ma rady. 3 dni i fajrant, a raczej po fajrancie. Czy warto było tyle kupować? Po co nam tyle ciasta? Soków mamy na tydzień. Sałatka w całości zjedzona ku radości Żony. Kilka słoików marynat już w utylizacji. Lego syna złożone. Śniegu nadal nie widać. Co dalej?