17 marca 2015

Kopia Dąbrowskiego - 2

Wywiad Aleksandry Kozłowskej z z poetą Tadeuszem Dąbrowskim w Gazecie Wyborczej...
tekst pochodzi z:
http://wyborcza.pl/duzyformat/1,133689,14628142,Poeta_w_czasach_dyktatury_klikniec.html

Poeta w czasach dyktatury kliknięć

Internet nie jest poezji do niczego potrzebny?

- Ależ jest. Sprawdza się doskonale jako przestrzeń polemiki, sporu. Kiedy pisze się wiersz, w tej chwili amoku, tajemniczego wewnętrznego przymusu, jest się samemu. Ale do pisania konieczna jest rozmowa. O sztuce, o życiu. Internet daje możliwość szybkiego reagowania, komentowania na bieżąco swoich tekstów, konfrontowania się z publicznością. To wszystko uczy odwagi, elastyczności, ale też pokory. Sieć sprzyja czemuś w rodzaju nieformalnych kursów creative writing. Tym bardziej że komentujemy na piśmie. A więc dyskusja online o literaturze jest jednocześnie świetną nauką pisania.

Ale swoich wierszy nie udostępniasz w internecie?

- Nie, bo to by podważało sens publikowania książki. A książka poetycka to coś więcej niż zbiór wierszy. Każdy wiersz jest wprawdzie samowystarczalny, lecz zarazem - jak kamień szlachetny czy zwykłe szkiełko - inaczej świeci w różnych sceneriach, inaczej znaczy w kontekstach. Tom poetycki to opowieść pełna napięć, niespodzianek, nagłych zwrotów akcji. Publikując wiersze w sieci, tracę z nimi kontakt. One i tak gdzieś krążą - to nie do uniknięcia (złodziejstwo w necie jest, niestety, powszechnie akceptowane) - ale nie chcę przykładać do tego ręki.

Co innego sieciowe pisma literackie, w których czasami się pojawiam, głównie zagraniczne, jak "Agni", "Guernica" czy "Poetry Daily". Szkoda że w Polsce wciąż mamy niewiele magazynów internetowych na wysokim poziomie. Zdecydowanie wyróżnia się "Dwutygodnik.com".



Czy istnienie w sieci jest dla poety mniej nobilitujące niż na papierze?

- Nie sądzę, by publikacja w necie była czymś gorszym. Są na świecie pisma sieciowe, w których druk jest wielkim wyróżnieniem. Nie medium jest więc problemem. Przecież 99 procent tego, co wychodzi na papierze, to także chłam.

Osobiście oczekuję, że moi czytelnicy poszukają książki w księgarni. I wcale nie uważam, żebym był staroświecki. Sieć narzuca zupełnie inny sposób odbioru, skrajnie pragmatyczny, wyłuskujesz z tekstu rzeczy, które cię interesują, twój wzrok inaczej wędruje po artykule. Ciągłość, spójność, wynikanie nie są aż tak istotne. Nie czytasz po bożemu - z góry do dołu i od lewej do prawej, ale zupełnie dowolnie, na boki i - za sprawą tych wszystkich podświetleń i linków - w głąb. Przy czym "w głąb" nie musi znaczyć głębiej. Natomiast książka kreuje przestrzeń. Otwierasz ją i nagle znajdujesz się poza czasem, w intymnej kapsule, w kokonie.

Może dlatego ludzie wciąż czytają papierowe książki. Nawet ZKM udostępniał je w gdańskich tramwajach, dopóki... podróżni ich nie wynieśli.

- Cieszę się, że moda na czytanie powraca, nawet jeśli jest w niej sporo snobizmu i ostentacji. Lektura papierowej książki w miejscu publicznym staje się demonstracją antysystemowości. To rodzaj buntu przeciwko taniej rozrywce i maniakalnemu pędowi za karierą i kasą. I w takich czasach sztuka właśnie, poezja, powinna przywracać światu gęstość, ciężar.

W jaki sposób?

- Drażniąc, kłując i świerzbiąc.

Ideał sztuki sprawiającej wyłącznie estetyczną przyjemność dziś jest już kompletnie nieaktualny. Wystarczy przejść się po ulicach dużych miast, włączyć telewizor, otworzyć kolorowe pismo, by poczuć, że wszyscy - media, nasz bank i nasza kosmetyczka, producent luksusowych aut i papieru toaletowego (ostatnio widziałem taki papier za prawie 50 zł z napisem "Zwiększę prestiż Twojej łazienki") - chcą nam zrobić dobrze, wprawić nas w bydlęcy dobrostan, zafundować niekończący się orgazm, zwolnić z myślenia.
Dlatego rolą poezji dziś jest odkłamywanie, wpędzanie nas w egzystencjalną niewygodę. Niepokój bywa stanem, w którym budzi się w nas człowiek.
Nie znalazłam cię na Facebooku, a przecież mógłbyś tam publikować, zbierać "lajki" i znajomych.

- Piszę wiersze, żeby nie zależeć od nikogo. I odwrotnie - staram się nie zależeć od nikogo, by móc pisać. Od żadnych klik i klików. Poezja jest przestrzenią intymną, masowa klikalność znaczyłaby, że coś jest z nią nie tak.

Na Facebooku wisi - zdaje się - tylko mój biogram. Konta nie założyłem, bo mam awersję do odruchów czy rytuałów stadnych. Śmieszy mnie świat poddany dyktatowi bycia in touch i wartościowania liczbą "lajków". Nie chcę wchodzić w rzeczywistość, w której skreśla się ludzi jednym kliknięciem. Dziś jesteś moim znajomym, a jutro już nie. Po trzecie, powodzenie fejsa polega na możliwości kreowania ciekawszego siebie, żonglowania tożsamościami. Ja to robię w literaturze. Z tą różnicą, że nie podszywam się pod swojego bohatera.
Dopiero co ukazał się twój szósty już tomik - "Pomiędzy". Czy twój wydawca wyznacza ci "plany sprzedażowe", rozlicza cię ze spotkań promocyjnych, recenzji w prasie?

- Mój wydawca troszczy się o swoich pisarzy, ale nigdy nie posunąłby się do tego, by grać autorem, "używać go" po to, by zwiększyć sprzedaż.
a5 nie korzysta nawet z patronatów medialnych, a przecież współcześnie stało się już normą, że nowościom patronują różne media, co właściwie unicestwia obiektywną dyskusję o książkach i podważa sens uprawiania krytyki literackiej. Książka upstrzona patronatami jest skazana na sukces. Żaden literaturoznawczy sprzeciw w piśmie branżowym nie zmieni tego mechanizmu, bo głęboki esej w intelektualnym kwartalniku ma niemal zerową siłę rażenia, a recenzja wielkości paczki fajek w kolorowym tygodniku - bardzo dużą.
Mój wydawca myśli o literaturze. Ale też o tym, by książka odpowiednio wyglądała, np. by była szyta. Już w tym szyciu zawiera się cała filozofia a5: książka to nie towar, ale cenny przedmiot. Towarzysz, a nie gadżet.

Ale twój drugi tomik miał tytuł "e-mail".

- Choć nazywał się "e-mail", zawierał wiersze raczej kameralne, intymne, był wołaniem o głęboką relację w czasach, gdy relacje międzyludzkie spłaszczają się, instrumentalizują, stają się użytkowe. Co ciekawe, obwołano mnie po tym tomie "poetą internetu". Potem zresztą byłem "poetą religijnym", a później jeszcze "poetą uwodzicielem". Ciekaw jestem, kim będę po najnowszej książce.

Nosi tytuł "Pomiędzy". Pomiędzy czym a czym teraz jesteś?

- Pomiędzy to dyskomfort zawieszenia, rozdarcia, ale też ogromny przywilej bycia w wielu światach równocześnie. Pomiędzy jako wahanie, ale też inspirujący moment przejścia, a raczej przechodzenia, transgresji z "ja" w inne "ja". Bohater tych wierszy porusza się między molochem a prowincją, zgiełkiem a ciszą, nadzieją a rozpaczą.

Zawsze bardziej się czułem poetą ruchu niż miejsca. Najbardziej inspirujące są dla mnie chwile utraty starego i oswajania nowego. Podróżom - tym geograficznym i tym w głąb pamięci - towarzyszy tęsknota. Ale jest to tęsknota słodka, trochę masochistyczna, będąca świadomym wyborem.

Pomiędzy to także ucieczka przed dialektycznym myśleniem. Dzień nie jest prostym przeciwieństwem nocy, bo niby kiedy kończy się jedno, a zaczyna drugie? Pomiędzy jest też siłą, która scala. To coś jak grawitacja.

Dużo w twoim ostatnim tomie nostalgii.

- Nie wiem, czy to najlepsze słowo. Nostalgia zakłada bierność, rezygnację, a bohater tych wierszy - mimo wszystkich rozczarowań i klęsk - próbuje wciąż na nowo podejmować dialog z innymi i samym sobą. Prowincja, która z taką siłą dochodzi w tej książce do głosu, też nie jest jednoznaczna - jest tyleż arkadyjska, co mroczna.

Paweł Próchniak użył niedawno w swoim szkicu o "Pomiędzy" celnej metafory, że mój bohater często "zerka we wsteczne lusterka". Owszem, ale po to, by spotęgować w sobie głód tego, co przed, co czai się za zakrętem.

Wydasz "Pomiędzy" za granicą? "Czarny kwadrat" ukazał się w Niemczech, potem w Stanach. Teraz wychodzi na Ukrainie.

- Tłumaczenia to dla mnie frajda. Jakieś sześć lat temu zacząłem współpracować z wybitnymi tłumaczami, jak Antonia Lloyd-Jones czy Renate Schmidgall. Pomyślałem sobie: przecież moje wiersze nie są "narodowe", nie muszę się ograniczać do Polski, gdzie pisma kulturalne są dość przewidywalne, a po składzie jury takiej czy innej nagrody łatwo wywnioskować, kto zbierze laury.

Publikowanie za granicą daje wolność, niezależność od przelotnych trendów, od towarzyskich sympatii czy animozji. Także od krytycznoliterackiego schematyzmu; jak już mówiłem - najpierw byłem "poetą religijnym", bo w moich wierszach pojawiały się niemodne słowa w rodzaju: "sumienie", "zło" czy "Bóg". Ale wystarczyło kilkanaście wierszy cielesnych, wilgotnych, zdyszanych, żeby zrobiono ze mnie "poetę zmysłów". Bawi mnie ta łatwość etykietowania. A przecież każdy wiersz jest inny. Za granicą te same teksty, tu już dobrze znane i opatrzone stosowną naklejką, dostają nowe życie, nowe spojrzenie.

Tadeusz Dąbrowski o Gdyni i Gdańsku

Byłeś na miesięcznym stypendium w Vermont Studio Center, promowałeś "Czarny kwadrat" w Filadelfii i w Nowym Jorku. Jak tam wygląda życie literackie w porównaniu z tym, co dzieje się w Polsce?

- Na pewno doganiamy Zachód. Mamy coraz więcej nagród literackich. W Niemczech, Wielkiej Brytanii, USA jest wiele równie prestiżowych wyróżnień przyznawanych przez ludzi z różnych bajek. Na szczęście władza w świecie literackim - bo przecież, powiedzmy sobie szczerze: nagrody, ustanawiając hierarchie i przyczyniając się do marketingowego sukcesu książki, są narzędziem władzy - ulega coraz większej decentralizacji.

Inna sprawa, że w Polsce poezja wciąż jest czymś elitarnym w złym tego słowa znaczeniu, tzn. wpojono nam w szkole, że przed poetą i poetami należy padać na kolana. Gombrowicz świetnie to określił: kościół poezji.

Tymczasem w Stanach spotkania autorskie pozbawione są zadęcia, odbywają się często w zwykłych kawiarniach, odrapanych klubach. W Nowym Jorku wchodzisz do ciasnej, zapyziałej salki i myślisz: "O rany, mogliby tu chociaż posprzątać", a potem się okazuje, że to legendarna knajpa, gdzie czytali beatnicy, grał Dylan czy Lou Reed. Życie artystyczne nowojorskich klubów toczy się zazwyczaj od popołudnia do bladego świtu. Po kapeli jazzowej wychodzi na scenę stand upper, po nim kwartet smyczkowy, a potem poeta. I albo zaiskrzy między nim a publicznością, albo nie. Żadnej przedustawnej czci wobec wieszcza. Ale też cienia ignorancji czy pogardy. Po prostu życzliwa ciekawość.

Jaka jest amerykańska publiczność?

- Potrafi przerwać w połowie wiersza śmiechem lub brawami. Sądzę, że potrafi też wygwizdać, na szczęście tego nie doświadczyłem. Ci ludzie chcą uczestniczyć w kulturze na co dzień, nie od wielkiego dzwonu. W USA wiersze nie są "przerabiane", ale dyskutowane. W niemal każdym college'u są kursy kreatywnego pisania. Jasne, że większość uczestników nigdy nie zostanie pisarzami. Ale będą "kreatywnie czytać", chodzić na spotkania autorskie, przekonani, że książka jest czymś ważnym.

Czy w Stanach pisarze, poeci są celebrytami?

- Autorzy czytadeł, poradników - owszem. Lecz takie postaci jak Ashbery czy Pynchon na pewno nie gwiazdują w sposób, w jaki robią to aktorzy i piosenkarze. Przeciwnie - ich styl, ich literackie bycie polega na niebywaniu na rautach i na głośnych medialnie imprezach, na ukrywaniu swojego życia prywatnego. W przypadku Pynchona jest to emblematyczne. Wiemy o nim niewiele więcej niż o Szekspirze. Jego jedyne upublicznione fotki pochodzą sprzed ponad półwiecza, gdy był w college'u i w armii. Zgódźmy się - to także jest teatr. Ale taki teatr służy nie tyle autokreacji, co literaturze, która wysuwa się dzięki temu na pierwszy plan. W tym teatrze scena należy do słowa.

A ty zgodziłbyś się na sesję w stylu "Gdzie na wakacje jedzie poeta"?

- Gdyby mi kolorowy tygodnik fundnął sesję na Karaibach, to czemu nie. A tak serio: odbiorca nie ma prawa do żadnej wiedzy na mój temat poza tą wyczytaną z moich wierszy. Albo inaczej: taka wiedza nie powinna być instrukcją do mojego pisania.

Wiesz, nawet sytuacja spotkania literackiego jest dla mnie nieco dwuznaczna. Z jednej strony najistotniejsze są tu moje wiersze, z drugiej - ludzie przychodzą też po to, by się dowiedzieć, jak ten Dąbrowski wygląda, z kim trzyma, na kogo głosuje i jakiego dezodorantu używa. Tymczasem pisarz pisze właśnie po to, żeby się zasłonić, ukryć za swoim bohaterem. Poza tym wiersze są na ogół ciekawsze i mądrzejsze od swoich autorów.

A co robisz, gdy nie piszesz wierszy?

- Czytam lepszych od siebie albo oddaję się prostym przyjemnościom. Jak grzyby i ryby. Na grzyby jeżdżę pekaesem na Kaszuby albo chodzę do Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, piętnaście minut od domu. Nie uwierzyłabyś, jakie tam można zebrać plony. A na ryby wyskakuję nad stawek przy Pomorskiej, obok bloku, w którym mieszkają moi rodzice. Wytężając przez wiele godzin wzrok, by odróżnić suchy liść od kapelusza maślaka czy podgrzybka, albo wgapiając się w dryfujący spławik, naprawdę się oczyszczasz. To jak zen.

Weźmy ten stawek w środku osiedla, sam się z siebie śmiałem, idąc tam z wędką. Nie wierzyłem, że istnieją tam jakiekolwiek formy życia.

I co się okazało?

- Wiem, że każdy wędkarz się przechwala, ale po kwadransie złowiłem tam dwa, o takie [Dąbrowski rozkłada ręce na pół metra] szczupaki i cztery okonie. Dokładnie jak z poezją - połów przychodzi wówczas, gdy przestajesz na cokolwiek liczyć.

tekst pochodzi z:
http://wyborcza.pl/duzyformat/1,133689,14628142,Poeta_w_czasach_dyktatury_klikniec.html



Nic się nie stało 

Tu, gdzie sarny, niedźwiedzie, wiewiórki i dziki pełne
oczu z przodu i z tyłu przebiegają ci przez
pościel, gdzie bezsennie przemierzasz supermarkety,
które czekają na ciebie przez całą dobę,
by sprzedać ci pięć galonów piwa, kilogramową
"paczkę chipsów dla dwojga", "party box" prezerwatyw
w największym rozmiarze, iluzorycznie podobny
do oryginału strój Batmana, a nawet koszulę
nocną w kształcie plastra bekonu; gdzie samochody
wielkości kombajnów koszą twój sen o ucieczce
w głuszę, wraz z dzikimi zwierzętami i zdziczałymi
ludźmi; gdzie skacząc po kanałach, przemierzasz czas,
kolejne wzwody i zachody słońca, poznajesz kobiety
o wytatuowanych tęczówkach i duszach jak Nagasaki
(po kontakcie z Fat Manem) albo najnowszy iPhone;
tutaj, w połowie swojego życia - bo zawsze jesteś
w połowie - słyszysz nagle, jak zamarzają ceny,
lodówkom i bezdomnym przestaje burczeć w brzuchach,
nowotworom i politykom nie chce się więcej mnożyć
oczywistości, zmarli nie boją się o stan konta
w kolejce do kasy, tatuaże wybuchają na niebie,
które przymyka swoje ślepe oko na wybryki
chmur i nastolatków w akademikach, kula
zamachowca zawisa w powietrzu i jeszcze nie jest
śmiertelna, myśl zastyga między synapsami. I oto
zjawia się poezja, i pcha do ucieczki jelenia
tuż przed maską twojego auta, jabłku każe zerwać
się z gałęzi, światłu zakiełkować i rozsadzić łupinę
nocy, mężowi pomyśleć o żonie w trakcie
masturbacji, samolotom dolecieć, a pieszym dojść do celu,
Bogu uczynić kilka cudów, kłamcy ponownie wygrać
wybory, poecie religijnemu napisać dobry
wiersz. Nikt jej nie widział. Lecz bez niej nic się nie stało,
co się stało.

Hudson, 2013