23 grudnia 2012

Za pasem święta

Żona wysłała mnie po kolczyki "takie wkręcane" dla mojej siostrzenicy-dziewięciolatki do "tego jubilera na dole". Poszedłem więc, w sumie ochoczo, w dzikim tłumie przyszłych zakupoholików polujących nie tylko na świąteczne promocje, lecz prawie na cokolwiek jadalnego i dobrze leżącego pod choinką. Wchodzę, szukam czegoś "do 25 zł". Widzę za 65 albo wykwintne. Myślę zapytam właściciela za kasą. Naraz słyszę jego przymilny wysoki (oj chyba powinien być niski "budyniowy" - określenie K. Vargi z "Trocin") głos z wyuczonym jak zawsze szczerym uśmiechem na okrągłej buzi wobec klientek: "Życzę wesołych świąt, pozytywnie zakręconych". Ależ mnie zakręciło! Zakręciłem się na pięcie i w nogi! Byle dalej od tego sklepu! Uciekaj kto może! Poszedłem więc do znanej mi "jubilerki" ulicę dalej i kupiłem, co chciałem. Wolałbym odwlec te święta o tydzień. Nie da się, wiem. Syn chory, ja ledwo powłóczę nogami, żona wykończona w "odzieżowym po chińsku". Zamiast ukochanych pociągów widzę w rozkładzie rozkład PKP, czyli jakieś (pewnie czystsze i szybsze i komfortowniejsze:) autobusy. A firma-chlebodawca mój... aaa też w rozkładzie co słyszę w każdej telewizji. Czyli niebosko jest mi na świecie. Ale nie narzekam. Nie panikuję. Nie depresjonuję się - to znaczy - nie zapadam się w smutku. W sumie lodówka pełna, aż dziw bierze, sałatka świąteczna jest, karp świeży leży... czego i tobie kimkolwiek jesteś życzę na dłużej.