19 sierpnia 2012

Błoński o Gałczyńskim



Siedzę w nudny letnio-sobotni wieczór przy nadeschnietnym bluszczu na parapecie, oczywiście on na…, ja – nieważne i… ani wiatru, ani chmurki w ruchu, nawet auta. Oderwawszy się od rzetelnej (!) lektury kreślę parę słów na gorąco. Jakiej lektury? „Gałczyński 1945 - 1953” Jana Błońskiego, PIW, Warszawa 1955 – czyli młodziutki przyszły wybitny Profesor (23 lata!) w debiucie o świeżo zmarłym wybitnym Poecie w kontekście równie prawie świeżo pochowanego – za co wielki Bóg zapłacz – wybitnego Tow. Stalina („tylko dwie sylaby”).

Tak więc Błoński dokonuje błyskotliwej syntezy twórczości i przede wszystkim jej kierunku „ideowo-światopoglądowego” przed II. wojną światową i zwłaszcza potem. Właściwie bowiem między kompetentnymi ocenami i autentycznym literackim znawstwem młodego jeszcze krytyka czai się i rośnie w siłę zasadnicze pytanie dla tej książeczki (85 stron formatu nieco mniejszego niż A5): „Jaka była droga, którą Gałczyński postępował ku roli poety socjalistycznego?” (s. 46). Widać, że to teza z założeniem, ponieważ „taka droga” musiała być, w przeciwnym razie cenzura PRL-u nie wpuściłaby na rynek pozycji w serii „Studiów na polską literatura współczesną” PAN. Pisarzy niedopasowanych do systemu rewolucyjnego nie było: przynajmniej w mediach, w pierwszym obiegu, w granicach Ojczyzny. Gdyby się wychylali wystarczyły… …– te kropki odcinające od złotówek, presja społeczna, groźby z pokryciem. Lecz Gałczyński w roli „poety socjalistycznego” się nie sprawdził. To co wysmarował ku chwale Ojczyzny, do której de facto nie prędko wróciła po wojnie, nie zabierze wiele miejsca i nie ucieszy oka polotem artystycznym. O tym wiedział Błoński i miał kłopot, więc narzeka na Poetę, że „przed wojną był poetą zbłąkanym, oszukanym przez faszyzm” (s. 43), że „przyszedł na gotowe”, że jest „obcy politycznie”, że postępuje jak dziennikarz, nie poeta” (s. 53n), że ma „niepoważny stosunek do problemów współczesności, drobnomieszczański huraoptymizm i deklaratywność ideową” (s. 48), i wreszcie co najważniejsze że „nie umiał atakować problemów współczesności z pozycji walczącego rewolucjonisty” (s. 46). Cóż, to niewątpliwie była w dużym stopniu prawda i legendarny kanarek ostał się najpewniej bez ukręconego łebka.
Odkładając, podczas lektury tej pachnącej latami 50. XX wieku książeczki, przebrzmiałe elementy socjalistyczne na margines zachwycałem się wiele razy kunsztem podejścia krytyka Błońskiego do poematów, satyr, bajek i różnych perełek Wielkiego Konstantego. Wyraźnie, mimo niecałkowitego „nawrócenia” Gałczyńskiego na „realizm nowych czasów”, podoba się Błońskiemu pomysł i wykonanie „Zielonych Gęsi” oraz „Listów z fiołkiem” (lecz niekoniecznie tematyka), zachwyca się (choć nie we wszystkich miejscach) „Niobe” i „Witem Stwoszem”, w których to stołeczny pisarz „pokazał źródła swej poezji: jej istotny, głęboki humanizm” (s. 64). Jan Błoński uważa, że 47-letni Gałczyński dopiero wkroczył w swój klasyczny okres twórczości „wolnej od szarlatanerii, jak panegiryzmu”. Chodzi o cykl „Ezop świeżo malowany”, „Chryzostoma Bulwiecia podróż do Ciemnogrodu i niezapomniany testament Karakuliambro „Pieśni”.

Na koniec warto skrótowo wyliczyć cechy liryki Poety (oczywiście wszystko według Błońskiego) decydujące o jej powodzeniu i ciągłej aktualności:
  • humanizm,
  • głęboki liryzm,
  • prostota tematów,
  • bezpośredniość,
  • ciągłe zmiany,
  • wielokierunkowość ujęcia tematu,
  • język mówiony,
  • humor i uśmiech,
  • obecność zwyczajnej codzienności,
  • chwiejność
  • „niespodziankowość”,
  • inwencja artystyczna,
  • wyobraźnia poetycka.

„Gałczyński – podsumowuje Jan Błoński – uczył swych czytelników, z którymi czuł się tak bardzo związany, wzruszeń coraz szlachetniejszych, nieskazitelniejszych”. A w ostatnim zdaniu (s. 85), żałując wczesnej śmierci piewcy olsztyńskich borów, świadomie i szczerze oddaje hołd „poezji, którą przyszłość zaliczy do najpiękniejszych, najprawdziwszych, najbardziej żywych świadectw naszego czasu”.