14 kwietnia 2012

Dzienna porcja świetlika

Trochę się przygotowuje do wykładu w mojej bibliotece o Marcinie Świetlickim i sobie czytam. Szkoda, że tylko są 3 tomiki poezji. Oto te, co mi pomogły, akurat - tak wyszło - ze zbioru Czynny do odwołania (Czarne, Wołowiec 2001):

Golenie

Od wielu dni grzeszyłem, dziś pora niezdarnych
prób odkupienia, wykupywania
duszy i ciała wprost z przepaści. Siadam
przed lustrem, pianę kładę na twarz.

Ręce drżą. Przytrzymałem ręką drżącą rękę
i - nie drżyj - powiedziałem. Potem wykonałem
wszystko odwrotnie. Przez żaluzje wszedł cień.

Zdzieram maszynką starość i śmierć z twarzy,
na chwile, na pół doby najwyżej. To jeszcze
się okaże. Jeszcze się okaże.

Kochanie

Kocham cię, kocham. Obsesyjna mantra,
na którą Bóg uprzejmie reaguje, a i
- a i ludziom świeckim podoba się całkiem.

Kocham cię. Łatwiej dostaniesz kanapkę.
Łatwiej się wymigujesz. Obsłużą cię łatwiej,
jeżeli powiesz: kocham, kocham cię.

Kocham cię. Nawet jeżeli zabijesz
i staniesz nad zwłokami - i powiesz: kocham cię,
to lżej jest, lżej ci. Kocham cię.

Kocham cię - mówię.
Wraca świat.
Śpi ze mną.

Robienie

Czynny
do odwołania.
Całodzienny, nocny
do obrzydzenia. Otwarty
do ostatniego czytelnika.
Samonakręcalny.

Jeśli zastyga,
to czyni to po to,
żeby zobaczyć
z zewnątrz. Potem wraca.
Wczoraj nie byłem sobą.
Przepraszam, przepraszam.

Obyś tak nie był sobą
zawsze.

Nieśmiertelnienie

Zielona Góra, dworzec.
Cały dworzec zombich.
Czwarta nad ranem. Gorzej
niż kiedykolwiek. Gorycz
się toczy wewnątrz.
Lawina gorzka.

O krok
dalej. O oczko
wyżej. Już nie
świt. Dzień się
nie rozpocznie. Noc się
rozjaśni tylko i nie umrze.

Więc dzisiaj nie ma śmierci, dobrze.