20 sierpnia 2011

Żyję

Właśnie wróciłem ze sklepu.
W jednej ręce syn, w drugiej ciężka siatka. W sumie, to dobrze, że ciężka.
Przede mną wolno posuwa się staruszka. Ona tez niesie zakupy. W obu rękach. Dobrze - myślę - że ciężkie.
Życie to ma swój niepowtarzalny ciężar.
Razem chwilę idziemy bez słowa. Idziemy i dźwigamy te siaty.
Po co my dźwigamy? - myślę.
(Aż dziwne, że takie myśli z rana. W końcu świeci ładnie słońce. Wiatr wyjątkowo wesoły. A chodnik z ulicą nowiutkie i gładkie.)
Dźwigamy, żeby jeść.
Mówię to samo do synka.
A potem dodaję głośno jak własna matka: trzeba jeść, żeby dźwigać taki ciężar.
Przerażająca pętla.