14 marca 2010

Ach ten fortepian

Słuchając E.S.T. Seven Days Of Falling (2003) przypomniałem sobie o fantastycznym artykule, (który utrzymał mnie przy życiu po ostataniej 6. nocce w pracy) w ostatnim także DF GW (kurcze ale ssskrót!) Fortepiany szybko się starzeją Teresy Torańskiej.


Fortepiany szybko się starzeją

Teresa Torańska 2010-03-14, ostatnia aktualizacja 2010-03-09 15:06:20.0

Teraz młodzi pianiści - mówiąc sportowo - biegną sto metrów nie w dziewięć sekund, co jak wiadomo jest niemożliwe, ale w osiem! Rozmowa z Adamem Harasiewiczem, zwycięzcą V Konkursu Chopinowskiego

Rano 25 lutego 1955 roku przyszedł do pana do hotelu...

- ... (Głośny śmiech) kominiarz, tak, tak! Byłem jeszcze w piżamie. Co powiedział?

Że przy piątku z rana nie ma jak spotkać kominiarza. Nazywał się Adolf Taciej.

- To był rzeczywiście piątek, czwarty dzień konkursu, mówiono - polski dzień. Z naszej ósemki miało grać troje pianistów. Występowaliśmy alfabetycznie. Lidia Grychtołówna, ja i Tadeusz Kerner.

Obszedł wszystkich. Polska żyła wtedy konkursem.

- Nieprzebrane tłumy łowców autografów. Nowa filharmonia. Obok prawie już gotowy Pałac Kultury.

I zaczynała się odwilż.

- Odwilż? Nie, to był luty.

Polityczna.

- Aha. Może. Konkursy wtedy odbywały się w rocznicę urodzin Chopina, nie, jak obecnie, jego śmierci, w październiku.

Wyszedł pan na estradę z rozwianą czupryną.

- Ależ proszę pani, to było dwa tysiące lat temu! Kogo to dzisiaj obchodzi?

Był pan porządnie zdenerwowany. Między jednym a drugim utworem zmieniał pan taborety, żaden nie odpowiadał, podłożono więc panu pakiet nut.

- Nie, nie, to jest troppo esatto, za dokładnie! Niczego nie pamiętam. Minęło 55 lat. W pierwszym etapie w ogóle nie byłem "porządnie" zdenerwowany. Myślałem tylko o tym, żeby zagrać jak umiem najlepiej, a co z tego wyniknie, nie obchodziło mnie.

Nic?

- O zwycięstwie - no skąd! - nawet nie chciałem myśleć. Broń Boże, po co!?

Mieszkaliśmy w hotelu Polonia. Wszyscy konkursowicze i jurorzy razem, rozdzieleni piętrami. W 1955 roku w V Konkursie Chopinowskim występowało 77 pianistów. A wie pani, ilu zgłosiło się na tegoroczny? Ponad trzystu. Po raz czwarty będę jego jurorem. Teraz jest bardzo dużo młodych, utalentowanych pianistów. Więcej niż kiedyś. Z nieprawdopodobną techniką. Oni - mówiąc sportowo - biegną sto metrów nie w dziewięć sekund, co, jak pani wie, jest niemożliwe, ale w osiem! To aż nienormalne. Mają chwytliwe szybkie palce, grają w niesamowitych tempach. Ale żaden na razie nie gra tak jak Artur Rubinstein. Słyszałem go ostatni raz w Carnegie Hall. Miał 80 lat i grał jak 18-letni młodzieniec. Fantastycznie! Z pięknym uderzeniem, bajkowo. Miał świetną głowę, absolutny słuch i jak coś zapomniał, potrafił dokomponować.

Przychodzi do mnie, tu, w Salzburgu, Ingolf Wunder. Brał udział w ostatnim konkursie, nie dostał się do finału, Chopinowską etiudę a-moll chromatyczną gra w tak nieprawdopodobnym tempie jak nikt chyba na świecie. Lewą ręką robi: pam, pam, pam, pam, a prawą gra akord i potem cztery tony na każde pam. Zupełna rewelacja.

Jest pana uczniem?

- Nie, nie, nikogo nie uczę. Rozmawiamy o chopinowskich brzmieniach. Bo piękno jest w dźwięku, sile wewnętrznej i w tym, co się ma interesującego do powiedzenia. We wnętrzu, które nie może być puste.

Ingolf pije kawę bez mleka i bez cukru. Z kolei Peter Cossé, krytyk muzyczny, bardzo znany w Europie, a mało w Polsce, z którym często słucham płyt - tylko z mlekiem. Zawsze mi się to myli.

Mówię o tym, bo nie wiem, jaką pani...?

Ze wszystkim.

- Słusznie, taka jest najlepsza.

(Idzie do kuchni).

Biegaliście z hotelu Polonia do filharmonii?

- Z gołą głową (śmiech).

Obok jakichś okropnych budek czy straganów przy Marszałkowskiej. Musiało być dosyć chłodno, ale ja pamiętam tylko piękną pogodę i słońce.

(Wraca z kawą i ciastkami).

Po pierwszym etapie byłem drugi. Po Aszkenazim. Świetny pianista. Bardzo precyzyjny. Mogłem mu tylko zakrzyknąć: brawo, Władimir, brawo.

A sobie?

- Przed rokiem - będąc w Warszawie - słuchałem moich nagrań z konkursu. Nokturn bardzo mi się nie podobał, był za wolny, przez to nudny. I gdyby dzisiaj przyszedł do mnie uczeń, powiedziałbym mu: no nie, idź szybciej, do przodu. Mój profesor z konserwatorium w Krakowie Zbigniew Drzewiecki był znakomitym profesorem. Nie przytłaczał studentów swoją osobowością, nie zabijał w nich indywidualizmu. Lubił mnie, ale nie był specjalnie nastawiony na sentymenty. Jak coś zagrałem brawurowo, to milczał i tylko mu oko błyskało, a w powietrzu się czuło: "Aha! To jest to!". Wiem, że moje granie komentował w rozmowie z innymi. Mówił, że nadzwyczajne, ale sobie nie ufam i chcę wciąż lepiej i lepiej. Zawsze ceniłem w nim, że dawał studentom dużo swobody. I raptem zobaczyłem, że dawał jej za dużo. Od dawna nie żyje. "Niedobrze - zwierzyłem się Basi, jego drugiej żonie - że mnie z takim nokturnem zostawił". A ona mi rzekła: "Na I nagrodę starczyło". "Starczyło - odpowiedziałem - bo inne utwory grałem lepiej".

Za to etiudy - wyczytałam - wyszły panu brawurowo.

- Tak, w obu etapach. W etiudach Aszkenazi też był znakomity. To był wtedy młody chłopak,

18-letni.

A pan miał 23.

- Fu Tsung niedawno mi powiedział, że nasz konkurs był chyba najciekawszy ze względu na indywidualności artystyczne. Rzeczywiście tak było. Aszkenazi z Rosji, Fu Tsung z Chin. Bernard Ringeissen z Francji był bardzo ciekawy, szalenie podobał się publiczności. Nie mówiąc już o Lidii Grychtołównie czy o Andrzeju Czajkowskim, obdarzonym fenomenalną pamięcią. Chciał być kompozytorem, a grał dla chleba. W Nowej Zelandii, kiedy zaproponowano mu wykonanie 22 koncertów Mozarta, których wcześ-niej nie grał, wykonał je, ucząc się jednego koncertu na dzień.

Była też Kiyoko Tanaka z Japonii.

- Rozmawiałem z nią po moim koncercie, kiedy pierwszy raz pojechałem do Japonii na tournée, pięć lat po konkursie. Ciężko się rozchorowała, nie mogła koncertować. Nie wiem, co to było. Rak? Coś okropnego z tym rakiem. Halina Czerny miała raka, Andrzej Czajkowski, Rubinstein. Podobno atakuje ludzi, którzy często latają samolotami na dalekie trasy.

Fu Tsung prawdopodobnie ma rację. Przed konkursem graliśmy trochę razem. Też był uczniem Drzewieckiego. Bardzo się lubiliśmy. On jest wesoły, dowcipny, uwielbia opowiadać anegdoty. Muzycznie był bardzo dobry, ale miał problemy techniczne. Po prostu nikt go, kiedy zaczynał, porządnie nie ustawił. Wie pani, o co chodzi?

(Podchodzi do fortepianu. Wraca).

Nie będę pokazywał. Powiem tylko: brakowało mu pani Stojałowskiej.

Z Rzeszowa.

- A wie pani, że zaczynałem od skrzypiec? Szybko rzuciłem. Podobał mi się fortepian.

Stał w domu?

- Bardzo dobry, blüthner. Ojciec kupił go gdzieś okazyjnie. Moja starsza siostra - mam dwie - trochę brzdąkała. Zagrałem kiedyś prosty utworek, którego się uczyła, i rodzice uznali, że w moim graniu coś ładnego się dzieje. Mama opowiadała mi potem, że wyczuła dobrą atmosferę w powietrzu. Ojciec zaprowadził mnie do pana Mirskiego.

Miał pan dziesięć lat, dużo.

- No skąd!

Aszkenazi pierwsze lekcje brał w wieku pięciu lat, Fu Tsung też nie miał więcej.

- Ale Ignacy Paderewski solidnie zaczął się uczyć, jak miał 17. Pojechał do Wiednia, do prof. Leszetyckiego, najwybitniejszego w tamtym czasie pedagoga - zna to pani? - i ten, po przesłuchaniu go, powiedział: na karierę - za późno (śmiech).

Paderewski nie był urodzonym pianistą jak Artur Rubinstein, ale miał ogromny wdzięk i wielką personnalité. Dlatego był genialny. Jego osobowość o tym zdecydowała.

Do Mirskiego chodziłem dwa lata. A po wojnie ojciec dowiedział się, że w Rzeszowie jest prawdziwa pianistka, wysiedlona ze Lwowa. Mój ojciec był polonistą, wizytatorem szkół. Odszukał ją. To była pani Janina Stojałowska. Miałem szczęście. To bardzo ważne trafić od razu do dobrego profesora. Była uczennicą i asystentką wielkiego pianisty Ignacego Friedmana. Do tego miła, nadzwyczaj sympatyczna.

Namalowałem jej portret. Wie pani, że maluję?

Widzę na ścianach. Podobają mi się te dwa surrealistyczne oleje z pochylonymi domami.

- Podarowałem jej portret Towarzystwu Chopinowskiemu w Warszawie. Pani Stojałowska ustawiła mnie na całe życie. Chodziłem do niej do domu, prywatnie. Uważała, że mam dobrą rękę do fortepianu i nadaję się na pianistę. Bardzo pilnie wtedy ćwiczyłem. Także dzięki mojej matce. Powtarzała mi bez przerwy, że jeśli się nie gra, to potem można tego żałować. I dawała przykład kuzynki, która po latach miała do siebie pretensje, że nie przyłożyła się w dzieciństwie i nie umie. Nie chciałem żałować (śmiech) i grałem codziennie. Pół godziny, godzinę.

Tylko?

- Może dwie, potem trzy. Muszę się przyznać. Zawsze byłem niestety troszkę leniwy.

Czy zabawowy?

- Nie, po prostu wiele rzeczy mnie interesowało.

Teraz najchętniej rozmawiałbym z panią o galaktykach. To fantastyczna sprawa, jestem bardzo oczytany, znam wszystko, co wychodzi od ponad 20 lat. Na przykład sprawa odległości. Wie pani coś pani o wszechświecie?

Nic.

- Szkoda. Kilar też nie. Jest moim kolegą ze szkoły w Rzeszowie. Próbowałem Wojtka zainteresować astronomią, ale się nie dał. Fu Tsung też nie.

Kucie przy fortepianie wydawało mi się zbyt monotonne. Zawsze miałem też sporo różnych zajęć. Chodziłem na lekcje malarstwa, potem zostawiłem. Ale była za to szkoła muzyczna, nebenbei, gdzieś obok, z przedmiotami teoretycznymi. I nauka języków. Ojciec posyłał mnie na francuski i angielski.

Pani Stojałowska dosyć szybko zaczęła mi dawać do grania koncerty. Po roku uczenia się grałem już koncert Mozarta.

A po niespełna trzech został pan laureatem konkursu młodych talentów.

- To był mały konkurs, bez większych ambicji, nie przesadzajmy. Prawdziwym wyróżnieniem był udział w eliminacjach do pierwszego po wojnie konkursu chopinowskiego. Odbywały się rok wcześniej. Pierwszy raz zagrałem wtedy z orkiestrą. Niezwykłe przeżycie, miałem 16 lat. Do konkursu nie zostałem dopuszczony. Powiedziano, że jestem za młody. Ale już miałem przygotowany cały konkursowy program chopinowski i pianistycznie byłem bardzo ogładzony, miałem dźwięk, technikę. W 1949 roku pojechałem do Warszawy popatrzeć, jak taki konkurs wygląda. Filharmonia leżała jeszcze w gruzach, konkursy odbywały się w Romie, przedwojennej operetce, a jury siedziało schowane za kotarą, by nie widzieć, kto gra.

I miejsce zdobyły ex aequo Halina Czerny-Stefańska i Bella Dawidowicz, drugie - Barbara Hesse-Bukowska, a trzecie Waldemar Maciszewski, który, niestety, wkrótce potem zginął pod kołami pociągu.

- A zauważyła pani, kto jeszcze był na liście laureatów, ale gdzieś dalej? Władysław Kędra i Regina Smendzianka. Którzy także zrobili piękne kariery. Bo z karierą jest tak, że różne czynniki na nią wpływają. Trzeba mieć dobrą rękę, dobrą głowę - czyli pamięć, dużą wrażliwość, pilność w ćwiczeniach. Oraz chęć wybicia się - jak Witold Małcużyński, który przy wielkiej pracowitości miał ogromne parcie do przodu.

I zdrowie - zapomniałem o zdrowiu. Proszę pani, trzeba mieć wspaniałe zdrowie! Jak Rubinstein.

Pan też je miał. Wyczytałam gdzieś, że dał pan sto koncertów w trzy miesiące.

- Nie, to jakaś pomyłka. Miałem kilka tournée, ale dużo krótszych. Najdłuższe było w Japonii - 30 koncertów w ciągu półtora miesiąca. Ale czasami grałem w ciągu dziesięciu dni dziewięć razy. Wieczorem był koncert, rano samolot do innego miasta i znowu koncert. To nie jest jednak trudne, wszystko zależy od tego, co się gra. Z tym samym programem jest łatwiej.

Najbardziej byłem zdenerwowany w trzecim etapie konkursu.

Rodzice nie przyjechali?

- Nie. Powiedziałem, że chcę mieć spokój i żeby nie przyjeżdżali.

Przyjechała za to królowa belgijska Elżbieta II.

- Zostałem jej przedstawiony, pięknie ubrana, bardzo elegancko.

Miałem grać koncert e-moll z orkiestrą. To był ostatni dzień konkursu. Dzień wcześniej koncert f-moll grał Aszkenazi. Nie wyszedł mu. Grał jak zawsze precyzyjnie, ale bez emocji, zabrakło mu ducha, ekspresji, nastroju. Któryś z kolegów, a może - już nie pamiętam - ktoś z publiczności, podszedł do mnie i powiedział: masz szansę. Byłem oburzony. Po co mi takie dodatkowe napięcie. I jak można w ogóle w ten sposób myśleć! Że jak jednemu się nie powiodło, to drugi na tym skorzysta.

Przed panem grała tego dnia Lidia Grychtołówna, której zabrakło "małej iskry", a po niej Dmitrij Sacharow, z którego "wyszła na jaw młodzieńczość i brak doświadczenia".

- Pamiętam go, to był chłopaczek małego wzrostu. On jak Lew Oborin, Bella Dawidowicz i wielu innych wspaniałych pianistów rosyjskich został całkowicie zablokowany w ZSRR, nigdzie chyba po konkursie za granicę nie wyjeżdżał i przepadł. Z tego, co słyszałem, już nie żyje.

Byłem zdenerwowany. Najgorszy jest zawsze początek. Nie tylko samo zaczęcie - bam, bam, bam, pierwsze akordy, ale cała pierwsza strona. Koncert e-moll, pamięta pani jego pierwszy temat?

(Siada przy fortepianie).

Słyszy pani, jakie to piękne?

(Wstaje).

Tęskni pan...?

- Nie, nagrałem się. Jeszcze coś pani pokażę, bo można to zagrać inaczej. Słyszy pani różnicę?

(Gra na stojąco).

Przez łamanie dźwięków, opóźnianie, zatrzymywanie - robi się uczucie. Ale to sztuczny sposób. Uczucie musi wypływać ze środka. Jak piękno dźwięku, które albo się ma, albo nie ma.

(Siada).

A potem, jak się słucha własnych nagrań, widać, co dobre, a co należy jeszcze poprawić. Każdy wtedy dla siebie jest profesorem.

O! (Gra) W tym fragmencie, proszę posłuchać, za mało jest poezji, bo jest za szybko, frazy na siebie nachodzą, trzeba je oddzielić. A teraz? Lepiej, prawda? Oddech i druga fraza. I stopniowanie napięcia. Najpierw pianissimo, potem piano. Czy słyszy pani, jak to muzykę ożywia?

(Wraca na fotel).

Muzyka musi nabrać kolorów. Barwy muszą być słyszalne. Bo inaczej gra jest szara. Martha Argerich przyszła do mnie w Warszawie przed konkursem, żeby zagrać swój program. Grała świetnie, jedynie kantylena wydawała mi się za mało śpiewna. Odpowiedziała mi bardzo mądrze: "Nikt nie ma wszystkiego, ale jak się ma jedną rzecz, można iść dalej". Ona miała cudowną technikę, siadła i od razu, bez rozgrzewki, zagrała bardzo technicznie trudne preludium es-moll. Kapitalnie zagrała.

Najgenialniejsi pianiści mają swoje ograniczenia. Michelangelo Benedetti, fantastyczny, fenomenalny jak nikt. Jego nagrania biją wszystkie inne, IV koncert Rachmaninowa w jego wykonaniu jest zjawiskowy. Ale miał duże trudności z koncertowaniem. Wielcy pianiści mają często wielkie napięcia. Nie wiem, czy to była trema, którą musiał tłumić, czy nerwy mu nie wytrzymywały, nie miał tej łatwości wychodzenia na scenę jak Rubinstein, który wychodził uśmiechnięty, siadał i czuło się, że gra dla przyjemności.

Jeszcze coś pani pokażę.

(Siada przy fortepianie).

W koncercie f-moll (gra) to pierwszy temat, a teraz drugi. Piękny, prawda? Grałem oba koncerty. No, jak?

Przecudne. Mam je w pana wykonaniu na CD.

- Nagrałem dla Philipsa 14 płyt długogrających, wszystkie etiudy Chopina - 27. Nawet - mówiąc nieskromnie - Rubinstein wszystkich nie grał. Grał tylko kilka, oczywiście fantastycznie. Zamieniłbym się z nim. Nagrałem też wszystkie trzy sonaty Chopina. Cóż to była za praca!

Teraz mam nagrać w Warszawie na płytę sonatę h-moll, cztery nokturny, balladę, scherzo i poloneza fis-moll. Ukażą się też 53 mazurki.

No wystarczy. (Wraca na fotel).

W gazetach napisano o panu: "Junacki, pełen żarliwości i pasji temperament tego pianisty zajaśniał w koncercie e-moll bogatym blaskiem i rozmachem".

- Udał się. Nie grałem może całkiem czysto, ale dobrze technicznie, bardzo emocjonalnie i zabrzmiała w nim podobno chopinowska nuta.

Jurorzy po każdym etapie wypełniali arkusz punktacyjny, wrzucali go do urny i komisja skrutacyjna podliczała punkty. Koncert Aszkenaziego znalazł się na piątym miejscu, mój na pierwszym. O wyniku konkursu decydowała suma punktów zebrana w trzech etapach.

Poszedłem spać. Andrzej Czajkowski zadzwonił w nocy i powiedział: jesteś pierwszy.

A pan?

- Nic.

Do nikogo pan nie zadzwonił?

- Nie. Do nikogo. Było już za późno.

Nawet do mamy?

- Nie. Wtedy nie telefonowało się jak teraz, wykręcając numer. Trzeba było zamówić międzymiastową i godzinami czekać na połączenie.

Pani ma pytania nie fachowo pianistyczne. Nikt mi dotąd takich nie zadawał.

Złe?

- Dziwnie się z nimi czuję. Bo co miałem w nocy robić?!

Upić się ze szczęścia.

- No skąd! Nigdy nie piłem. Chodziły później plotki, że popijałem, ale to nieprawda. Poszedłem spać. Bo co mi pozostało. Co będzie, to będzie.

I zasnął pan?

- No, może nie tak szybko. Zawsze miałem kłopoty ze spaniem. Nie tylko po koncercie, co byłoby zrozumiałe. Po nartach, kiedy naprawdę jestem fizycznie zmęczony, też nie mogę zasnąć. I śpię krótko, pięć, góra sześć godzin. Widocznie tyle potrzebuję.

Rano zadzwoniłem do Andrzeja Czajkowskiego, żeby mi oddał pożyczoną muszkę. I Andrzej powtórzył: "Gratuluję pierwszego miejsca". Wiedział od swego profesora Stanisława Szpinalskiego. Wtedy uwierzyłem. On zajął dziewiąte.

Andrzej był zupełnie pozbawiony zazdrości.

Ale pan, jak zauważyłam, też.

- To kwestia osobowości. Są ludzie bardzo pewni siebie, których ponosi pycha i wyżej siebie oceniają, niż jest w rzeczywistości, i są tacy jak na przykład Aszkenazi, który zawsze w ocenie innych kieruje się obiektywizmem. Miał poczucie własnej wartości, ale doceniał też innych. Nie było tak, że uważał się za proroka, a resztę ustawiał gdzieś w tyle.

Zdobył II nagrodę.

- Pierwsza czy druga, nie miała w jego przypadku żadnego znaczenia. Udało mu się, nie wiem, jakim sposobem, wyjechać ze Związku Radzieckiego i zrobił znakomitą światową karierę. Chyba największą z nas wszystkich. Miał szeroki repertuar i bardzo pilnie ćwiczył. Grał, grał i grał. Nie wiem, po ile godzin dziennie, ale dużo, bardzo dużo. Wielokrotnie spotykaliśmy się na trasach koncertowych. W Zurychu na przykład nagrywałem coś dla radia, a on miał koncert, gdzie grał 12 etiud Chopina. Potem w Hamburgu, we Frankfurcie, w Japonii. To były bardzo miłe rozmowy. Któregoś razu przyjeżdżam do Nowego Jorku na koncert w Carnegie Hall i okazuje się, że Aszkenazi tam grał poprzedniego dnia. Dowiedział się, że jestem, i przyszedł na mój koncert. Na bis zagrałem mu mazurka Chopina. Po roku przyjechał do Salzburga, poszedłem na jego próbę. Zobaczył mnie i zaczął grać tego samego mazurka. Dawał mi znak, że pamięta.

Ale na konkursie nagrodę specjalną - obok trzeciej - za wykonanie mazurków dostał Fu Tsung.

- Został w Polsce, mieszkał w Hotelu Sejmowym, odwiedzałem go często, dużośmy gadali. Lubił późno chodzić spać. Dwunasta w nocy, a on zawsze: zostań jeszcze, zostań. Nagle Chiny zażądały, by wrócił do kraju. W Chinach zaczęła się rewolucja kulturalna. A on chciał grać i być wolnym człowiekiem. Zygmunt Mycielski zdaje się chodził w jego sprawie do premiera Cyrankiewicza, żeby Polska dała azyl. W końcu udało mu się wyjechać do Londynu.

Wie pan, jak?

- Nie. Wiem tylko, że w Chinach zabili mu matkę i ojca. Ojciec był tłumaczem literatury francuskiej.

Od Zygmunta Mycielskiego dostał bilety lotnicze na dwa samoloty, które w tym samym mniej więcej czasie odlatywały z Okęcia - do Londynu i Pekinu. Przeszedł przez kontrolę i wsiadł do British Airways.

- Ożenił się z córką Yehudi Menuhina i dużo razem koncertowali w Ameryce. Bardzo lubię go spotykać. Zawsze o wszystkich ma coś ciekawego do opowiedzenia.

Po koncercie laureatów odbyło się przyjęcie w Urzędzie Rady Ministrów. Wydane przez ministra kultury Włodzimierza Sokorskiego.

- Zupełnie tego nie pamiętam.

Przypomnę. Był Józef Cyrankiewicz, Aleksander Zawadzki, królowa belgijska oraz Bolesław Bierut. "Przyjęcie upłynęło w niezwykle serdecznej atmosferze".

- Tak, tak, bardzo krótko rozmawiałem z Bierutem. (Śmiech).

Coś śmiesznego?

- Po konkursie pojechałem do Brukseli na zaproszenie królowej. Miałem sześć koncertów w ogromnym Palais de Beaux Arts, były udane. Po jednym z koncertów przyszedł do mnie polski ambasador i zapytał: „Jak wam się grało?”. Odpowiedziałem: „Grało nam się dobrze”. Zapytał: „A jak wy się czujecie?”. Odpowiedziałem: „My czujemy się dobrze”. Coś okropnego. „Wy” to straszna forma w języku polskim. Cały czas mówiłem do niego w pluralis maiestatis. On w końcu chyba się zorientował, że z niego kpię, i rzekł: „Myślałem, że jesteście nowocześni”. Odpaliłem mu więc: „Bierut, kiedy z nim rozmawiałem, mówił do mnie »proszę pana «”.

Pana rodzice też, zdaje się, nie byli postępowi.

- Nie.

Pani Stojałowska?

- No, skąd!

A prof. Drzewiecki?

- On to w ogóle był strasznie antyrządowy. Ale miał poczucie humoru, choć wielu uważało, że był nieznośny. I krytykował z humorem. Jemu zresztą na wiele pozwalano. Był autorytetem, jak Jerzy Żurawlew, inicjator konkursów chopinowskich. A ja nigdy nie interesowałem się polityką. Raz tylko miałem problemy. Po śmierci Stalina. Wyznaczono mnie, bym stanął na warcie honorowej przy popiersiu Stalina. Rozpisano dyżury. Wykręciłem się, że ktoś z rodziny jest chory, muszę się nim opiekować. Wydało się, że to nieprawda, zorganizowano zebranie ZMP i chyba przewodniczący oświadczył, że: kolega Harasiewicz nie zrozumiał śmierci Stalina. Musiałem złożyć samokrytykę. To wstałem i powiedziałem: uważam, że postąpiłem niesłusznie. Koledzy zaczęli się śmiać, a ktoś z sali dorzucił: no to cześć. W Rosji byłoby to nie do pomyślenia, prawda?

W Warszawie też chyba nie.

- U nas w konserwatorium był luz.

A w ogóle należał pan do ZMP?

- Nie wiem, muszę się zastanowić.

Ale co to było, pan wie?

- Związek Młodzieży Polskiej, tak? Nie, chyba nie należałem. Na pewno nigdy nie nosiłem czerwonego krawata.

Zdobył pan I miejsce i 30 tys. złotych nagrody, wtedy kupa pieniędzy.

- Tak?

Co pan z nimi zrobił?

- 5 tysięcy dałem mamie. A z resztą? - nie pamiętam.

Może frak pan sobie kupił?

- Nie, nie, frak już miałem. Ekipa polska przed konkursem ogrywała koncerty z orkiestrą, jeżdżąc po całym kraju, i wtedy dostaliśmy przydziałowe stroje, komunistyczne. Chłopcy fraki, dziewczęta suknie. A wszyscy ciepłe płaszcze. Przy wszystkich minusach komunizmu o artystów dbano.

To może kupił pan sobie fortepian?

- Dopiero jak dostałem mieszkanie.

Też przydziałowe?

- A były jakieś inne? Ale żeby panią uspokoić, nie od razu. Zanim je dostałem, trafiłem do willi na Saskiej Kępie. Wie pani jak?

Po konkursie grupa konkursowiczów została wysłana do Zakopanego na wypoczynek. Dowiedział się o tym doktor Stankiewicz i mojej znajomej powiedział: poproś o audiencję u pana Harasiewicza. Bardzo się z tego śmialiśmy. Ja miałem 23 lata, on z 50.

Udzieliłem audiencji. Doktor przyszedł, oświadczył mi, że chce się mną opiekować, zostanie moim lekarzem, i rzucił mi swoje futro. Bo muszę chodzić w futrze, nie wolno mi się przeziębić. Na koniec zaprosił mnie do siebie do Warszawy. Miał piękną willę na Saskiej Kępie. Okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem i mimo sporej różnicy wieku zaprzyjaźniliśmy się. Gościł mnie. Podejmował obiadami. Był apostołem zdrowego odżywiania się. To wolno, tego nie wolno. Obiady były wspaniałe. Gotowała je kucharka od hrabiego Zamoyskiego

Miły, ładny, rozpieszczony - napisał o panu Andrzej Kijowski w swoich dziennikach.

- O mnie?

No.

- Rozpieszczony? Chyba mocno przesadzone. Wcale tego nie widziałem.

Tabunów zakochanych dziewczyn też pan nie widział?

- Nie pamiętam.

No, niech pan nie udaje.

- Więc dobrze. Cieszyłem się. I nie tylko. Odnosiłem też pewne korzyści. Te moje uciechy jednak były ciągle przerywane permanentnymi wyjazdami. Były niemożliwe do kontynuacji.

A Jarosława Iwaszkiewicza i Zygmunta Mycielskiego pamięta pan...

- ...pierwszego mało, a drugiego doskonale.

Napisali w swoich dziennikach: pierwszy - "Skąd to zjawisko? Kultura, czar osobowości, mówi po francusku... A przy tym jaki wdzięk, cudowny chłopak". I drugi: "Adam Harasiewicz, dosyć primadonna", a na kolejnych stronach: "Może gra za dużo, jest zanadto eksploatowany? Z 6. czy 10. miejscem byłby chyba lepiej wyszedł!".

- Nie, to bzdura zupełna. Bo w ogóle bym nie wyszedł! Dzięki pierwszej nagrodzie od razu otworzyły się przede mną największe sale koncertowe świata. Z najlepszymi na świecie instrumentami. Chopin byłby szczęśliwy, gdyby słyszał swoje kompozycje grane na nowoczesnych fortepianach.

Zwłaszcza na steinwayu, on niesie dźwięk.

Kosztuje fortunę.

- No skąd. Przy dobrych honorariach to jest kilka koncertów. Dla mnie to było niewiele. Po konkursie posypały się oferty, szczególnie zagraniczne. Pierwszego steinwaya kupiłem w Salzburgu. Drugi stoi w Warszawie. Ale każdy jest inny.

Gdzie najlepszy?

- W Hamburgu na 20 znalazłem tylko jeden. W Carnegie Hall też było z 15. Niektóre zastrzeżone. Dla Horowitza na przykład, on lubił lekką klawiaturę. Dwa mi odpowiadały. W Japonii zaś miałem grać sonatę Liszta h-moll. Widzę: mają nowego steinwaya. Mówią, że ledwo przywieziono go z Hamburga. Siadam, gram, a on w ogóle nie ma dźwięku. Powiedziałem: nie mogę na nim zagrać sonaty, bo ona nie brzmi, ma mały dźwięk. Macie jakiś inny? Mamy yamahę. Wielka yamaha okazała się lepsza niż nowy steinway. Widocznie był źle urodzony. Albo nie taki nowy. Fortepiany dość szybko się starzeją. Kończymy?

Tak. Może mi pan teraz opowiedzieć o wszechświecie.

Teresa Torańska


Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - www.wyborcza.pl © Agora SA