9 września 2011

Bauman o Europie we Wrocławiu i GW

Czego nas uczy centralna Europa?

...
Zygmunt Bauman* 2011-09-08,

Wykład prof. Zygmunta Baumana, który zainaugurował Europejski Kongres Kultury: polityczna przyszłość Unii zależy od tego, czy Europa nauczy się traktować różnorodność jako zaletę
Co centralnego w centralnej Europie? Zanim zabierzemy się do odpowiedzi na to pytanie, wypada zastanowić się nad tym, gdzie szukać Europy i gdzie ją znaleźć... To bynajmniej nie tak proste zadanie, jak by się na pierwszy rzut oka zdawało, a wszak trzeba się z nim wziąć za bary, jeśli chcemy wiedzieć, z jakiej racji przypisać możemy "centralność" centralnej Europie, i jakiej to części Europy ów określnik "centralna" przysługuje...

W jej współczesnym użyciu nazwa "Europa" odnosi się do trzech odrębnych i niekoniecznie pokrywających się nawzajem zjawisk. Jedno z nich jest geograficzne. Inne polityczne. Jeszcze inne kulturalne. Pozwólcie mi Państwo przyjrzeć się im bliżej w tej kolejności.

Światowe wojny Europy

"Ktokolwiek mówi o Europie, jest w błędzie; Europa to pojęcie geograficzne", orzekł z górą sto lat temu Otto von Bismarck - i nie trzeba szczególnie ostrego słuchu, by się tonu lekceważenia i pogardy w jego głosie dosłuchać. Bismarck był na wskroś zwierzęciem politycznym; nie dziw więc, że geografia jako taka, polityką nienadbudowana, nie wzbudzała jego szacunku. A Europa w czasach Bismarcka nie była zaiste pojęciem politycznym. Ba, jeszcze niemal sto lat po Bismarcku inny rasowy polityk, Henry Kissinger, drwił sobie, iż choć serdecznie pragnie uzgadniać swe posunięcia z Europą, uczynić tego nie może, bowiem nie ma telefonu, na który można by zadzwonić, aby z Europą porozmawiać.



"Polityka" zarówno dla jednego, jak i drugiego męża stanu kojarzyła się z pałacem królewskim czy prezydenckim, Kancelarią Rzeszy czy urzędem premiera, budynkiem parlamentu i gęstą siecią budynków ministerialnych - a żadnej z tych rzeczy Europa nie posiadała. Była to wszak Europa powestfalska, podzielona na suwerenne poletka kłami i pazurami broniące tego, co swoje, a łypiące albo podejrzliwym, albo chciwym okiem na wszystko, co cudze. Europa poszatkowana najpierw na mocy ugody westfalskiej wedle zasady: cuius regio eius religio czy une foi, un loi, un roi, a zaraz potem, w erze narodobudownictwa, asymilująca odziedziczoną formułę do nowych warunków przez prosty zabieg podstawienia "natio" lub "nation" pod "religio" lub "foi". Carl Schmitt, najwnikliwszy bodaj, bo najcyniczniejszy z badaczy ducha postwestfalskiej rzeczywistości, za istotę polityki uznał wyznaczenie wspólnego wroga, a za główne zajęcie polityki przeciąganie granic między "wewnątrz" a "zewnątrz". Że Europa z punktu widzenia owego ducha była pojęciem li tylko geograficznym, świadczył więc fakt, że "wrogowie" mianowani przez każdą bez wyjątku suwerenną politycznie połać Europy byli, geograficznie rzecz biorąc, Europejczykami. Ba - obie światowe ponoć wojny były starciami Europejczyków z Europejczykami, tyle że toczonymi na światowej arenie - bo wszak powaśnionym państwom europejskim głównie w tych wojnach o udział w eksploatacji reszty planety chodziło.

Bismarck miał więc rację? W jednym sensie tak, ale w innym nie... Mylił się, gdy pomijał w rachubie rolę, jaką Europa o pogardzanym przezeń statusie geograficznego pojęcia odgrywała w układzie światowym - a więc i ważką, namacalną realność, jaką odgrywanie tej roli przez blisko pięć stuleci Europie przydawało. I to jeszcze jaką realność! Ryszard Kapuściński, jeden z najbystrzejszych obserwatorów dwudziestowiecznych fars i tragedii, zauważył, iż wystarczy być Europejczykiem, by wszędzie na innych kontynentach czuć się władcą, panem i zwierzchnikiem. Nawet przeciętna osoba o całkiem podrzędnym u siebie w domu stanowisku wspinała się na szczyty społeczne, gdy lądowała w Malezji czy Zambii.

I dziwić się tu nie było czemu. Omal pięciusetletnią przewagę militarną i gospodarczą geograficznej Europy nad resztą globu nadbudowywał niekwestiowany monopol Europy na rolę układu odniesienia dla sądów wartościujących ludzkie formy życia i współżycia oraz jej, choćby tylko milcząco przyjęte i nigdzie niezapisane, prerogatywy sądu najwyższego, którego wyroki w tej kwestii były ostateczne i zaskarżeniu nie podlegały. Całkiem do niedawna (niektórzy na tej sali pamiętają jeszcze te czasy) Europa była owym centrum, jakie czyniło resztę planety peryferią.

Jak to Denis de Rougemont (1) jędrnie ujął, Europa "odkryła" jeden po drugim wszystkie kontynenty, ale przez żaden nie była odkryta; panowała nad innymi kontynentami, ale sama pod panowanie żadnego nie podpadła; była też jedyną, która wymyśliła taką cywilizację, na której imitowanie reszta świata miała ogromną ochotę, gdy sama nie stawiała sobie za wzór żadnej innej cywilizacji.


Także do niedawna trwająca wciąż w geograficznej jeno modalności Europa pełniła wobec reszty świata funkcję globalizującą, jako że korzystając z ogromnego dyferencjału mocy zawdzięczanego swemu modernizacyjnemu pierwszeństwu potrafiła znajdować, i praktykować, globalne rozwiązania, jak imperializm i kolonializm, dla lokalnie stwarzanych problemów - takich jak masowa produkcja ludzi zbędnych, czyli przerastających możliwości absorpcyjne krajów pochodzenia: wyczyn poza zasięgiem marzeń krajów później do modernizacyjnego wyścigu doszlusowujących, z racji swego opóźnienia skazanych na (daremne oczywiście) poszukiwania lokalnych rozwiązań dla problemów globalnej proweniencji... A, że dodam, także i poza zasięgiem Europy dwudziestego pierwszego stulecia.

Europa to święty szczegół

A dodam dlatego, że źródła "naturalnych" zdawałoby się przywilejów geograficznej Europy nie przeżyły drugiej raty wojny światowej i do chwili obecnej wyschły już niemal do gruntu. Są powody po temu, by inicjatywy konstruowania politycznej nadbudowy nad geograficzną Europą, podjęte tuż po zakończeniu wojny przez Schumana, Monneta, Spaaka, Adenauera i de Gasperiego, postrzegać jako reakcję na kruszenie się fundamentów europejskiej pewności siebie; dla tych trzeźwo myślących działaczy musiało być oczywiste, że pozycja Europy w świecie nie da się podtrzymać rozproszonymi, nieskoordynowanymi, a często gęsto sprzecznymi wzajemnie poczynaniami względnie drobnych i słabowitych, a przynajmniej nie dość mocarnych terytorialnych państw-narodów.

Zbyt wcześnie jeszcze na podsumowanie rezultatów owej historycznej inicjatywy. Podjęli się wszak ojcowie założyciele politycznej Europy zadania nie lada: budowania ogólnoeuropejskiej, ponadpaństwowej solidarności, jaka scaliłaby historycznie a żywiołowo niejako wytworzone i zasiedziałe solidarności lokalne, jakie przez stulecia odtwarzały swe istnienie przez galwanizowanie i podgrzewanie gorących lub chłodnych, ale wiecznie się tlących się i grożących rozpłomienieniem antagonizmów z sąsiadami przez miedzę. Są ludzie wątpiący w możliwość zaistnienia takiej ponadpaństwowej solidarności, określanej czasami mianem "poczucia europejskiej tożsamości": zaślubiny państwa i narodu, powiadają, dokonały się raz na zawsze, bo w niebie lub w nieprzeniknionych mrokach dziejów, a zatem tylko w jego ramach solidarność ludzka jest naturalnym atrybutem ludzkiego współżycia; a zaś bez historycznie ukształtowanej narodowej wspólnoty losów, tylko chwiejne, kruche i tymczasowe z założenia alianse są do pomyślenia, wynikłe ze żmudnych negocjacji i rozsądkowo, ale bez entuzjazmu akceptowanych kompromisów.

Jürgen Habermas (2) dostarcza najtęższych argumentów przeciw tej opinii, wskazując, że ład demokratyczny nie musi się wspierać na zakorzenionej mentalnie idei "narodu" jako przedpolitycznej wspólnoty losu i przeznaczenia - że moc demokratycznego państwa konstytucyjnego zasadza się właśnie na jego potencji wytwarzania i odtwarzania integracji społecznej przez zaangażowanie polityczne obywateli. Wspólnota narodowa nie wyprzedza wspólnoty politycznej, lecz jest jej wciąż na nowo wytwarzanym produktem.


Twierdzenie, że stabilny i zdolny do samoodtwarzania się układ polityczny nie może powstać bez już okrzepłego ciała etnokulturowego nie jest ani bardziej, ani mniej przekonujące niż to, że żadne ciało etnokulturowe nie jest zdolne okrzepnąć i nabrać mocy samo-się-odtwarzania bez pomocy sprawnego mechanizmu politycznego.

Nie miejsce tu i czas na dogłębne rozważanie walorów tych przeciwstawnych opinii; a i dodam, że nie nadto płodne to zajęcie, jako że spór rozstrzygnąć mogą autorytatywnie, i rozstrzygną w istocie, wola polityczna i dokonania instytucjonalne Europejczyków (niestety jak dotąd dające znać o swej doniosłości głównie przez swą niewidoczność), a nie filozoficzne rozważania, choćby i najsubtelniejsze i najlogiczniejsze. Powiedzmy sobie szczerze - na razie losy politycznej jedności Europy jeszcze się ważą, dalekie są od rozstrzygnięcia i niełatwo orzec, czego tu więcej: kroków naprzód czy do tyłu. Po traktacie lizbońskim ustanawiającym urzędy europejskiego prezydenta i szefa europejskiej dyplomacji powołanie na oba stanowiska osób wyróżniających się li tylko swym brakiem wyrazistości i szansy na autorytet... Nie będąc prorokiem ani nie nabywszy w toku mych studiów socjologicznych kwalifikacji do prorokowania, od wydawania przedwczesnych sądów się wszakże powstrzymam.

Jednym wszakże stwierdzeniem, do którego socjologiczna diagnoza mnie, jak tuszę, upoważnia, chciałbym tu się z Państwem podzielić. Otóż bez względu na to, z jakich korzeni on wyrasta i skąd swą moc czerpie, bodźcem do integracji politycznej i niezbędnym dla jej postępu czynnikiem jest wspólna wizja zbiorowej misji; misji przy tem unikalnej, do której istniejący lub dopiero projektowany organizm polityczny jest szczególnie predestynowany i której on tylko jest w stanie się skutecznie podjąć. Gdzie w naszym wypadku, w wypadku Europy AD 2011, takiej misji wypatrywać?

Jest taka dziedzina, w jakiej doświadczenie dziejowe i nabyte umiejętności Europy nie mają sobie równych. A jako że tak się zdarzyło, że owa dziedzina jest dla przyszłości planety kwestią, dosłownie, życia lub śmierci, to wartości wiana, jakie my, Europejczycy, wnieść możemy do wyposażenia raptownie globalizującego się świata, nie sposób zaiste przecenić. Jest to wkład, jakiego świat zglobalizowany, czyli świat powszechnej współzależności, potrzebuje bardziej niż czegokolwiek innego, by podążyć ku zasygnalizowanemu już przez Immanuela Kanta allgemeine Vereinigung der Menschheit, a w konsekwencji i powszechnego, w światowej skali, pokoju.

Georg Steiner (3) twierdzi, że przeznaczenie Europy mieści się w sferze "ducha i intelektu". I rozwijając jak gdyby myśl już półtora wieku temu przez François Guizota sformułowaną (że mianowicie tym, co czyni wszystkich Europejczyków podobnymi, jest ich zdolność do różnicowania się), wyjaśnia, że "Geniuszem Europy jest to, co William Blake nazwał >>świętością najdrobniejszego szczegółu<<".

Geniuszem Europy jest jej zróżnicowanie językowe, kulturowe i społeczne, owa rozrzutnie wielobarwna mozaika form życia, która sprawia, iż znikomy nawet dystans, jakieś dwadzieścia kilometrów, może być przedziałem między światami... "Europa zginie, jeśli nie będzie stać w obronie swych języków, lokalnych tradycji i autonomii; jeśli zapomni, że >>Bóg jest w szczególe<<".


Razem dzięki różnicom

Od podobnych myśli roi się literacka spuścizna Hansa-Georga Gadamera (4). To właśnie rozrzutnie hojną, utracjuszowską niemal rozmaitość kultur umieszcza Gadamer na czele listy europejskich cnót. Obfitość różnic postrzega Gadamer jako największy ze skarbów, które Europa ma do zaoferowania światu. "Żyć z Innym, żyć jako Inny Innego, oto fundamentalne zadanie człowieka - tak na najbardziej przyziemnym, jak i na najwznioślejszym szczeblu... Stąd pewnie szczególna przewaga Europy, która mogła i musiała opanować sztukę życia z Innymi". W Europie, jak nigdzie indziej, "Inny" jest sąsiadem z mieszkania obok lub z naprzeciwka - i Europejczycy, chcąc tego czy nie chcąc, muszą negocjować zasady sąsiedztwa, nie zważając na odmienność i różnice, jakie ich separują.

"Sytuację Europejczyka, naznaczoną wielojęzykowością, bliskim sąsiedztwem Innego, i ekwiwalencją nadaną Innemu w ściśle ograniczonej przestrzeni" można postrzegać jak szkołę, z której reszta świata może wynieść tę wiedzę i zestaw umiejętności, które stanowią o różnicy między przetrwaniem a zgubą. "Uzyskanie umiejętności uczenia się od siebie nawzajem i podzielenie się tym umieniem z resztą ludzkości" jest, powiada Gadamer, "zadaniem Europy". Dodałbym: jest jej misją, czekającą na przekucie w los i powołanie.


Trudno przecenić wagę tego wyzwania i zadania. Jego spełnienie jest zdaniem Gadamera "decydującym warunkiem rozwiązania żywotnych problemów współczesnego świata", zaiste warunkiem sine qua non, w czasach gdy tylko przyjaźń i "prężna (jak się to dziś powiada >>proaktywna<<) solidarność" są w stanie nadać spójną strukturę ludzkiemu współżyciu. Dla starożytnych Greków, wspólnych naszych kulturowych przodków, przypomina Gadamer, pojęcie "przyjaźni" "artykułowało całość życia społeczego". Przyjaciele darzą się nawzajem tolerancją i sympatią; przyjaźnią się nie na przekór, lecz dzięki swym różnicom - bez wyrzekania się swych cech unikalnych, czyli tego, co ich od siebie różni, i każdego z nich czyni jedyną w swoim rodzaju istotą.

Całkiem ostatnio Lionel Jospin ulokował nadzieję na nową doniosłą dla świata rolę dla Europy do odegrania w jej "zniuansowanym podejściu do bieżących realiów". Europa nauczyła się, jak powiada, "jak pozostawiać za sobą byłe antagonizmy, a nowe konflikty rozwiązywać polubownie", jak "przyciągnąć do współpracy szeroki wachlarz kultur" i jak żyć z perspektywą stałego kulturowego zróżnicowania traktowanego jako nieodłączny, a i fortunny atrybut kondycji ludzkiej, a nie jak dotąd kłopot tymczasowy. Zauważmy, że Jospin wylicza tu umiejętności, jakich nasz coraz bardziej zdiasporyzowany świat potrzebuje jak płuca tlenu. I z tego tytułu przypisać możemy Europie status laboratorium, w jakim narzędzia nieodzowne dla spełnienia Kantowej wizji allgemaine Vereinigung der Menschheit są projektowane, wykuwane, poddawane próbom, a jeśli próbę przejdą pomyślnie, to i wdrażane do użytku.

Widziany z lotu ptaka świat zdaje się dziś być archipelagiem diaspor; diaspora zaś ze swej istoty stawia olbrzymi znak zapytania nad bezdyskusyjnie do niedawna przyjętymi założeniami niewzruszonego zespolenia tożsamości z obywatelstwem i miejscem zamieszkania, bliskości duchowej z topograficzną, umiejscowienia terytorialnego ze wspólnotową przynależnością. Jonathan Rutherford, wnikliwy obserwator zmiennych ram ludzkiego współżycia, powiada o dzielnicy Londynu, w jakiej zamieszkuje, że stanowi ona "zbiorowisko żyjących obok siebie, a wielce rozmaitych społeczności, z których jedne sięgają następnej tylko ulicy, a inne rozciągają się wokół globu; w sąsiedztwie o porowatych granicach, w jakim trudno się zorientować, kto tu jest u siebie, a kto jest outsiderem. Co to właściwie znaczy, że się do tego miejsca należy? Co tu człowiek nazywa swoim domem? A jeśli spojrzeć wstecz i wspomnieć, jakim sposobem żeśmy się tu znaleźli, które z opowieści okażą się nam wspólne?".

Mozaika diaspor

Cała Europa, choć w różnych jej rejonach w różnym tempie, przeradza się na naszych oczach w mozaikę diaspor (czy ściślej mówiąc, w zbiorowisko nakładających się na siebie i krzyżujących ze sobą etnicznych archipelagów). Przy braku tubylczych nacisków asymilacyjnych można równie skutecznie chronić swą tożsamość narodową na którejś z diasporowych wysp jak u siebie w domu. Być może nawet skuteczniej, skoro owa tożsamość, jak powiedziałby Martin Heidegger, przenosi się na obczyźnie ze sfery spraw oczywistych, "danych" - niewymagających troski i zabiegów (zuhanden), do dziedziny spraw "zadanych", a więc wołających o czyny (vorhanden). A sąsiadujące ze sobą czy przemieszane diaspory mogą się jeszcze przy okazji negocjowania pożądanych tożsamości wzajemnie wzbogacać i nabierać mocy, miast ją tracić. Jeśli już głowimy się nad tym, "kto kogo" - to nie zapominajmy, że dzisiejsza diaspora polska na Wyspach Brytyjskich nie mniej spolszcza krajobraz angielski, niż sama ulega anglicyzacji...

Praca czeka nas długa, proces będzie powolny, i natychmiastowych rezultatów nie należałoby się spodziewać. Ale proces dałoby się przyśpieszyć, a rezultaty przybliżyć: a mianowicie pomagając horyzontom w ich fuzji - świadomie i konsekwentnie. Nic tak bodaj nie przeszkadza fuzji horyzontów i nic jej tak nie spowalnia jak odziedziczone po budowniczych wieży Babel pomieszanie języków. Unia Europejska uznała za swe "oficjalne" aż 23 języki. Ale przecież w różnych krajach Unii ludzie czytają też, piszą i myślą po katalońsku, baskijsku, walijsku, bretońsku, szkocku (gaelic), kaszubsku, lapońsku, roma, mnóstwie prowincjalnych odmian włoskiego (przepraszam za nieuchronne pominięcia - wszystkich nie wymienisz...). Każdemu z nas, może z wyjątkiem garstki niesamowitych poliglotów, brak dostępu do znakomitej większości europejskich języków. Wszyscy jesteśmy z tego powodu upośledzeni i zubożeni. Tyle przecież w doświadczeniach spisanych w niezrozumiałych dla nas narzeczach kryje się niedostępnej nam przez to ludzkiej mądrości. Jedną z najistotniejszych, choć bynajmniej nie jedynym składnikiem tej ukrytej przed nami mądrości, jest świadomość tego, jak zadziwiająco podobne są do siebie troski, marzenia czy przeżycia rodziców i dzieci, małżonków i sąsiadów, szefów i podwładnych, "swoich" i "obcych", przyjaciół i wrogów - bez względu na to, w jakim języku je spisano...

Ciśnie się na myśl retoryczne w gruncie rzeczy pytanie: ileż to wszyscy zyskalibyśmy mądrości, nasze współżycie uroku, a nasza wspólna misja światowa szans na spełnienie na przeznaczeniu części unijnych funduszy na finansowanie przekładów członkowskiego pisarstwa udostępnianie ich w gutenbergowych, ale też i we wszystkich innych używanych dziś powszechnie mediach... Przekonany jestem osobiście, że taka na wzór aleksandryjskiej biblioteki wyposażona skarbnica wszystkiego, co najcenniejsze w doświadczeniach i myśli każdego ze składających się na europejską unię narodów, byłaby najlepszą bodaj inwestycją w przyszłość Europy i powodzenie jej misji.

Naród może istnieć bez państwa

Czas nadszedł na podsumowania i wnioski.

Jak to Państwo już zapewne zauważyli, nicią przewodnią mojego referatu jest myśl, że przyszłość politycznej Europy zależy od losu europejskiej kultury. A los ten z kolei, zważywszy na postępującą i prawdopodobnie nieodwracalną diasporyzację środowisk życia, zależy od tego, jak dalece potrafimy rozwinąć sztukę przeobrażenia kulturowej różnorodności z pasywu w aktywa, przeniesienia jej z rubryki "winien" do rubryki "ma", i summa summarum - uznania jej za atut, a nie obciążenie domagające się pozbycia.

Nie jest to zresztą wymóg nowy, choć w erze narodobudownictwa z jej naciskiem na homogenizację kultury i dążeniem do nadania jej funkcji homeostatu raczej niż zaczynu zmiany i rozwoju struktur społecznych i obyczajów o jego prehistorii, skłonni byliśmy zapomnieć - a wagę roli, jaką w przeszłości wymóg ten odgrywał, negować lub ignorować. Czas najwyższy przywrócić pamięci zbiorowej fakt, że nie tylko bezkonfliktowe, ale wręcz obopólnie korzystne i cenione współżycie różnorodnych kultur było przez czas długi normą, a na wielu obszarach geograficznej Europy, a na wschód od Łaby, w części geograficznej Europy określanej mianem "centralnej", dotrwało niemal do naszych dni.

Jeśli zaufać Tytusowi Liwiuszowi, to swój awans od nader skromnych początków do iście ekumenicznego statusu i do chwały najdłużej chyba, bo aż przez sześć stuleci trwającego imperium, Rzym starożytny zawdzięczał w niemałym stopniu swej praktyce nadawania pełnego obywatelstwa rzymskiego i pełni praw politycznych ludności włączanych do imperium terenów, łącznie z całkowitym uznaniem dla lokalnie czczonych bóstw i wprowadzaniem ich do rzymskiego panteonu na równych prawach z własnymi. Rzymska tradycja szacunku dla odmienności odmiennych kultur i tradycji, a także wspierania rozkwitu imperium na wielorakości raczej niż jednolitości form życia (osiągania solidarności nie wbrew, lecz dzięki uznaniu ich odmienności) nie miała być jednak, jak się okazało, przejęta przez spadkobierców cesarstwa rzymskiego i przestrzegana w toku późniejszych dziejów Europy. Jeśli się ostała, w szczątkowej zresztą postaci, to właśnie na obrzeżach byłego imperium, z grubsza biorąc na wschód od Łaby, z dala od absolutnych monarchii kruszących kopie w rywalizacji o prawo do rzymskiego spadku i pozycję zwierzchnią w europejskim układzie sił.

Gdy Europa Zachodnia pogrążyła się na stulecie w krwawych i niszczycielskich wojnach religijnych, siejących ziarna dziedzicznych animozji, znaczna część Europy na wschód od Łaby zdołała trzymać się z dala od bratobójczych masakr, chroniąc w ten sposób spuściznę religijnej (a zatem, avant la léttre, kulturowej i wspólnotowej) tolerancji. Wybitnym przykładem alternatywy do układu westfalskiego była Rzeczpospolita Obojga Narodów, państwo polsko-litewskie, znane ze swej szczodrości w przyznawaniu samorządnych uprawnień i samoistnych tożsamości kulturowych rozsianym na jego terytorium mniejszościom etnicznym, językowym i wyznaniowym - i z unikania tym samym bezeceństw, okrucieństw, potoków przelanej krwi i innych okropieństw rzezi religijnych, jakie spadły na jej mniej fortunnych, bardziej na zachód położonych sąsiadów i pokryły je ranami wymagającymi stuleci dla zasklepienia. Tej osobliwości Rzeczypospolitej Obojga Narodów zadały wszakże cios śmiertelny rozbiory dokonane przez jej żarłocznych sąsiadów - dynastycznych monarchii o jawnych bądź ukrytych narodopaństwowych ambicjach. Kultury autonomiczne, zarówno te fortunne, bo większościowe, jak i te pechowe, bo mniejszościowe, poddano forsownej a gwałtem narzucanej rusyfikacji na wschodzie i nie mniej, jeśli nie bardziej jeszcze bezlitosnej germanizacji na zachodzie, uzupełnionej czkawką wojen religijnych: antykatolicką ofensywą prawosławnego i luterańskiego Kościołów. Tylko południowe tereny, zaanektowane przez monarchię kierującą się zbliżonymi do Rzeczypospolitej Obojga Narodów zasadami, uniknęły na razie tego losu.

Dziejom nowoczesnym przypisano ex post facto w podręcznikach historii promocję zasad tolerancji, ale nie ulega wątpliwości że to nietolerancja kulturowa była nieodłącznym kompanem dwu głównych, a ściśle ze sobą sprzężonych procesów nowoczesnych: narodobudownictwa i konstrukcji państw narodowych. Języki narodowe potrzebowały stłamszenia i delegitymizacji dialektów lokalnych, Kościoły państwowe domagały się zdławienia "sekt" religijnych, a "pamięć narodowa" wołała o pogrzebanie lokalnych i wspólnotowych pamięci. Jedna z wielkich monarchii europejskich, bliska centrum geograficznej Europy, opierała się wszakże, aż do wybuchu wojny światowej, tej powszechnej tendencji. Była to monarchia austro-węgierska, rządząca się zasadą samorządu kultur i grup etnicznych, a rządzona z Wiednia, nieprzypadkowo w tym czasie cieplarni kulturowej twórczości i wylęgarni najbardziej fascynujących a dalekosiężnych wkładów do europejskiej filozofii, psychologii, literatury, muzyki, sztuk wizualnych i scenicznego kunsztu.

Tam też nieprzypadkowo powstała teoria, a raczej program integracji politycznej wspartej na postulacie narodowo/osobistej autonomii kulturowej ("persönlich Prinzip", jak go nazwie najgłośniejszy bodaj z jej apostołów Otto Bauer). Nawiązując do wydanego w 1899 roku eseju/manifestu Karla Rennera "Staat und Nation", książka "Die Nationalitätenfrage und Sozialdemokratie", opublikowane osiem lat później dzieło marksisty Ottona Bauera, przedstawiała wspomniany postulat jako sposób na "zorganizowanie narodów nie w ciała terytorialne, lecz swobodne jednostek stowarzyszenia", czyli na oddzielenie czy uwolnienie bytu narodu od jego terytorialnych zależności i dezyderatów, a politycznej integracji od tożsamości narodowych. W wydanym w 1904 roku po żydowsku eseju pod tytułem "Socjaldemokracja a kwestia narodowa" podobną zasadę sformułował w owym czasie i podobny program promował bundowiec Władimir Medem, nawiązując dla odmiany do doświadczeń polsko-litewskiej Rzeczypospolitej.

Medem postulował m.in., by "obywatele danej narodowości łączyli się w organizacje odbywające kulturalne zgromadzenia w każdym rejonie państwa" i by "każdy obywatel państwa należał do jakiegoś narodowego ugrupowania, ale by to, do którego należy, było sprawą osobistego wyboru niekontrolowanego przez jakąkolwiek instancję administracyjną".


Wilson przeciw różnorodności

Te postulaty i nadzieje znalazły się wśród trupów zaściełających pola bitew wojny światowej. W wersalskim zgromadzeniu zwycięzców Woodrow Wilson, aktualizując ugodę westfalską z 1648 roku i awansując jej pomysły do rangi reguły powszechnej, proklamował niepodzielną suwerenność narodu na swym terytorium uniwersalną zasadą ludzkości (co miało zbulwersować, mówiąc nawiasem, Hannah Arendt, w pełni świadomą, że "pasma mieszanej ludności", notoryczne na Bałkanach, ale i rozsiane po całej środkowo-wschodniej Europie, nie nadają się absolutnie do zastosowania zasad typu "ein Volk, ein Reich"). Ale nawet ignorancja czy arogancja Wilsona nie powstrzymała jeszcze jednej, choćby bez wielkiego przekonania podjętej i - jak się miało okazać - krótkotrwałej próby znalezienia, w postaci Jugosławii, formy koegzystencji lepiej przystosowanej do realiów nakładających się na siebie i krzyżujących ze sobą archipelagów diaspor etniczno-kulturowych. Ale i tę próbę próbowano zawęzić, bez szczególnego zresztą powodzenia, do rozmiarów Bośni: obszaru wieloletniego bezkonfliktowego współżycia wielu grup etnicznych i religii, które wszakże wymagało podobnie mieszanego otoczenia, by przetrwać. Otoczenie owo zrujnowało zacietrzewienie czystek etnicznych, wszczętych nie bez winy najwyższych europejskich autorytetów. To wszak Helmutowi Kohlowi, w chwili nieuwagi czy nierozwagi, wypsnęło się zgubne w swych następstwach stwierdzenie, że Słowenia zasługuje na niepodległość, bowiem jest etnicznie jednorodna - stwierdzenie odczytane (z pewnością wbrew jego intencjom) jako oficjalne imprimatur dla wysiedleń i masakr...

Wszystkim nam, Europejczykom, wypadło dziś żyć w erze postępującej i być może niepohamowanej diasporyzacji, a zatem w obliczu perspektywy przeobrażenia wszystkich terenów Europy w "pasma ludności mieszanej". "Proaktywne" reakcje na wyłaniającą się sytuację są jednak nieliczne, ospałe i ślimaczo powolne, a pod naciskiem czy szantażem wskrzeszanych tu i ówdzie nastrojów plemiennych podejmowane bez szczególnego entuzjazmu; a przecież od namysłu nad nową sytuacją odwracającą trendy czterech stuleci europejskiej historii zależy przyszłość Europy jako politycznego i kulturowego bytu. Czas najwyższy, by się zastanowić, czy przeszłość geograficznie centralnej Europy nie jest aby przyszłością europejskiej polityki i kultury.

Stolica Europy jest wszędzie

A jeszcze, na zakończenie wywodu o kulturowej roli Europy Centralnej, pozwolę sobie podrzucić Państwu jedną więcej kwestię do rozważenia, i to taką, jaka być może podważa aktualność niejednego z argumentów, jakie tu wyłuszczyłem: a mianowicie, jaki to sens, jeśli jakikolwiek, ma podział na "centralę" i "peryferię" w odniesieniu do kultury dnia dzisiejszego? Czy wolno nam jeszcze mówić o kulturze, jakiej nasz Kongres Europejski został poświęcony, w terminach "centrum", a przeto i "peryferii"? W tym celu przytoczę krótką wymianę myśli, w jakiej z inicjatywy profesor Anny Zeidler-Janiszewskiej przed paroma tygodniami uczestniczyłem:

A.Z.J.: Dokonujący się od lat osiemdziesiątych "zwrot przestrzenny" w humanistyce sprawił, że coraz dokładniej śledzimy przemiany relacji między "centrum" a "peryferiami" w różnych aspektach i na różnych polach. Zanim zajmiemy się dzisiejszymi przemianami geografii artystycznej... spróbujmy określić, co się ogólnie w interesującej nas relacji zmieniło pod wpływem procesów dekolonizacji i globalizacji i czy (a także w jaki sposób) te zmiany przekładają się na mniejsze "jednostki terytorialne": Europę, kraj, miasto... Może dobrym punktem wyjścia byłby rozbiór formuły Benjamina "Paryż - stolica XIX wieku"?

Z.B.: Czas nadszedł, moim zdaniem, zmienić tonację - a i klawiaturę... Czasy, gdy można było mianować miasta stolicami stuleci, minęły - i to bezpowrotnie. Dziś, z względnie niedawnej inicjatywy Meliny Mercouri i Jacka Langa, wyznaczamy stolice na rok co najwyżej - dwa lata temu Wilno, rok temu Essen i Stambuł, za trzy lata Umea i Ryga, za pięć lat San Sebastian i Wrocław; z konkursu się te miasta mianuje, i to nie bez przetargów i stosowania państwowego klucza; a że zawsze od chętnych aż się roi, więc logice na przekór zaszczyt jednorocznej stołeczności wypada zwycięzcom z reguły dzielić (w roku 2000, by nikogo z pretendentów do przywłaszczenia milenijnej daty nie urazić, przyznano europejskiej kulturze aż dziesięć stolic...).

Każda miejscowość może rościć sobie prawo i żywić nadzieję na godność stolicy - pod warunkiem że nie dłużej niż na rok. A nadto żaden Europejczyk nie poważyłby się dziś na to, na co jeszcze Benjamina stać było: by jakieś europejskie miasto, choćby i galeriami, teatrami i arkadami się przelewające, stolicą czegokolwiek większego przestrzennie od Europy mianować. Ów "zwrot przestrzenny", na jaki zwracasz uwagę, wygląda mi na kolejny wyczyn sowy Minerwy, co to, jak już Hegel zauważył, rozpościera skrzydła do lotu o zmierzchu (zaś rankiem, kiedy to ludzie biorą się do roboty, układa się do snu...).

Już nie o to więc idzie, jakie miasto zastąpiło dziewiętnastowieczny Paryż w dwudziestym pierwszym wieku, ale o to, że nasz świat zglobalizowany nie umywa się do tamtego, skolonizowanego przez Europę świata, jeśli o ład, hierarchię, kolejność dziobania i przydział prawa do głosu idzie. Nieuleczalnie policentryczny jest ten nasz świat dzisiejszy, a i centra bez ustanku wędrują i zatrzymają się na przelotne tylko popasy. Każde miejsce może się na chwilę ulotną znaleźć w centrum, bo, jak to zwięźle ujął czy ujęła autor czy autorka bloga "Czytam, bo lubię": "To, co dzisiaj jest na topie, za rok będzie obciachowe, zatem trzeba się tego pozbyć i zapomnieć. Płynność rzeczy sprawia, że nawet piękno podlega modzie. Postęp rozumiany w ten sposób to nie parcie do przodu, ale rozpaczliwe próby podejmowane po to, by nie pozostać w tyle za tym, co modne".

A i w tym jeszcze szkopuł, jak wielki, to się jeszcze okaże, że Lebenswelt mieszkańców dwudziestego pierwszego wieku rozłupał się na dwie części, online i offline... Każda z dwóch części własnymi się rządzi prawami i prawa jednej niełatwo z prawami drugiej pogodzić. Pojęcia centrum i peryferii można jeszcze jako tako próbować, z przyzwyczajenia, choć bez większej nadziei na trwałość wyników, zastosować do świata offline - ale już w świecie online są całkiem bez przydziału. Aż kusi, by orzec, że istotą tego drugiego świata jest właśnie skasowanie podziału na centrum i peryferie; a nawet, ostrzej jeszcze, a bardziej do rzeczy, że definiuje go niemożliwość takiego podziału. Rzecz w tym jednak, że przy wszystkich swoich różnicach oba światy spotykają się na co dzień w Lebenswelcie każdego z mieszkańców dwudziestego pierwszego stulecia i ich modus covivendi - przyciąganie wzajemne i odpychanie, sympatia wzajemna i niechęć, zaborczość i samoobrona, agresywność i separatyzm - winien być w moim przekonaniu uznany dziś za główną siłę napędową dzisiejszej kultury i najważniejszy z mechanizmów jej dynamiki.

Przypisy

(1) Patrz Denis de Rougemont, "L'aventure mondiale des Européens" (orig.1962), in Écrits sur l'Europe, Editions de la Difference, Paris 1994.

(2) Jürgen Habermas, "The Postnational Constellation: Political Essays", transl. by Max Pensky, Polity Press 2001, p.76.

(3) Patrz George Steiner, "The Idea of Europe", Nexus Institute 2004, pp.32-4.

(4) Patrz szczególnie Hans-Georg Gadamer's "Das Erbe Europas" (Suhrkamp 1989). Cytuję za Philippe Invernel's French translation, "L'heritage de l'Europe", Rivages poche 2003, pp. 40 & 124.


***

*Zygmunt Bauman - ur. w 1925 r., socjolog i filozof. Do 1968 r. profesor Uniwersytetu Warszawskiego, usunięty z uczelni wyemigrował z Polski. Do 1971 r. wykładał na uniwersytetach w Tel Awiwie i Hajfie, później kierował katedrą socjologii na uniwersytecie w Leeds. W Polsce ukazały się w ostatnich latach m.in. jego: "Europa - niedokończona przygoda" (2005), "Płynna nowoczesność" (2006), "Płynne życie" (2007), "Szanse etyki w zglobalizowanym świecie" (2007).
Prof. Bauman towarzyszy pracom nad Europejskim Kongresem Kultury niemal od samego początku. Z inicjatywy ministra kultury napisał książkę o narodzinach i rozwoju pojęcia kultury, a także o możliwych kierunkach jej ewolucji w przyszłości. "Kultura w płynnej nowoczesności"ukazała się wiosną tego roku w Polsce i Wielkiej Brytanii w ramach programu polskiej prezydencji 2011.