23 stycznia 2010

Gałczyński, Kapuściński...

Dziś 23. stycznia, czyli długo mnie nie było na blogu - więc "nadrabiam".
Przed Świętami Bożego Narodzenia wziąłem z biblioteki kilka książek: poezje Świetlickiego, Gałczyńskiego, Kapuścińskiego (trafiła mi do rąk całkiem przypadkiem) oraz trochę wesołej prozy (Listy z fiołkiem, Poradnik dla nerwowych :). Zaglądam i czytam, aż tu w mojej radiowej Dwójce słyszę rano w kalendarium, że dziś:
- Ryszard Kapuściński umarł przed trzema laty
- Konstanty Ildefons Gałczyński ma swe 105. urodziny.

Myślę, że warto zestawić dwa wiersze obu panów. Kapuściński poza ambitną prozą zostawił bowiem także tomik poezji "Prawa natury" (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006). z tej pozycji najbardziej lubię następujące (wszystkie bez tytułu podaje stąd pierwszą linijkę wiersza):
- Śniłem że leżymy na łące
- Liść
- Jak ona chodzi między nami
- Trąbka Armstronga
- Kto to jest
- Odszedłem tak daleko od siebie.

Poniżej obiecane zestawienie. Będą to utwory "muzyczne": Gałczyńskiego z Zielonej Gęsi "Hamlet" a Kapuścińskiego "Trąbka Armstronga". Lektura wspaniała i wesoła.
--------------------

Konstanty Ildefons Gałczyński - Teatrzyk Zielona Gęś

ma zaszczyt przedstawić

Hamleta

Występuje:
Hamlet

Hamlet:
Wielki Wóz z lewej strony.
Straże śpią... Trąby

Hamlet:
i w dali - Trąby

Hamlet:
Biedny Yorrick! Trąby

Hamlet:
...sam sobie sterem. Trąby

Hamlet:
...żeglarzem, Trąby

Hamlet:
...okrętem, trąby. Trąby

Hamlet:
Litości! Trąby

Hamlet:
(milczy) Trąby

Hamlet:
Bardzo żałuję, ale ja w tych warunkach pracować nie mogę. (schodzi ze sceny) Trąby
K U R T Y N A

Pierwodruk: «Przekrój» 1946, nr 60
--------------------

Ryszard Kapuściński

***


Trąbka Armstronga
szczerzy złote zęby
zanosi się
zatacza złote koła
wibruje
o ye
o ye ye baby

robi
salta
pętle
śruby
spirale

leci
w górze spotyka trąby anielskie
razem grają
When the Saints go Marching in

stamtąd
lotem koszącym spada na estradę

widownia szaleje
krzyczy i bije brawo

na końcu trąbki
spocony Satchmo
ociera czoło białą chustką


Prawa natury, Kraków 2006, s.43

2 stycznia 2010

Przez uszy

W Gazecie Wyborczej na 01-01-10 (to nie jest kod zero-jedynkowy:) znalazłem ładny tekst Drago Jančara.

dB, czyli krótka historia hałasu

Drago Janear 2010-01-01, ostatnia aktualizacja 2009-12-29 14:18:22.0

Na początku była cisza. Dziś głośniki i wzmacniacze stały się powietrzem, w którym żyjemy

Jakiś czas temu ze szwedzkim dziennikarzem, który przyleciał do Lublany, żeby przeprowadzić ze mną wywiad, poszedłem na obiad do znanej lublańskiej restauracji. Po kilku minutach stwierdziliśmy, że nic nie będzie z naszej rozmowy, jeśli nie zaczniemy do siebie krzyczeć, jakby każdy z nas znalazł się na przeciwległym pagórku albo na dwóch brzegach szerokiej rzeki; z głośników bowiem rozlegała się tak głośna muzyka, że bez krzyku nie mogliśmy się porozumieć co do obiadu, nie mówiąc już o samej rozmowie.

Spytałem wobec tego uprzejmego kelnera (to znaczy - krzyknąłem), czy może trochę ściszyć muzykę w swoim lokalu. Kelner uprzejmie odkrzyknął, że niektórzy goście chcą jednak słuchać muzyki i że się obrażą, jeśli się ją wyłączy. Uprzejmie wrzasnąłem, że mamy do tego prawo - chciałem raczej powiedzieć, że wcale nie trzeba jej wyłączać, lecz jedynie nieco ściszyć, tyle tylko, żebym mógł spokojnie porozmawiać z moim gościem. Ale kelner na dźwięk słowa "prawo" wpadł w zły humor, po czym odparł bardzo głośno i nie mniej zdecydowanie, że oni, czyli goście - a zapewne też i on - mają prawo do słuchania muzyki.

*

To mnie zaskoczyło. Fundamentalnym stanem świata jest cisza, nie hałas; o pozwolenie i wyrozumiałość musi prosić ten, kto chce słuchać głośnej muzyki, a nie ten, kto chce mieć przy obiedzie spokój. Ale zagadnieniem hałasu i ciszy przy tamtym obiedzie już się nie zajmowaliśmy, uzgodniliśmy bowiem, że kelner mimo wszystko muzykę trochę przyciszy, nie na tyle jednak, by cisza miała przeszkadzać innym gościom.

Kompromis, jaki udało nam się osiągnąć w restauracji, nie zawsze jest możliwy. Pamiętam, że w młodości, kiedy porannym pociągiem jeździłem do Lublany, podróże te przeżywałem jak piekielną mękę, ponieważ maszynista był miłośnikiem muzyki dalmatyńskiej, co poniedziałek więc, kiedy wsiadałem do pociągu w Mariborze, już o szóstej zaczynało się: "Dziś wieczorem świętujemy, wino do rana pijemy, wszyscy sobie wesoło śpiewamy, bo jesteśmy Dalmatyńczykami ". Jeszcze dzisiaj pamiętam teksty, których wbrew swojej woli nauczyłem się wtedy w pociągu.

Próbowałem przekonać konduktora, żeby choć trochę ściszyli muzykę albo przynajmniej nieco zmienili repertuar. Bez skutku. Napisałem pismo do dyrekcji kolei, a kiedy nie dostałem odpowiedzi, zadzwoniłem. Powiedziano mi, że dyrekcja nie ma wpływu na dobór muzyki w pociągach. Kupiłem zatyczki do uszu, ale to niewiele pomogło.

Od tamtego czasu wiem, że wojny z głośną muzyką i jej zwolennikami nie można wygrać. Właściwie znam tylko jeden przykład w historii wojen o ciszę, który zakończył się sukcesem. Kiedy przed laty z przyjacielem wszedłem na kieliszek wina do jakiejś knajpki, mężczyzna za barem natychmiast włączył głośniki na cały regulator. Mój przyjaciel podszedł do niego, zamienili ze sobą kilka słów i straszliwa muzyka cudownie ucichła. Zaskoczony, pogratulowałem mu tego niewiarygodnego osiągnięcia i spytałem, jak mu się to udało. Drobnostka, odparł, zapłaciłem. Jak to - zapłaciłeś? Ano tak, dając mu pieniądze, kupił nam ciszę.

Ale w ten sposób wygrana była jedna niewielka bitwa, a nie cała wojna. Wojny z hałaśliwą muzyką nie sposób wygrać, choć gdzieniegdzie wtrącają się do niej władze. W nowojorskich taksówkach widziałem napisy, które mówią, że pasażer ma prawo podróżować bez muzyki, i że taksówkarz na jego prośbę powinien wyłączyć radio. W szwajcarskim mieście Solothurn w pobliżu fontann wyznaczono miejsca, gdzie wolno słuchać tylko szumu wody.

Kto jednak przekona właścicieli centrów handlowych, gdzie w wielkich halach rozlegają się głośne piosenki, kto przekona konduktorów w autobusach, którzy z lubością puszczają ludowe piosenki, czy młodego człowieka mieszkającego w bloku, który z taką mocą słucha techno, że drżą kieliszki na stołach w sąsiednich mieszkaniach? Ta wojna jest przegrana od chwili, gdy wynalazek nazwany głośnikiem przeniósł głos człowieka i wzmocnił go tysiąckrotnie.

Wszystkiemu są winni Alexander Graham Bell i Ernest Siemens. Każdy z nich na swoim końcu świata stworzył ów przedmiot, potem zaś wielu innych uczonych i wynalazców już w XX wieku jedynie go udoskonalało - wszystkie te fonografy, tonofony czy jak tam się nazywały urządzenia do robienia hałasu, aż po dzisiejsze systemy stereofoniczne, hi-fi, wszelkiego rodzaju wzmacniacze, w których człowiek, naciskając guzik, może wywołać mniejsze trzęsienie ziemi. No właśnie, tak się nazywał pierwszy z wielu systemów dźwiękowych używanych po dzień dzisiejszy - Earthquake. Głos człowieka i dźwięki instrumentów muzycznych przeszły drogę od swego zgodnego z naturą zasięgu po efekt grzmotu w czasie trzęsienia ziemi.

*

Chociaż poddałem się już dawno, zaskakujące słowa kelnera z lublańskiej restauracji, który mnie i szwedzkiego dziennikarza pouczył, że istnieje też prawo do słuchania głośnej muzyki, nie dawały mi spokoju. To prawda, że dzisiaj nie mamy już wyjścia i że musimy z nią żyć, co jednak jest źródłowym, pierwszym prawem: cisza czy hałas?

Na początku świata była cisza. To prawda, że najpierw był wielki wybuch, który nazywamy prawybuchem, ale potem przez miliony lat panowała cisza, mącił ją jedynie szum mórz i rzek, powiew wiatru w gałęziach drzew, grzmoty w czasie burzy i uderzenia fal o morski brzeg. Także wtedy, gdy pojawił się homo erectus i zaczął maczugą walić w pnie drzew, żeby przegnać zwierzęta dziksze niż on sam, nie zakłócało to zbytnio naturalnego porządku.

Dużo później słyszymy okrzyki tłumów oblegających Troję, mówców na rzymskim forum, którzy mocą swoich strun głosowych muszą przekonywać lud o pożytkach z republiki, uderzenia mieczy o tarcze, uderzenia młotów kowalskich wykuwających te miecze.

Najbardziej hałaśliwym wydarzeniem, jakie przypominamy sobie z dalekiej przeszłości, jest zburzenie murów Jerycha przez trąby, choć na dobrą sprawę nie mamy na to pewnych dowodów. W muzeum wojskowym w Stambule znajduje się wielki bęben, zapomniałem, jak się nazywa, którego używali janczarzy, żeby przestraszyć mieszkańców obleganego Wiednia; podobno ani wcześniej, ani później nie było straszliwszego dźwięku niż rytmiczne uderzenia tureckiego bębna - na jego dźwięk biednym chrześcijanom krzepła krew w żyłach. Potem pojawił się homo faber, zbudował fabryki i umieścił w nich maszyny parowe, wielkie piece, młoty, kowadła i krosna.

Cały ten przemysłowy hałas, którego natura i ludzkość do tej pory nie znały, koncentrował się w kilku miejscach świata, większa część mieszkańców Ziemi wciąż budziła się przy śpiewie ptaków i szła spać przy dźwięku kościelnych dzwonów, zawodzeniu muezina czy mamrotaniu szamana. Nawet ci, którzy zmieniali świat i wzywali w tym celu pomocy ludu, musieli używać - wraz z mocą argumentów - przede wszystkim mocy swojego głosu. Lenin (pamiętamy: na słynnym obrazie przechyla się przez krawędź trybuny i ponad głowami tłumu rzuca stanowcze słowa) wcale nie był w lepszej sytuacji niż mówcy z rzymskiego forum. Ale jego następcy już nie musieli wydzierać się na tłumy, postawili przed sobą mikrofony i ze wszystkich zakątków olbrzymich placów rozlegały się echem ich słowa.

Co było potem, wiemy. Głośniki i wzmacniacze już wkrótce służyły nie tylko przekazywaniu informacji, lecz z ich pomocą zaczęto organizować zabawy, stały się wręcz powietrzem, w którym żyjemy.

*

Niektórzy ludzie bez określonej liczby dB (decybeli) w głowie w ogóle nie mogą żyć, ale są też i tacy, co z powodu uzależnienia tych pierwszych zamieniają się w namiętnych poszukiwaczy ciszy. Ciszę znamy, ponieważ znamy hałas. Kochamy ją, ponieważ nienawidzimy hałasu.

Miłośnicy ciszy, do których i ja się zaliczam, uważają, że cisza pozwala nie tylko na kontemplację i odpoczynek, ale jest najbardziej naturalnym stanem rzeczy. Tymczasem miłośnicy hałasu znają ciszę tylko dlatego, że sprawia, iż stają się jakby puści i brak im pewności, wcale więc nie nienawidzą jej mniej, niż miłośnicy ciszy nienawidzą głośnej muzyki.

Głośna muzyka jest dla swoich wielbicieli pełnią świata, daje im moc do działania. Dlatego nie można im odmówić prawa do jej słuchania, kelner miał rację, pytanie tylko, co zrobić, żeby upodobanie do straszliwego hałasu, który nie wiadomo dlaczego nazywamy muzyką, zechcieli zachować bardziej dla siebie.

przeł. Joanna Pomorska

* Drago Janear - ur. w 1948 r., słoweński prozaik, dramaturg, eseista i publicysta; więzień polityczny w byłej Jugosławii w 1974 r. W Polsce ukazały się jego książki: "Galernik" (1988), "Terra incognita" (1993), "Drwiące żądze" (1997), "Eseje" (1999), "Spojrzenie anioła" (2002). Esej pochodzi z książki "Jakobova lestev" ("Drabina Jakuba"), wyd. Modrijan, Lublana 2009

Drago Janear


Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - www.wyborcza.pl © Agora SA


24 grudnia 2009

Opornik świąteczny

Chyba podczas zakupów dziś rano zgubiłem cenną rzecz z portfela. Chodzi o autentyczny rezystor, czyli opornik elektryczny. Po co on? Zalazłem w Wyborczej na 4 czerwca tego roku 2009. Kiedyś był to znak reakcji na rządy komunistów. Wracam do domu z ciepłym dużym bochnem chleba i myślę: gdzież on się podział u diabła (o sorry Święta:)? A no skoro nie ma, to może by dorobić jakąś ideę dla pokrzepienia mojego serca... I mam. Pożyczyłem sobie na te Święta, żeby NIE STAWIAĆ OPORU, czyli żeby się nie stawiać.

20 grudnia 2009

Teoria ewolucji po 150 latach

Kopiuję artykuł z Polityki i polecam też ciekawą rozmowę Kręte drogi ewolucji w Klubie Ludzi Ciekawych Wszystkiego w Dwójce (tu do ściągnięcia w podcaście - jak napisać to słowo?:).

POLITYKA NAUKA
Marcin Rotkiewicz

17 grudnia 2009

Czy ewolucja człowieka się skończyła?
Zasapany Homo sapiens


Rozmowa z prof. Danielem E. Liebermanem, antropologiem, o tym, czy człowiek zatrzymał ewolucję i jaka przyszłość czeka nasz gatunek
Prof. Daniel Lieberman, antropolog z Uniwersytetu HarvardaProf. Daniel Lieberman, antropolog z Uniwersytetu Harvarda

Marcin Rotkiewicz: – Homo sapiens narodził się w Afryce ok. 200 tys. lat temu. Gdyby stanął tu któryś z pierwszych przedstawicieli naszego gatunku, jak bardzo byśmy się różnili?

Prof. Daniel E. Lieberman: – Niewiele. Mamy tylko trochę mniejsze ciała, a w związku z tym i mózgi. Kiedyś wyliczyłem, że twarze współczesnych ludzi są o 12 proc. mniejsze niż najstarszych Homo sapiens. Być może spowodowała to zmiana diety: mniej musieliśmy przeżuwać, więc większe szczęki okazały się zbyteczne.

A kiedy pojawiły się odmienne rasy?

Bardzo późno, bo jeszcze 20 tys. lat temu po prostu nie istniały – szczątki ludzkie z tamtego okresu są niezwykle do siebie podobne.

Jaki zatem typ reprezentowali pierwsi Homo sapiens?

100 czy 20 tys. lat temu wszyscy mieliśmy afrykański typ urody.

Czy świadczy to o tym, że różnice rasowe są z biologicznego punktu widzenia mało istotne?

Tak. Jedną z najbardziej charakterystycznych cech naszego gatunku jest ogromne biologiczne podobieństwo wszystkich jego przedstawicieli. Załóżmy na przykład, że dziś ginie cała ludzkość oprócz populacji zamieszkującej Polskę. Okazałoby się, że w pańskim kraju zachowana została niemal cała różnorodność genetyczna ludzkości.

Jak to wytłumaczyć?

Wszyscy pochodzimy od jednej, bardzo małej ludzkiej populacji. To odróżnia nas od szympansów, u których wewnątrz jednej grupy zachowałoby się zaledwie 30 proc. genetycznej różnorodności gatunku. Ludzie są naprawdę wyjątkowi pod tym względem.

Wielu naukowców zadaje sobie pytanie: co dalej z ewolucją Homo sapiens. Jedni uważają, że ją zatrzymaliśmy, inni zaś, iż stało się coś wręcz przeciwnego: w ciągu ostatnich 10 tys. lat doszło do jej radykalnego przyspieszenia. Kto ma rację?

Ewolucja oznacza zmiany następujące w czasie. To bardzo szeroka definicja, ale chyba taka, z którą wszyscy się zgodzą. Dlatego odpowiedź na pytanie, czy dalej ewoluujemy, brzmi: zdecydowanie tak. Przecież w każdym kolejnym pokoleniu pojawiają się nowe mutacje genetyczne.

Tyle że człowiek dzięki rozwojowi cywilizacji zatrzymał działanie doboru naturalnego, ogromnie ważnego mechanizmu ewolucji, który jedne mutacje promuje, a inne eliminuje. Odgrodziliśmy się od natury ochronnym kloszem, głównie za sprawą medycyny. Tak uważa m.in. prof. Steve Jones, słynny brytyjski genetyk i popularyzator nauki.

Rzeczywiście, dyskusja ta koncentruje się wokół działania doboru naturalnego – czy ten mechanizm nadal funkcjonuje. Odpowiedź brzmi: to zależy od tego, jaki przedział czasu chcemy wziąć pod uwagę. Jeśli ostatnie kilkanaście tysięcy lat, to można podać przykład mutacji, która pojawiła się tylko w populacji azjatyckiej – u jej przedstawicieli radykalnie zmniejszyła się liczba specyficznych gruczołów potowych, tzw. apokrynowych, uaktywniających się pod wpływem emocji. Wydaje się, że to wynik działania właśnie selekcji naturalnej. Natomiast nie jest łatwo odpowiedzieć na pytanie, jak silny jest ten czynnik teraz.

To, o czym mówi Steve Jones – czyli rozwój medycyny i technologii – dotyczy bardzo krótkiego czasu, ostatnich kilku pokoleń. Nie mamy więc pojęcia, co się dokładnie dzieje, ponieważ nikt nie mierzył działania selekcji naturalnej w tak krótkim czasie.

Nie zgodzi się pan z tym, że ona jednak bardzo osłabła?

Trudno temu zaprzeczyć, przynaj-mniej jeśli chodzi o bogate zachodnie społeczeństwa. Jednak reszta świata nadal jest pod presją selekcji naturalnej.

Czy takim czynnikiem selekcyjnym mogą być choroby?

Zdecydowanie tak, i to nie tylko w słabo rozwiniętych krajach. Proszę sobie wyobrazić, że grypa szybko mutuje i pojawia się niezwykle zjadliwy wirus – na pewno istnieje grupa ludzi posiadających uodporniającą mutację genetyczną, którzy przeżyją.

Mamy przecież szczepionki.

Nie na wszystkich działające, a ponadto rząd może je źle dystrybuować. W wypadku wielkiej epidemii selekcja naturalna zadziała z pełną mocą.

W tym roku dwóch amerykańskich naukowców, Henry Harpending i Gregory Cochran, opublikowało książkę „10 000 year explosion. How civilization accelerated human evolution” (10 tys. lat przyspieszenia. Jak cywilizacja wpłynęła na ewolucję człowieka). Dowodzą w niej czegoś przeciwnego niż Steve Jones. Przemiana łowców-zbieraczy w rolników miałaby pociągnąć za sobą zmiany genetyczne – np. przystosowanie do trawienia mleka.

Znam tę książkę, ale uważam, że jest bardziej zbiorem naukowych anegdot niż dobrze udokumentowaną teorią. Niewątpliwie nasz genom podlegał ewolucji, niektóre jego fragmenty nawet intensywnej, ale w tej książce brak mi dowodów, że było to związane z rolnictwem.

Autorzy książki na poparcie swojej tezy przywołują też historię europejskich Żydów. Ich zdaniem warunki, w których żyli w średniowiecznej Europie, faworyzowały ludzi o wyższej inteligencji. Rezultat jest taki, że przez tysiąc lat IQ Żydów wzrosło średnio do 112–115 punktów, czyli o kilkanaście więcej niż u pozostałych Europejczyków. To tłumaczyłoby nadreprezentację Żydów wśród elit finansowych i naukowych. Czy nacisk selekcyjny rzeczywiście mógł to sprawić?

Nie wierzę w to. Ta hipoteza jest słabo udokumentowana i bardzo kontrowersyjna.

Mówiliśmy o niezauważalnych gołym okiem zmianach ludzkiego genomu, takich jak np. zdolność trawienia mleka. A co z bardziej spektakularnymi modyfikacjami? Rozpowszechniony w masowej wyobraźni portret człowieka przyszłości to osobnik z wielką głową i rachitycznym ciałem. Narodzi się kiedyś Homo sapientissimus?

To jakieś kompletne bzdury. Ludzie robią pieniądze, pisząc tego typu historyjki science fiction, niemające żadnej wartości naukowej.

Nie da się przewidzieć, w jakim kierunku ewoluujemy?

Biologia ewolucyjna nie jest dyscypliną zajmującą się przewidywaniem. Tworzymy hipotezy dotyczące tego, co działo się w przeszłości, ale wobec przyszłości jesteśmy bezradni. Z prostego powodu – istnieje zbyt wiele czynników wpływających na bieg ewolucji. Wyobraźmy sobie wielki kryzys: wali się cała światowa gospodarka, globalne ocieplenie przynosi tragiczne skutki, w Afryce szaleją choroby, a ludzie zaczynają walczyć o zasoby wody pitnej. Trzy czwarte przedstawicieli naszego gatunku umiera. To naprawdę może się wydarzyć. Kto przejdzie przez ten filtr wojen, chorób, głodu? Które cechy pozwolą jednym przetrwać to piekło, a innym nie? Lepszy układ odpornościowy, lepsza zdolność odkładania energii w postaci tkanki tłuszczowej, a może jeszcze coś innego? To zupełnie szalona spekulacja, nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć.

Mówimy dużo o selekcji naturalnej, ale już Karol Darwin dostrzegał dodatkowy ważny mechanizm ewolucji – dobór płciowy, polegający na tym, że preferencje jednej płci decydują o cechach drugiej. Sztandarowym przykładem jest pawi ogon. Może dziś dobór płciowy nadal silnie działa u ludzi, wpływając na cechy mężczyzn i kobiet?

Mechanizm ten jest rzeczywiście ważny w procesie ewolucji. Jednak często trudno rozstrzygnąć, czy dana cecha organizmu jest adaptacją powstałą ze względu na preferencje np. samic, czy przystosowaniem do warunków środowiska. Podam przykład: skąd się wzięła ludzka broda (chodzi o część twarzy, a nie zarost – przyp. red.)? Żaden inny gatunek człowieka, nawet neandertalczyk, jej nie ma. Wszystkie hipotezy głoszące, że dzięki brodzie łatwiej jest artykułować dźwięki lub żuć pokarm, obalono. Jedyne, co pozostało jako możliwe wyjaśnienie, to dobór płciowy – kobiety wybierały samców z brodami. Brzmi rozsądnie, ale jak to udowodnić? Ustalono też, że ludzie mają wrodzoną tendencję do wybierania partnerów o symetrycznych twarzach. Problem w tym, że nikt nie znalazł genetycznych podstaw symetryczności. A pamiętajmy, że doborowi naturalnemu czy płciowemu podlegają tylko te cechy, które możemy dziedziczyć.

A co sądzi pan o tezie, że nasz gatunek ulega genetycznemu zepsuciu?

Wyłączenie czy ograniczenie selekcji naturalnej powinno oznaczać zwiększenie liczby mutacji, które nie są eliminowane. A więc również tych niekorzystnych. Czy prowadzi to do powstania gorzej przystosowanych ludzi? Adaptacja jest pytaniem o środowisko: czy potrafisz przetrwać i rozmnażać się w twoim specyficznym otoczeniu? Wygląda na to, że wszystko jest OK – żyjemy dłużej, mamy więcej dzieci. Z darwinowskiego punktu widzenia radziliśmy sobie dotąd nie gorzej niż nasi przodkowie.

To stoi trochę w sprzeczności z tym, co usłyszałem na jednym z pańskich wykładów, że nasz gatunek ma się coraz gorzej. Użył pan nawet pojęcia dysewolucji.

Mówiąc, że radziliśmy sobie nieźle jako gatunek, specjalnie użyłem czasu przeszłego. Dlaczego? Bo bardzo szybko zmienia się środowisko, w którym żyjemy. Nie jesteśmy istotami, które wyewoluowały do życia w stechnologizowanym, postindustrialnym świecie. Zostaliśmy np. wyposażeni w naturalną skłonność do gromadzenia energii, która w świecie obfitującym w wysokokaloryczne jedzenie obraca się przeciw nam. Również lenistwo można postrzegać w tych kategoriach – chęć oszczędzania energii, gdy nie ma potrzeby jej wydawania, kiedyś była cnotą. Tyle że w czasach, gdy nasze organizmy mają energii pod dostatkiem, stała się przeszkodą.

W pokoleniu moich rodziców nie było tak wielu ludzi z nadwagą. Nawet ja nie pamiętam obrazków, które widuję na lotniskach w wielu rejonach USA – coraz więcej potwornie grubych ludzi, wręcz kalek. Dziś już dwie trzecie Amerykanów ma nadwagę i nie jest to problem wyłącznie mojego kraju – zdaje się, że narastanie otyłości dotyka również Europę, Amerykę Południową i Azję. Mamy zatem do czynienia ze zjawiskiem globalnym.

Nieprzystosowanie naszych ciał do warunków, w których obecnie żyjemy, sprawia, iż stajemy się chorym gatunkiem, a ja nazywam to dysewolucją. Na dodatek walczymy z tą chorobą, czy raczej chorobami, w beznadziejny sposób. Gigantyczne pieniądze przeznaczamy na leczenie skutków, a nie przyczyn. Bo otyłość, płaskostopie, cukrzyca typu 2, osteoporoza, niektóre nowotwory to są skutki. Jeszcze kilka pokoleń temu choroby te były nieznane lub bardzo rzadkie. Tymczasem szukamy np. genów otyłości i staramy się wyprodukować pigułki, które będą je leczyć. Nie zmieniły się nasze geny, zmieniło się środowisko.

Dlaczego koncentrujemy się wyłącznie na skutkach?

Bo ludziom się wydaje, że ewolucjonizm nie jest istotny z punktu widzenia walki z problemami współczesnego świata. Tymczasem mają one stricte ewolucyjne pochodzenie. Zresztą nic w biologii nie ma sensu, jeśli pominie się ewolucyjny kontekst. Jednak biolog ewolucyjny nie dostanie z Narodowych Instytutów Zdrowia pieniędzy na badania np. nad płaskostopiem. To ma swoje skutki – na bardzo wielu amerykańskich uczelniach można uzyskać stopień magistra biologii, nie uczęszczając na zajęcia z fizjologii. Studenci nie wychodzą poza poziom działania genów i komórek, bo chcą się zajmować dziedzinami, na które przeznacza się duże pieniądze.

Czy geny są związane z chorobami? Oczywiście, że tak. Ale im bardziej koncentrujemy się na genach, tym bardziej ignorujemy to, co jest znacznie ważniejsze: nasze genetyczne dziedzictwo jako gatunku, jak te geny działają w środowisku, w którym żyjemy? Odpowiedzi na te pytania można uzyskać tylko dzięki ewolucyjnej anatomii i fizjologii. Ja dzięki nim wiem, jak leczyć płaskostopie.

Jak?

Nie należy chodzić w żadnych specjalnych korygujących butach, tylko po prostu boso. To jest lek na płaskostopie, a ja jestem w stanie wyjaśnić, dlaczego i jak on działa. Po pierwsze, dysponujemy danymi jednoznacznie wskazującymi, że ludzie mają wtedy zdrowsze stopy, odmiennie pracują ich mięśnie. Natomiast buty, które nosimy, powodują, że stopa staje się słabsza. Zakładanie twardego obuwia wydaje się nam czymś normalnym, tymczasem jest nowym wynalazkiem. Bardzo wygodnym, ale niezdrowym. Dlatego sam staram się przyzwyczaić do częstego chodzenia na bosaka i biegania w ten sposób.

Nawet zimą?

Można nosić buty typu vibram, pięciopalczaste. To takie rękawiczki dla stopy. Jako pierwsi używali ich surferzy, dziś stają się coraz popularniejsze wśród biegaczy.

Czyli pana receptą na współczesne bolączki ludzkości jest zmiana stylu życia?

Nie mamy innego wyjścia. Dlatego powinniśmy mocno promować aktywność fizyczną. Wie pan, jakie są dwie najbardziej popularne dyscypliny sportu w USA? Football amerykański i baseball. Wielu z zawodników grających w profesjonalnych ligach ma nadwagę, bo to nie są dyscypliny takie jak piłka nożna, która wymaga żelaznej kondycji i dużo biegania. Trudno będzie coś z tym zrobić, bo baseball i football stały się częścią amerykańskiej kultury. Macie szczęście w Europie, że tak kochacie piłkę nożną.

Podkreśla pan wagę biegania. Dlaczego?

Bo to ono zmieniło bieg ewolucji człowieka.

Pański kolega Richard Wrangham twierdzi, że to raczej ogień uczynił z małpy człowieka.

Zgadzam się z nim co do tego, że gotowanie miało ogromne znaczenie. Jednak to bieganie było pierwszą przyczyną tych rewolucyjnych zmian. Teoria Richarda nie wyjaśnia np., dlaczego u naszych przodków przed 2 mln lat pojawiły się długie nogi. A tak w ogóle, co stanowi większy problem – złapanie zwierzyny czy jej upieczenie? Czy wie pan, kiedy zostały wynalezione łuki i strzały? 200–300 tys. lat temu. Więc przez prawie 2 mln lat ludzie musieli polować bez nich, mając do dyspozycji jedynie zaostrzone kije. Jeśli dałbym panu taką dzidę i powiedział, żeby upolował pan na afrykańskiej równinie antylopę kudu, to nie ma pan szans tego zrobić. Jest tylko jeden sposób – gonić zwierzynę przez wiele kilometrów, aż dostanie udaru cieplnego. I wcale nie jest to takie trudne. Nawet dziś robią tak plemiona łowiecko-zbierackie w Afryce. Dlatego bieganie najlepiej wyjaśnia cechy anatomiczne naszego ciała. Gotowanie zaczęło odgrywać bardzo ważną rolę, ale później.

Jaki to ma związek z dziś żyjącymi ludźmi?

Jesteśmy urodzeni do biegania i żeby utrzymać nasze ciała w dobrej kondycji, powinniśmy to robić.

Skoro nasze ciała są tak niedostosowane do środowiska, które sami stworzyliśmy, może kiedyś powinniśmy porzucić nasze biologiczne powłoki? Pomysł przeniesienia informacji z ludzkiego mózgu na inny nośnik, np. jakiś krzemowy chip nowej generacji, coraz mniej brzmi jak science fiction.

Tyle tylko, że ma wiele wspólnego z postrzeganiem naszego ciała i umysłu jako oddzielnych bytów. Tymczasem one są całkowicie zintegrowane, więc oddzielenie umysłu to mrzonka. Poza tym ja naprawdę lubię moje ciało i to, co mogę z nim zrobić. Po co mi inne? Albo przenosiny w wirtualną rzeczywistość? Wyobraża pan sobie wirtualne picie wina? Absurd. Nasze ciała są wspaniałym produktem ewolucji, wręcz pięknym.

To może zamiast przenosić nasze umysły, jako pierwszy gatunek stworzymy swoich następców wolnych od ludzkich bolączek i ograniczeń, np. inteligentne roboty.

Nie bardzo wierzę w sztuczną inteligencję. Nasz mózg i głowa rosną z kulki wielkości fasoli do tworu o rozmiarach piłki nożnej. Za jego pomocą można dokonać nieprawdopodobnych rzeczy. Nie istnieje robot ani komputer, który potrafiłby zrobić choćby milionową część tego, co umie ludzki mózg. Selekcja naturalna jest o wiele lepszym projektantem niż jakikolwiek inżynier, a mózg to najwspanialsze dzieło ewolucji. I przy nim pozostańmy.

Prof. Daniel E. Lieberman – amerykański antropolog, wykładowca na Uniwersytecie Harvarda. W 2004 r. opublikował w prestiżowym tygodniku naukowym „Nature” słynny artykuł dowodzący, że pod względem budowy anatomicznej jesteśmy urodzonymi biegaczami długodystansowymi.

Wykonanie Javatech | Prawa autorskie © S.P. Polityka polityka

12 grudnia 2009

Kopytko skrzata

Tak to 1. grudnia trafiłem do szpitala. Terencjusz dał o sobie znać, a konkretniej, to nerka. Zaczęło się od karetki i izby przyjęć...


...potem na klasyczne łóżko obok dwóch starszych "sercowców".


To prawda, że noce tam są nienajałatwiejsze, lecz dla mnie przeklęty wenflon i kłucie w żyły - to był stres. A słyszałem, że chłopaki nie płaczą.

Poza płatną tv jest w szpitalu siła doświadczeń starych lub "tylko" cierpiących ludzi. Każde łóżko to osobna historia, a każda sala jakby inny świat.


Czasem przychodziła mi na myśl książka Sołżenicyna Oddział chorych na raka, ale gdzie tam na Wewnętrznym II do raka...



Tytuł pochodzi z ust lekarza, który tak się wyraził o moim owocu z głębi przewodów...:)


Nigdy więcej do szpitala. Chyba, że po kolejne dziecko z żoną...

10 grudnia 2009

O pamięci

Poniżej niezły tekst z GW. Prof. Endel Tulving jest chyba kanadyjskim psychologiem, a w związku z nim znalazłem jeszcze: z Polityki Marcina Rotkiewicza i Anety Brzezickiej (7 września 2005) "Pamięć – skomplikowana funkcja mózgu. Czy to jeszcze pamiętasz?" oraz w Onet.pl Portal wiedzy - Czasopisma "Czym jest czas dla zwierząt?".

Pamiętam, więc jestem (czasem nieszczęśliwy)

rozmawiał Sławomir Zagórski 2009-12-09, ostatnia aktualizacja 2009-12-09 15:33:28.0

Czy K.C. cierpi z powodu braku pamięci? - Nie. To pogodny i szczęśliwy człowiek. Chociaż wie, że coś z nim nie tak - o swoich badaniach opowiada "Gazecie"

Od ponad pół wieku zajmuje się pan pamięcią. Dlaczego właśnie nią?

PROF. ENDEL TULVING: Bo to niezwykle fascynujący temat. Choć muszę przyznać, że z początku marzyłem o badaniach nad wzrokiem. Temu poświęcony był mój doktorat na Har - vardzie. Niestety, po powrocie na mój macierzysty Uniwersytet Toronto w Kanadzie, okazało się, że uczelnia nie ma odpowiedniego sprzętu. Co było robić? Badania nad pamięcią nie wymagały wtedy żadnych przyrządów. Wystarczyła otwarta głowa, ołówek i kartka papieru.

Nie myślał pan o zostaniu w Stanach? Kanada nie była przecież pana ojczyzną?

- Nie, ale tu po wojnie znalazłem azyl, przyjazne środowisko, życzliwych ludzi. Urodziłem się w Estonii. Opuściłem ją w1944 r., kiedy miałem 17 lat. Przez Niemcy dotarłem do Toronto i tam do dziś jest mój dom. Wróćmy do pańskich badań. Jak one wyglądały przed pół wiekiem? -Po pierwsze, nikt wtedy nie mówił, że zajmujemy się pamięcią. Twierdzono, że badamy tzw. uczenie się werbalne, czyli fenomen zapamiętywania pojedynczych słów, ich par lub całych ciągów. Początki były bardzo proste, ale pojęcia, do jakich stopniowo dochodziliśmy, całkiem ciekawe i niespodziewane.

To panu zawdzięczamy m.in. pogląd, iż ludzka pamięć składa się z kilku odrębnych systemów. Wcześniej wyobrażano sobie, że mamy jedną pamięć, i tyle.

- Badaczy, którzy opisywali różne składowe pamięci, było znacznie więcej. Ale to ja dołożyłem ważny element do tej układanki, a mianowicie odkryłem coś, co nosi miano pamięci epizodycznej. Dziś wielu psychologów i neurobiologów uznaje, że człowiek ma pięć rodzajów pamięci: krótkoterminową, inaczej roboczą lub operacyjną, plus cztery rodzaje pamięci długoterminowej - semantyczną, percepcyjną, proceduralną i - wspomnianą - epizodyczną.

Pamięć krótkoterminowa pozwala przechowywać informacje dosłownie przez kilkadziesiąt sekund. Np. ktoś mówi mi numer telefonu ija go pamiętam, ale tylko przez chwilę.

Dzięki pamięci semantycznej wiem np., że stolicą Rosji jest Moskwa i że urodziłem się 82 lata temu. Pamięć percepcyjna pozwala mi z kolei błyskawicznie rozpoznać, jak pachnie chleb, a jak miód. Dzięki pamięci proceduralnej pamiętam, jak wiąże się sznurowadła butów, dlatego wykonuję tę czynność automatycznie. Wreszcie pamięć epizodyczna. Dzięki niej przechowujemy w mózgu informacje o najrozmaitszych przeżyciach. To coś bardzo ważnego i osobistego.

Czy takie dzielenie pamięci na części nie komplikuje niepotrzebnie sprawy? Na zdrowy rozum pamięć o tym, ile mam lat i co mi się przytrafiło w siódme urodziny, powinna na siebie zachodzić, zazębiać się.

- Rzeczywiście, tak się wydawało przez lata. Do czasu, kiedy poznaliśmy pacjenta, który miał zupełnie przyzwoitą pamięć semantyczną, za to został całkowicie pozbawiony pamięci epizodycznej.

W literaturze naukowej przedstawiamy go jako K.C.

W1981 r. K.C. jako młody człowiek miał poważny wypadek drogowy. Na skutek urazu mózgu stracił pamięć, jednak nie całą, lecz tylko istotną jej część. Pamiętał więc nadal, że Moskwa jest stolicą Rosji (wtedy ZSRR), natomiast zatarły mu się wszystkie fakty z dzieciństwa. Nie był sobie także wstanie przypomnieć tego, co zdarzyło mu się wczoraj czy przedwczoraj. Pamięć semantyczna (wiem) pozostała nienaruszona, zaś epizodyczna (pamiętam) znikła.

Spędziłem długie godziny, badając K.C. Po wypadku nie zmienił się jego iloraz inteligencji, sensownie reagował, miał poczucie humoru, ale gdy pytałem go np.: "Pamiętasz swoją pierwszą dziewczynę?", nie był w stanie niczego sobie przypomnieć.

Tacy ludzie jak K.C. pomogli nam zrozumieć, jak działa pamięć. Innym tego typu pacjentem, dzięki któremu w1957 r. Brenda Milner z Montrealu wykryła istnienie pamięci proceduralnej, był H.M.

H.M. jako dziecko cierpiał na epilepsję. Ataki zaostrzyły się, kiedy w wieku dziewięciu lat wpadł pod rower. Chłopiec cierpiał tak bardzo, że zdecydowano się na operację mózgu - usunięto mu niemal w całości hipokamp i ciało migdałowate [hipokamp to niewielka struktura w mózgu odpowiedzialna m.in. za pamięć - ustalono to właśnie dzięki H.M., zaś ciało migdałowate to ośrodek w mózgu odpowiedzialny m.in. za odczuwanie emocji, zachowania obronne, agresję i niektóre rodzaje pamięci]. Ataki prawie ustąpiły, ale po zabiegu H.M. całkowicie stracił pamięć. Codziennie witał się z Brendą Milner, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu. Seria wnikliwych badań wykazała, że jego mózg był jednak w stanie nauczyć się pewnych automatycznych zachowań. A do tego potrzebna jest pamięć - nazwana przez Brendę - proceduralną.

H.M. zmarł rok temu. Przekazał w testamencie swój mózg nauce. Na dniach naukowcy z San Diego zabiorą się do jego szczegółowego badania [mózg H.M. postanowiono pociąć na 2,5 tys. plasterków, procedurę rozpoczęto 2 grudnia. Więcej na http://thebrainobservatory. ucsd.edu/].

Sporo badań nad pamięcią przeprowadza się na zwierzętach. Czy ich pamięć różni się zasadniczo od naszej?

-Zwierzęta przede wszystkim nie mają pamięci epizodycznej. Wydaje się, że to cecha typowo ludzka, nabyta przez nasz gatunek ledwie ok. 40 tys. lat temu.

Po co nam ona?

- By bardziej świadomie żyć. By móc podróżować w czasie, i to zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość.

K.C. po wypadku nie był wstanie nie tylko przypomnieć sobie tego, co zdarzyło się wczoraj. Nie potrafił także niczego planować, przewidywać konsekwencji swoich działań. Stracił świadomość tego, że jest śmiertelny, że będzie się starzeć.

Zwierzęta też nie mają świadomości śmierci. Pamiętają, że jeden człowiek był dla nich dobry, a inny zły, mają świadomość, że są coraz słabsze, chorują, ale żaden pies ani kot w sile wieku nie wyobraża sobie, że pewnego dnia umrze.

Swoista podróż wczasie, wjaką jest się w stanie wybrać ludzki mózg, daje nam jako gatunkowi ogromną wartość przystosowawczą. Ponieważ przewidujemy przyszłość, możemy ją zmieniać. Przekształcamy świat, a nie wyłącznie dostosowujemy się do tego, co zastaliśmy. Budujemy Akropol, Manhattan i Golden Gate w San Francisco.

Pamięć epizodyczna to siła napędowa naszego gatunku.

Ale być może także coś, co nas stale przygniata, rozkłada, wpędza w depresję? Trudno znieść ciągłą świadomość śmierci, brak happy endu.

- No i dlatego ludzie wymyślili filozofię, kulturę, sztukę, a przede wszystkim religię. Dla wielu z nas religia była i jest najważniejszym pocieszeniem i nadaje sens temu, że umieramy.

K.C. cierpi z powodu braku pamięci epizodycznej?

- Nie. K.C. to pogodny, szczęśliwy człowiek. Chociaż zdaje sobie sprawę, że coś z nim nie tak, że nie może żyć samodzielnie, bo niczego nie pamięta.

A ludzie dotknięci otępieniem, np. chorzy na alzheimera, także pana zdaniem nie cierpią?

-Wydaje mi się, że nie, ponieważ po to, by cierpieć, trzeba "przepuścić nasze odczucia przez rozum". A skoro ów rozum ulega rozpadowi, brakuje w mózgu struktur, które rządziłyby naszym cierpieniem.

Czego nadal nie wiemy o pamięci?

- Sądzę, że nasza wiedza na ten temat jest wciąż w powijakach. Coraz lepiej wnikamy w strukturę mózgu, potrafimy oglądać mózg "przy pracy". Ale jak to bywa w nauce, im więcej wiemy, tym więcej pojawia się znaków zapytania.

Szkoda, że nie będę już wstanie brać czynnego udziału w kolejnych badaniach. Ale nie narzekam. Życie nie poskąpiło mi ani naukowych, ani innych miłych doznań. Moja pamięć epizodyczna przechowuje mnóstwo wspaniałych wspomnień

rozmawiał Sławomir Zagórski


Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - www.wyborcza.pl © Agora SA

30 listopada 2009

Skale poznania

Znam zasadniczo dwie skale poznawania świata: jedna idzie w głąb odkrywa sprawy mikro (choć one skutkują często w znacznie znacznie większym zasięgu), a druga wiedzie na zewnątrz odsłaniając ogrom wiedzy w skali makro (co nie znaczy, że nie ma związku z tzw. normalnym dla ludzi wymiarem życia). Oto ciekawa prezentacja jednej z dróg do środka na witrynie Uniwersytetu w Utah oraz wybrane dwa filmy z YT o kosmosie:



A oto niezłe dziełko uczniów klasy 3A Gimnazjum nr 1 we Wschowie:

29 listopada 2009

Kultura + kasa

Ograniczę się znowu do przedruku w całości dla potomności ważnego tekstu ważnego człowieka. Antoni Wit w GW:

Wysoka kultura biednych ludzi

Antoni Wit 2009-11-28, ostatnia aktualizacja 2009-11-27 20:46:39.0

Pierwszym rezultatem wprowadzenia w Polsce zasady prywatnego sponsoringu będzie nagła zapaść większości instytucji kultury - pisze Antoni Wit*

Prof. Leszek Balcerowicz w wywiadzie udzielonym Romanowi Pawłowskiemu ("Gazeta Wyborcza" z 6 listopada 2009) stwierdził: "Głównym miernikiem wartości dzieła kultury nie może być to, że ludzie nie chcą za nie zapłacić". Trudno o bardziej nonsensowną wypowiedź na temat kultury i przykro, że wyszła ona z ust człowieka uważanego - i słusznie - za bohatera naszych przemian lat 90.

Dam przykład jednej z ostatnich ważnych imprez Filharmonii Narodowej - koncert Filharmoników Berlińskich. Występ zespołu uważanego za jeden z najlepszych na świecie był sponsorowany przez Deutsche Bank i firmę Dr Oetker, a i tak koszty, jakie musiała wyłożyć nasza instytucja, były bardzo duże. Jeślibyśmy chcieli, aby sprzedane bilety pokryły nasze koszty, to cena biletu musiałaby przekroczyć 500 zł. A gdyby koncert nie był hojnie sponsorowany, cena ta byłaby co najmniej dwukrotnie wyższa.

Podobnie jest ze zdecydowaną większością koncertów, przedstawień operowych i dramatycznych, produkcją filmową czy działalnością muzeów. Publiczność filharmoniczna nie rekrutuje się z najbogatszych warstw - są to najczęściej nauczyciele, lekarze, emeryci, młodzież. Przypominam sobie tłumy chętnych, gdy kilka lat temu w okresie letnim nasza Filharmonia organizowała serię koncertów o symbolicznych cenach wstępów. Niestety, z przyczyn ekonomicznych musieliśmy tę serię zlikwidować.

Zdaniem prof. Balcerowicza: „Są dzieła wielkie, które trafiły do mas, choćby »Ziemia obiecana « Andrzeja Wajdy”. Ja znam także filmy Wajdy, które do mas przypuszczalnie nie trafią, jak chociażby „Tatarak” - arcydzieło, lecz niekoniecznie dla masowego widza. Czy należałoby na ten film nie dawać pieniędzy? Zresztą zanim powstała „Ziemia obiecana”, ktoś wyasygnował spore fundusze na jej realizację, choć nie było pewności, że film „trafi do mas”.

Krytykując finansowanie instytucji kultury przez państwo, prof. Balcerowicz wymienia patologie obecnego systemu - mają one polegać na "klientyzmie, etatyzmie i rozrzutności, a także - często - silnej roli związków zawodowych. Normą jest wydawanie przydzielonego budżetu do ostatniej złotówki. Gdyby instytucja coś zaoszczędziła, utrudniłoby to walkę o budżet w następnym roku". Takie niebezpieczeństwo istnieje. Pamiętam z pracy w Polskim Radiu, że dokonanie jakichkolwiek oszczędności groziło zmniejszeniem dotacji w roku następnym. Ale to była polityka wynikająca z nieudolności władz tej instytucji. Pracując w instytucji Ministerstwa Kultury, nie zauważyłem tego rodzaju praktyk. Nie należy skutkami niekompetencji organów założycielskich obciążać instytucje, które czynią wiele, aby szczupłe środki należycie zagospodarować.

W wielu krajach pozycja związków zawodowych jest jeszcze silniejsza niż u nas (chociażby w USA czy Niemczech), a przecież każdy zna znakomite zespoły symfoniczne i operowe działające w tych krajach. Problem polega na tym, że kompetencje związków zawodowych są tam ściśle określone. W Polsce uregulowania prawne i praktyka też powinny pójść w tym kierunku. Zanim tak się stanie, kierownictwo instytucji należy powierzać osobom mającym autorytet niezbędny do uporania się z sytuacjami, które stwarzają niejasno określone uprawnienia związków zawodowych.

Prywatny sponsoring, który w odniesieniu do orkiestr i teatrów funkcjonuje w USA, rozwijał się tam w ciągu 100-200 lat. Jeśliby podobną zasadę wprowadzić u nas, to jej pierwszym rezultatem będzie nagła zapaść większości instytucji kultury - może po 100 latach odrodzą się znowu. Tymczasem w Hiszpanii w ostatnich 30 latach powstało kilkanaście znakomitych orkiestr i kilkanaście wspaniałych sal koncertowych, jakości i wielkości których pozazdrościć może chociażby Warszawa. Czyżby to finansował prywatny sponsor?

*dyrektor naczelny i artystyczny Filharmonii Narodowej w Warszawie. W PWSM w Krakowie studiował dyrygenturę u Henryka Czyża, kompozycję u Krzysztofa Pendereckiego. Drugie miejsce w międzynarodowym konkursie dyrygenckim Herberta von Karajana w Berlinie w 1971 roku zapoczątkowało jego karierę. W przeszłości był m.in. szefem Wielkiej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia i Telewizji.

Antoni Wit


Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - www.wyborcza.pl © Agora SA

22 listopada 2009

Tomasz Stańko i nowa płyta

Na portalu Polskiego Radia w dziale serwisów tematycznych Muzyka zamieszczono wartościowy artykuł do słuchania. Zaczyna się tak:

"Nazywany europejskim Milesem Davisem, przez wielu uznawany obecnie za pierwszą trąbkę świata Tomasz Stańko 20 października 2009 roku wydał swój długo oczekiwany album "Dark Eyes".
Wśród dziesięciu utworów, które znalazły się na płycie, są między innymi te najnowsze, które Stańko stworzył już jako mieszkaniec Nowego Jorku. To miasto to dla artysty niewyczerpane źródło inspiracji, Stańko kocha jego rytm, puls, barwność, życie, bogactwo sztuki - muzeów, koncertów. Jeden z utworów został zatytułowany "The Dark Eyes of Martha Hirsch", a jego inspiracją był obraz Oskara Kokoschki i ciemne oczy tajemniczej kobiety.
Obok Tomasza Stańki na płycie grają dwaj fińscy muzycy: pianista Alexi Tuomarila i perkusista Olavi Louhivuori, oraz dwaj Duńczycy: gitarzysta Jakob Bro i basista Anders Christensen. Wszystkie kompozycje należą do Tomasza Stańko, oprócz "Dirge for Europe" i "Etiudy Baletowej nr 3" autorstwa Krzysztofa Komedy.
O nowym wydawnictwie i płytach które leżą w bezpośrednim sąsiedztwie jego odtwarza Tomasz Stańko opowiedział w programie Prywatna Kolekcja."

Choć warto też zajrzeć na inną stronę o tym muzyku, gdzie jest coś ciekawego (rozmowa Jerzego Kisielewskiego) do ściągnięcia.

19 listopada 2009

O języku polityków

Trafiłem na interesującą rozmowę o języku z prof. Michałem Głowińskim w GW z 2009-11-15. Oto cała treść:

Degeneracja, wulgaryzacja


Nie umiałbym opisać stylu PO czy Donalda Tuska. Nie jest tak wyrazisty jak styl PiS-u czy Jarosława Kaczyńskiego. I chwała Bogu

Adam Leszczyński: Jak zmienił się język polityki po PiS-ie?

Prof. Michał Głowiński: Zostały po nim - tak jak po PRL - powiedzenia, które weszły do języka i są traktowane jako cytaty: „My jesteśmy tu, a oni tam, gdzie stało ZOMO”, „układ”. Tych formuł są dziesiątki. Nie wiem, czy nie nastąpiła ich depolityzacja, bo przestały cokolwiek znaczyć. Niektóre z nich przestawały zresztą cokolwiek znaczyć jeszcze za PiS-u.

Zakładając, że w ogóle coś znaczyły na początku. Bo co może znaczyć "rewolucja moralna"? Albo "moralne wzmożenie"?

- Kiedy słyszę, że polityk mówi "rewolucja moralna", ogarnia mnie niechęć i przerażenie, bo od razu widzę w tym wielki fałsz. Zresztą zapomina się, że takim ideologiem moralistą był w połowie lat 80. któryś z generałów z kręgu Wojciecha Jaruzelskiego. Chyba się nazywał Józef Baryła... Twórcy PiS-u nie pamiętali, że w Polsce Ludowej władze też mówiły o odrodzeniu moralnym.

Język PiS-u stał się językiem o wyraźnej pieczęci partyjnej. Inni mogą się nim posługiwać jako wyrażeniami, wobec których zaznacza się dystans. Wybitna uczona Maria Renata Mayenowa stworzyła pojęcie "wyrażenia cudzysłowowe" - czyli takie, których się używa tylko wtedy, kiedy się podkreśla cudzysłów. Bez cudzysłowu nie funkcjonują. Wydaje mi się, że wiele z tego, co składa się na język PiS-u, stało się dziś właśnie wyrażeniami cudzysłowowymi. Przytacza się je z dystansem, zmrużeniem oka, czasem z kpiną, ale nie bierze poważnie.

Układ?

- Właśnie, układ. To wieloznaczne słowo. Funkcjonuje w języku medycyny, fizyki, prawa międzynarodowego. W konkretnej rozmowie dotyczącej konkretnej sprawy słowo "układ" na szczęście nie zostało przez politykę zepsute.

Słyszał pan ostatnio kogoś, kto słowo "układ" w kontekście politycznym traktuje serio? Nawet Jarosław Kaczyński go nie używa.

- Bo zostało ośmieszone. "Rewolucja moralna" też zanikła, kiedy pojawiła się koalicja z Giertychem i Lepperem. To byli wielcy sojusznicy w rewolucji moralnej!

Takich wyrażeń jest dużo, ale wydaje mi się, że po przegranych przez PiS wyborach ich lista przestała się powiększać.

PO zastąpiło ją własnym językiem?

- Nie umiałbym opisać stylu PO czy Tuska. Nie jest tak wyrazisty. I chwała Bogu, że nie jest - bo na ogół wyraziste style polityczne bywają na ogół stylami ugrupowań, z którymi wiąże się takie czy inne zagrożenie. Inaczej jest tylko w nadzwyczajnych sytuacjach - takich jak np. rok 1989.

Może język polityki jest nijaki, bo przestał znaczyć cokolwiek? Politycy coś mówią, ale to tylko szum w telewizorze. Z góry wiem, nie mają mi nic istotnego do powiedzenia. Taka mowa-trawa.

- Wolę już tego rodzaju defekt niż taką aktywność językową jak panów Kaczyńskich i ich zwolenników. Dzieliła społeczeństwo i prowadziła do piętnowania ludzi.

Czy jednak nie można sobie wyobrazić czegoś lepszego? Debaty? Dyskusji? Jest taki styl komentarzy politycznych w prasie i w telewizji, którego nie znoszę, gdzie się komentuje politykę jak boks: "Proszę, jak poseł X przyłożył posłowi Y".

- Też tego nie znoszę. Media szukają sensacji, robią z igły widły w byle sprawie. Muszę się przyznać: za czasów PiS-u śledziłem dokładnie język polityki, teraz stało się to dużo mniej ciekawe i śledzę go dużo mniej uważnie.

Zamiast autorytarnego dyskursu PiS-u mamy watę. Komentują go coraz częściej specjaliści od PR i mówią: "Ten polityk użył dobrego słowa, bo to zrobi dobre wrażenie na jego grupie docelowej". Tak powinno być?

- Mówienie i o polityce, i w polityce staje się częścią kultury masowej, w której element agonu - walki - jest coraz istotniejszy. Jak w jakimś brutalnym, sensacyjnym filmie. Wypowiedzi polityczne są traktowane jako element spektaklu telewizyjnego.

Nie używałbym zresztą terminu "mowa-trawa". Wprowadziło go w 1955 r. w "Po prostu", i to oznaczało tyle, co bełkot stalinowski. Język polityki po PiS-ie jest mniej konfliktogenny. Bardziej usypia niż podsyca.

Może na tym polega groźba? To chyba nie jest dobre dla demokracji, kiedy polityka obywateli usypia.

- Być może, ale wolę to od moralnego wzmożenia i moralnej rewolucji. Ale to jest język nijaki. Najtrudniej jest mówić o tym, co jest nijakie.

Język powieści realistycznej - np. Marii Dąbrowskiej - jest dla historyka literatury trudniejszy do opisania niż język Kadena-Bandrowskiego, który był ekspresjonistą i używał mocnych wyrażeń. Tu jest pewnie podobnie.

Kiedy w ostatniej książce porównałem styl PiS-u do stylu PZPR, spotkałem się z opinią, że to nadużycie. W pewnym sensie tak, ale różnica leży nie w naturze tych języków, tylko w sytuacji. Język PZPR funkcjonował wówczas, gdy działała cenzura. Za PiS-u jej, całe szczęście, nie było. Można było przeciw niemu protestować i go opisywać. Ale są elementy kontynuacji.

Często im wypowiedź jest bardziej antykomunistyczna, tym bardziej jest bliska regułom, które obowiązywały w propagandzie komunistycznej. Dobrym przykładem jest "Nasz Dziennik", który można analizować tymi samymi metodami, co kiedyś "Trybunę Ludu".

My sobie nie zdajemy sprawy, że często mówimy wyrażeniami ukształtowanymi w PRL. Przed dojściem do władzy Gierka słowa "decydent" nie było w polszczyźnie. Łatwo było wytłumaczyć, dlaczego się pojawiło po 1971 r. Za Gierka wprowadzono slogan: "Rząd rządzi, partia kieruje". Rząd wydaje zarządzenia, ale ci, co naprawdę decydują, urzędują w Domu Partii. Stąd się wzięli decydenci. Do dziś spotykam to słowo w prasie, chociaż sam nigdy bym go nie użył.

Czasem dotyczy to drobiazgów. Mało kto pamięta, że formuła "atak zimy" - która weszła do współczesnej polszczyzny - pojawiła się, chociaż tu stuprocentowej pewności nie mam, zimą z roku 78-79.

W czasie zimy stulecia?

- Co to była za zima stulecia! Spadło trochę śniegu i Polska się zaczęła rozlatywać. Jakoś w propagandzie trzeba było to zwerbalizować, a że w polszczyźnie PRL metafory militarne - zwłaszcza w okresie stalinowskim, ale później też - odgrywały ważną rolę, trzeba było powiedzieć "atak zimy". Bo atak jest z natury rzeczy niespodziewany - czy to atak w sensie wojskowym, czy atak serca. To weszło do języka. Dziś byle trzy stopnie mrozu są - i mamy "atak zimy".

Pewne rzeczy z języka PRL zostały, inne wypadły. Nie mówi się "załatwiłem szynkę"...

- ...ani "dostałem mieszkanie". Prawda.

Ale dalej mamy decydentów, tylko dziś z różnych partii. Dalej mamy "ataki zimy", które co roku "zaskakują drogowców".

- Z języka PRL znikło to, co się wiązało z najszerzej pojętym życiem codziennym. Pamięta pan jeszcze? "Co tu dają?", "wystałem"... Nie ma kolejek. Jedyną kolejkę w Warszawie widuję przy Pięknej, przed ambasadą amerykańską, po wizy. Świetny wiersz Barańczaka, parodiujący mowę kolejkową ("Pani tu nie stała"), jest już dziś mało zrozumiały.

Za to rozszerzają się granice tego, co jest dopuszczalne w języku polityki. Janusz Palikot pisze w blogu, że prezydent to kurdupel. Ma proces, ale nikt się przesadnie nie oburza.

- Nie sympatyzuję ze sposobem mówienia pana Palikota, ale on funkcjonuje na "wariackich papierach". Przyznaje sobie prawo mówienia różnych rzeczy. Podobnie jak Stefan Niesiołowski.

Prezydent nie jest wysoki. Ale to nie powód, żeby nazywać go kurduplem.

- Oczywiście. Ma pan rację: nastąpiło potworne obniżenie stylu. Pełno jest - i to nie tylko w polityce - wyrażeń piętnujących. Niedawno absolutnie zdziwiła mnie ekspertyza językowa prof. Jerzego Bralczyka, który oświadczył, że słowo „pedał” - gdy nie odnosi się do roweru czy fortepianu, ale do osoby - jest dopuszczalne. Jest przecież potwornie obraźliwe! Kiedy publicznie aprobuje je telewizyjny profesor i celebryta, to oczywiście sprzyja piętnowaniu pewnej grupy ludzi i zarazem obniża standardy językowe. Sens wypowiedzi Bralczyka był taki: „słowa »pedał « można używać i jeśli za to ciągnie się kogoś do sądu, to niesłusznie”. W ten sposób gwiazda telewizji mówi milionom „możecie tak mówić”.

Czy przyzwolenie na wulgarność wiąże się z ujawnieniem, jak naprawdę rozmawiają politycy? To efekt uboczny mody na podsłuchy. Wiemy, jak mówił Oleksy z Gudzowatym albo politycy PO z biznesmenami od hazardu: dość brzydko.

- Dla mnie takim błahym, ale charakterystycznym przypadkiem była wypowiedź pani Olgi Johann, która jest ważną osobą w samorządzie warszawskim. Niedawno bardzo ostro i wulgarnie wypowiedziała się o przeciwnikach zmiany nazwy jakiejś uliczki. Poczuli się urażeni. Przeprosiła. Tłumaczyła, że tak mówiła, bo nie wiedziała, że jest nagrywana! To znaczy, że według niej w prywatnej rozmowie to w porządku! Otóż dla kogoś o pewnym stopniu kultury to nie jest w porządku! Pani Johann - o której nic nie wiem, nie pamiętam nawet, z której jest partii - tłumaczy się tak, jakby całe życie spędziła na bazarze Różyckiego za straganem, bo tam pewnie tak się mówi.

Może po prostu politycy używają języka ludowego. Utrzymują tylko, i to nieudolnie, fikcję, że posługują się językiem inteligenta. Naprawdę jednak wszyscy wiemy, że to gra.

- Rozumiem, że dla pana demokratyzacja języka jest jego poszerzeniem. Że wprowadza do niego mowę nowych warstw społecznych. Ale to nie może oznaczać równania w dół. Kiedy wysoko postawiona w hierarchii osoba mówi tak wulgarnie, nie wprowadza żadnego ludowego języka. Ona psuje język.

Może z politykami jest trochę tak jak z młodymi ludźmi. Widziałem kiedyś taką scenę w tramwaju. Jechało dwóch piętnastolatków, którzy mówili między sobą dość okropnie. W pewnym momencie starsza pani zwróciła im uwagę. Ich reakcja była zdumiewająca. Nagle zaczęli mówić normalną, inteligencką polszczyzną. Jest taki termin językoznawczy "diglossia" - posługiwanie się dwoma typami języka w zależności od sytuacji i od tego, z kim się rozmawia.

Można czasem użyć wulgarnego słowa, jak się człowiek zdenerwuje. Ale to nie może być element mowy publicznej.

Narodowi uszy nie więdną?

- Myślę, że to narodu tak bardzo nie obchodzi. Ale świadczy o ogólnym poziomie kultury, który się obniża. O zupełnym rozchwianiu kulturowej normy językowej.

Mimo to mówi pan, że język polityki po PiS-ie stał się mniej agresywny?

- Myślę, że tak. Trochę. Degradacja języka polityki jednak trwa. Tyle że miejsce agresywności zajęła wulgaryzacja.