19 maja 2013

„Gloria indywidualności”


Znów chciałem się, niby od niechcenia, rozpisać o przyrodzie sielskiej anielskiej. Niby lekko zwiewnie, oczywiście nie wylewnie, w sam raz. Żeby pochwalili, a czytając dowiedzieli się, że… Właśnie. Opadł mi ton przy Miłoszu. Przy Jego wierszu Moja wierna mowo. Znam go na pamięć, często myślę o nim. Na przykład:

Rozumiem, to ma być moje wychowanie:
gloria indywidualności odjęta,
Grzesznikowi z moralitetu
czerwony dywan podścieła Wielki Chwał,
a w tym samym czasie latarnia magiczna
rzuca na płótno obrazy ludzkiej i boskiej udręki.

Złapałem siebie w dobrze zastawione miłoszowe sidła. Bo po co piszę? Nawet do blogowej szuflady… Ani to rejestracja zdarzeń, ani sztuka, ani literatura (jak to - nie?!), ani nikomu nie przynosi zysku, chwały, uznania, rozgłosu, pieniędzy. No tak przecież wiem: potrzeba indywidualności. Chcę być zauważony jako ja i tylko ten konkretny tu i teraz żyjący – bo piszący – ja i ja. (Gombrowiczu, czemu mnie prześladujesz?). chcę sobie postawić już za życia skromny cyfrowy monumencik, stanąć na nim i zabłysnąć, chwałą – choć małą – się zachłysnąć. Cacy, cacy, Horacy w sam raz! Potrzeba nie-anonimowości w sieciowym świecie. Na przekór wszystkim, ja im pokarzę kogo mają się bać, pisarze.

A chciałem znów zacytować Miłosza i to ptakach, bo często za mną chodzą ostatnio…

Nastąpiła wreszcie wiosna niepodobna do żadnej innej w życiu Tomasza. Nie tylko przez wyjątkową nagłość topnienia śniegów i gwałtowną siłę słońca. Również przez to, że nie czekał biernie, aż rozwiną się liście, na trawniku ukażą się żółte kluczyki świętego Piotra, a w krzakach odezwą się wieczorami kląskania słowików. Wychodził wiośnie naprzeciw, ledwo naga ziemia zaczęła dymić pod światłem bez chmur i na drodze do Borkun śpiewał i gwizdał wymachując kijem. Las za Borkunami, w który zaszył się zaraz po południu, wywoływał chęć, żeby wyskoczyć z własnej skóry i zamienić się w to wszystko naokoło, coś od wewnątrz rozsadzało aż do bólu i wrzasku zachwytu. Jednak zamiast wrzeszczeć skradał się cicho, tak żeby żadna gałązka nie trzasnęła pod nogą i na najmniejszy odgłos czy szmer kamieniał. Tylko w ten sposób przenika się w świat ptaków, te boją się nie kształtu człowieka, ale ruchu. Koło niego spacerowały nakrapiane drozdy, które umiał odróżnić od kwiczołów (te pióra na głowie mają niebieskawe, a nie szarobrązowe), odkrył, obchodząc wysoki świerk, że grubodzioby tam uwiły już gniazdo, co do gniazda sójek to byłby je przegapił, gdyby nie ich niespokojne skrzeczenie. Tak, to tu, ale tak schowane, że z dołu nikt by się nie domyślił. Na tym młodym świerku gałęzie zaczynały się tuż przy ziemi, wspinał się najpierw z łatwością, ale im wyżej, tym trudniej, bo gęsto, kolce igieł siekły go po twarzy i spocony, podrapany wynurzył głowę na szczycie tuż przy gnieździe. Chwiał się uczepiony cieniutkiego tu pnia, a one atakowały go z góry desperacko, z wyraźnym zamiarem, żeby uderzyć dziobem i w ostatniej dopiero chwili zwyciężał strach, zwijały się w miejscu, zawracały, żeby za chwilę ponowić napaść. Znalazł cztery jajeczka bladosine w rdzawe plamki, ale ich nie ruszył. Dlaczego większość leśnych ptaków składa kropkowane jajeczka? Nikt nie potrafił tego mu wyjaśnić. Tak już jest. Ale dlaczego? Zsunął się zadowolony z osiągnięcia celu.
Wracał upojony spostrzeżeniami, przede wszystkim leśną wiosną, której piękność nie polega na niczym z osobna, na chórze nadziei złożonym z tysiąca głosów. Na ostrych szczytach, czarnych na tle nieba zachodu, wyciągały swoje melodie drozdy (Turdus musicus, a nie Turdus pilaris i nie Turdus viscivorus! Tylko głupcy mieszają te gatunki). W górze pobekiwały bekasy, jak baranki biegające gdzieś bardzo daleko za barwą różowozielonego jedwabiu. Antonina utrzymywała oczywiście, słysząc takie odgłosy, że to czarownica Ragana jeździ na diable zamienionym w latającego kozła i męczy go ostrogami. Ale Tomasz wiedział, że ten bek to nic innego niż specjalny świst ich piór.
(Dolina Issy, początek rozdz. XLI)

…żeby potem błysnąć myślą. I kolejna cegła pomnika poety. Porażka.

To dlatego niechętnie patrzę na tzw. nowych poetów, czyli tysiące pseudopoetów pocących się nad tekstami bez wartości, bez sensu (tak, dosłownie bez sensu często, czyste słowa oderwane od realiów), bez głębi, a priori na temat, byle się dobrze czytało i byle zdobyć więcej komentarzy i więcej ochów i achów, jakie to niby piękne i trafne, i słownictwo i pomysł, a skąd inspiracja? a może podczas podróży do Nikaragui lub Kalifornii? i jaki klimat… Już chce mi się (jak to ujął słownik PWN) „gwałtownie wyrzucić coś z siebie; chlustać, bluzgać, buchać czymś”. Czym? Tą pisaniną. Specjaliści piszą, że niewiele, czyli nikt, tego nie czyta; że ludzie piszą a nie czytają. Ślepota. Kucharz musi jeść do diaska! Z resztą nie dziwię się, że brak czytelników. Bo co oni mają czytać? Te bzdury pomnożone przez tysiące stron i słów? Ja ich nie czytam. Wolę mojego Gałczyńskiego, Różewicza, Tuwima, Szymborską i Herberta, Miłosza, Zagajewskiego i paru innych np. Vargę, Kisielewskiego, Kapuścińskiego czy Pilcha.

Będzie cd. niestety…

2 maja 2013

Drobiazgi miejskie

W burzowy dzień 2. maja podczas przymusowego spaceru po mojej dwudziestowiecznej starówce trafiłem na:

- łabędzia na chodniku

- wejście do Sezamu

- "wieże" lokalnego Pałacu Westminsterskiego

Wydaje mi się, że z badziewnym telefonem, służącym za aparat, stojąc na rogu ulic albo w kucki przed brudnym murem walącej się kamienicy... wyglądam jak uciekinier ze "specjalistycznego" szpitala. I właściwie: po co? Hasło "dokumentacja" i mnie nie przekonuje. Żadna sztuka! Poziom zdjęć - szkoda gadać. A jednak. Wolę wspominać te zdjęcia po latach. Oglądać je gdy już ani kamień na kamieniu po tych domach nie zostanie; choć wolałbym widzieć po remoncie. Miasto ma tajemnice, może być fascynujące jak las albo staw, plątanina ulic jak gęstwina traw, stare domy niby pomniki przyrody leśnej, zapachy, odgłosy, ciepło i ruch miasta...

28 kwietnia 2013

"drozd na gałęzi"

Ptaki to szeroki temat. Podobnie jak chmury, gwiazdy, ryby i nawet drzewa. Dlaczego? Bo - co może nieoczywiste - są nieuchwytne, tak, niełatwo je poznać, umykają, zmieniają się, uciekają przed naszym wzrokiem, pozornie niektóre trwają w miejscu nieruchome, raczej coś ukrywają, a może tylko - jak większość lub wiele istot żywych - noszą w sobie znaczenie, zwyczajnie ciekawe znaczenie. No więc ptaki się rozśpiewały. Stanąłem jak wryty nad brzegiem stawu. Ostrożnie przesuwałem się, żeby jeszcze je ujrzeć. Nie udało się. Podobnie z innymi, które siedziały na młodych gałęziach wierzby nerwowo jedząc drugie śniadanie. Czy to były zięby czy szczygły nie mam pojęcia, ale były piękne w swej ulotności. Dobrze, że nie zdążyłem kliknąć zdjęcia. Jednak wiele chwil trzeba ocalić tylko w pamięci. Chodzi za mną ten wiersz Czesława Miłosza "Sens":





Kiedy umrę, zobaczę podszewkę świata. 
Drugą stronę, za ptakiem, górą i zachodem słońca. 
Wzywające odczytania prawdziwe znaczenie. 
Co nie zgadzało się, będzie się zgadzało. 
Co było niepojęte, będzie pojęte. 


- A jeżeli nie ma podszewki świata? 
Jeżeli drozd na gałęzi nie jest wcale znakiem
Tylko drozdem na gałęzi, jeżeli dzień i noc 
Następują po sobie nie dbając o sens 
I nie ma nic na ziemi, prócz tej ziemi? 

Gdyby tak było, to jednak zostanie 
Słowo raz obudzone przez nietrwałe usta, 
Które biegnie i biegnie, poseł niestrudzony, 
Na międzygwiezdne pola, w kołowrót galaktyk 
I protestuje, woła, krzyczy.

15 kwietnia 2013

Lokomotywa


Którejś niedzieli wczesnowiosennej tego roku  świeżym popołudniem wybrałem się z synkiem no naszego Centrum Kultury. Spodziewałem się kilku modeli z kartonu... a tu niespodzianka: owszem modele niczego sobie (w dwóch kategoriach: juniorzy i dorośli), ale do tego dwie kolejki sterowane elektrycznie, a jedna - prawdziwe cudo - nie kolejka, lecz superskłady pociągów z naszych  europejskich torów, świetnie wykonanych, łącznie z fotelami podróżnych, dymem z komina (jeśli to parowóz) oraz dźwiękami ruszania, przejazdu itp. I jak tu nie kochać Tuwima za Lokomatywę. Maks najbardziej lubi "tłustą oliwę" i "tłuste kiełbasy" tj. lubi o nich słuchać, nie jeść.




Julian Tuwim
Lokomotywa

Stoi na stacji lokomotywa,
Ciężka, ogromna i pot z niej spływa -
Tłusta oliwa.
Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha:
Buch - jak gorąco!
Uch - jak gorąco!
Puff - jak gorąco!
Uff - jak gorąco!
Już ledwo sapie, już ledwo zipie,
A jeszcze palacz węgiel w nią sypie.
Wagony do niej podoczepiali
Wielkie i ciężkie, z żelaza, stali,
I pełno ludzi w każdym wagonie,
A w jednym krowy, a w drugim konie,
A w trzecim siedzą same grubasy,
Siedzą i jedzą tłuste kiełbasy.
A czwarty wagon pełen bananów,
A w piątym stoi sześć fortepianów,
W szóstym armata, o! jaka wielka!
Pod każdym kołem żelazna belka!
W siódmym dębowe stoły i szafy,
W ósmym słoń, niedźwiedź i dwie żyrafy,
W dziewiątym - same tuczone świnie,
W dziesiątym - kufry, paki i skrzynie,
A tych wagonów jest ze czterdzieści,
Sam nie wiem, co się w nich jeszcze mieści.

Lecz choćby przyszło tysiąc atletów
I każdy zjadłby tysiąc kotletów,
I każdy nie wiem jak się natężał,
To nie udźwigną - taki to ciężar!

Nagle - gwizd!
Nagle - świst!
Para - buch!
Koła - w ruch!

Najpierw
powoli
jak żółw
ociężale
Ruszyła
maszyna
po szynach
ospale.
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem,
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi.

A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!
Po torze, po torze, po torze, przez most,
Przez góry, przez tunel, przez pola, przez las
I spieszy się, spieszy, by zdążyć na czas,
Do taktu turkoce i puka, i stuka to:
Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to,
Gładko tak, lekko tak toczy się w dal,
Jak gdyby to była piłeczka, nie stal,
Nie ciężka maszyna zziajana, zdyszana,
Lecz fraszka, igraszka, zabawka blaszana.

A skądże to, jakże to, czemu tak gna?
A co to to, co to to, kto to tak pcha?
Że pędzi, że wali, że bucha, buch-buch?
To para gorąca wprawiła to w ruch,
To para, co z kotła rurami do tłoków,
A tłoki kołami ruszają z dwóch boków
I gnają, i pchają, i pociąg się toczy,
Bo para te tłoki wciąż tłoczy i tłoczy,,
I koła turkocą, i puka, i stuka to:
Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to!...

...jedna z najciekawszych interpretacji Lokomotywy...

14 kwietnia 2013

"leśne jezioro"


Wybrałem się nad stawy szukając śladów wiosny. Tylko bazie szepcą coś na temat. Przyroda śpi. Za mało ciepła, słońca. Może jeszcze kaczki ożywione latają parami. Za to urząd miasta wziął się za remonty i słusznie - na Niwie będzie MacD. a "moja" aleja do parku zyska nowy kształt (szkoda, że zaczęli od ścięcia tej sosny...).







Z drugiej strony przyrodnicze ożywienie w osobistych lekturach. I to bez planu, tak jakoś wyszło. Najpierw W mojej ojczyźnie Czesława Miłosza wpadło mi do rąk podczas nudy w pracy. Przecież to jeden z ulubionych moich utworów. Nawet trochę go rozumiem, i jednocześnie w bibliotece Dolina Issy, która powaliła mnie opisem rzeki, zarośli, drzew...

W mojej ojczyźnie, do której nie wrócę, 
Jest takie leśne jezioro ogromne, 
Chmury szerokie, rozdarte, cudowne 
Pamiętam, kiedy wzrok za siebie rzucę. 

I płytkich wód szept w jakimś mroku ciemnym, 
I dno, na którym są trawy cierniste, 
Mew czarnych krzyk, zachodów zimnych czerwień, 
Cyranek świsty w górze porywiste. 

Śpi w niebie moim to jezioro cierni. 
Pochylam się i widzę tam na dnie 
Blask mego życia. I to, co straszy mnie,
Jest tam, nim śmierć mój kształt na wieki spełni.


11 kwietnia 2013

"pół wiosny widzę w tym roku"

Poniższa "Zielona Gęś" znajduje się na pierwszym miejscu w zbiorze "najmniejszego teatru świata" Wydawnictwa ISKRY - 2009, s. 5n - z posłowiem Córki Poety, kontynuatorki i ulepszycielki "Gęsi". (Dzięki Ci Żono za superprezent, kochanego Gałczyńskiego!). Dyrektor Konstanty objął ów teatr w 1946 roku "na deskach" ostatniej strony popularnego tygodnika "Przekrój". To chyba pierwsza sztuka... Jakże aktualna, bo i wiosna i krew i płacz i oczekiwanie nasze polskie na białego konia z generałem (przecież nie Jaruzelskim) i drogie jajka i wybite lewe oko (utyka "lewa noga" Wałęsy?) i narodowa nuda i Smoleńsk nawet.


Teatrzyk ZIELONA GĘŚ
ma zaszczyt przedstawić

Potwornego wujaszka


Występują:
POTWORNY WUJASZEK
NIESZCZĘŚLIWA CIOCIA
GENERAŁ MŚCISŁAW


POTWORNY WUJASZEK:
(ocieka krwią)

NIESZCZĘŚLIWA CIOCIA:
Cóż to za nowy kawał, Alojzy?

POTWORNY WUJASZEK:
Zamordowałem baronową.

NIESZCZĘŚLIWA CIOCIA
(głucho):
To już szósta zbrodnia w tym tygodniu. Alojzy, co się z tobą stało?

POTWORNY WUJASZEK:
Nuda. Nudzę się.

NIESZCZĘŚLIWA CIOCIA:
Nudzisz się? Och, jaka to szkoda, że jestem sparaliżowana, bo uplotłabym sobie wianek z narcyzów i w tym wianku zatańczyłabym ci taniec Mórz Południowych. Pamiętasz, jak w Mszalnej Dolnej...

POTWORNY WUJASZEK:
Gdzie jest nasz kotek?

NIESZCZĘŚLIWA CIOCIA:
Wyszedł na dach.

POTWORNY WUJASZEK:
Szkoda, bo chciałem go udusić. Dusić. Dusić. Nuda.

NIESZCZĘŚLIWA CIOCIA:
Och, uduś mnie, nieszczęsny. Przecież i tak nie dla mnie radość życia, skoro lewe oko mam wybite przez ciebie i tylko pół wiosny widzę w tym roku.

POTWORNY WUJASZEK:
Wiosna? Wiosna będzie wtedy, jak wróci generał.

NIESZCZĘŚLIWA CIOCIA:
Czy wróci?

POTWORNY WUJASZEK:
Wróci z bronią w ręku. Na białym koniu. I wszystkie dzwony uderzą. I nie będzie nudy, tylko konstrukcja i wielki, natchniony płacz odrodzenia. Jajka stanieją. Ja zostanę wojewodą smoleńskim. "God save general".

GENERAŁ:
(nie wraca)

POTWORNY WUJASZEK:
(dusi kotka)

Kurtyna

Wiooo! Wiosna!

Tak, fakty - jak sądzę - nie dadzą się zaspanej zimie podważyć. Nie, żebym miał coś przeciw bieli, miłemu porannemu chłodowi oraz ducha bogu winnemu puchowemu (ze śnieżynek znaczy się) zajączkowi wielkanocnemu. Zimo wróć, ale po jesieni, może w grudniu, co? A teraz wiosna. dołączam własnoręczne foto sprzed przedszkola dziś rano 11. już kwietnia o 8:15.

Oj wyłażą spod ziemi łaknącej słońca i ciepła krokusy te, liżą promyczki a liżę ich miłe płatki oczami swymi uradowanymi innym zestawem barw niż odcienie białoszarości. Kocham tę zieleń! I nawet fiolet. Otwieram okno (zaschnięte gumy-uszczelki strzelają słodko wreszcie odrywając się od ramy) i wdycham i wpuszczam powietrze i jeszcze. "Będzie się działo" mówię bez zająknięcia sobie i światu.

27 marca 2013

"Niebo jak..."

Kiedy za oknem aura każe lepić, z śniegu oczywiście, wielkanocnego zajączka a zamiecie i zawieje mrożą, co popadnie oraz co wychyli zielony łebek nad twardą ziemię, tęsknię sobie. A za czym? Za letnią burzą, za ciepłem i słońcem, za Herkulesem na mlecznym nocnym niebie. Tak mnie ten Leopold Staff zauroczył:


Marzenie

Niebo jak głowa Meduzy
Tysiącem złotych żmij się rozstrzela.
Piorun się rozsypie w gruzy
I deszczu srebrna brzmi kapela.

Grom każdy będzie zapisany
I kropli najdrobniejszy szelest.
Zagram to na dwa fortepiany
I sto pięćdziesiąt celest.


(z tomu Wiklina, 1954)

13 marca 2013

"Dreszcz wiosny"

Sanki schowałem 2. marca, a tu ranek w śniegu. Dreszcz mną wstrząsnął. Z resztą gardło zajęte. Ale wiosna blisko. Czuję to, bo lubię zmiany pór roku, ich przedśpiew, zapowiedzi, rozwój, ustawanie, ślady w całym roku. Staff mi tu pasuje, choć we mnie ani "wołu", ani "słodycze".


Przedwiośnie

Dreszcz wiosny. Wierzba puszcza już kosmate bazie,
Woń ostra i upojna tchnie z brunatnej skiby,
Pachnąc niby pot pracy i wilgotne grzyby.
Ciepłe, deszczowe niebo śpi na krajobrazie.

Czarna ziemia oddycha głęboko jak gdyby
Wyzwolona po długim, surowym zakazie.
Miękka i czuła tkliwość, podobna zarazie,
Wnika z powietrza w ludzkie serca i sadyby.

O dobre, pobłażliwe, zacne oczy wołu!
Serce chore słodyczą ziemskiego żywiołu
Taje wzruszeniem, które oddech w piersi niemi.

I nigdy mi nie było tak mało potrzeba
Do szczęścia, jak, gdy czując na czole łzy nieba,
Położyłem na sercu swym garść chłodnej ziemi.

Leopold Staff

26 lutego 2013

W podróży...

Całkiem udana idea: w podróży czytaj... Herberta. Właściwie chodzi o kolejne podejście do tematu CZYTANIA. Ale najpierw kilka słów o podróży. Codziennie prawie jadę do/z pracy w autobusie. Co ludzie tam robią? ŚPIĄ - to jest podstawowa odpowiedź. Walka ze snem (dziś znów przegrałem) jest nierówna, bo silnik miło buczy; bo ten sam polski krajobraz nie skłania zbytnio do filozofii; bo trzęsie i lepiej się zapaść w fotelu; bo obok sąsiad słodko drzemie, a ja mam...; bo czuję w plecach zapach tytoniowo-piwny, więc...; bo nad głową nierzadko ryczy rmf. Mimo tylu argumentów dziś jednak czytałem. Jeden akt Iwony Gombrowicza. Musiałem się gryźć po ustach, żeby nie wybuchnąć śmiechem. W końcu padłem, ale było warto. Czyli, żeby nie spać musi być INTERESUJĄCA MOTYWACJA. Nie tyle - sądzę - czytać w podróży, ale coś ciekawego czytać w podróży. Zastanawiam się teraz jak udało się mi i  koledze z pracy od czerwca do stycznia tego roku prawie codziennie przed/po zmianie grać w autobusie w szachy. (Na telefonie (MobiChess w trybie hot seat). Setki partii, nawet po "nockach", wiele rozłożoych na kilka dni. Niezapomniane chwile).