13 marca 2013

"Dreszcz wiosny"

Sanki schowałem 2. marca, a tu ranek w śniegu. Dreszcz mną wstrząsnął. Z resztą gardło zajęte. Ale wiosna blisko. Czuję to, bo lubię zmiany pór roku, ich przedśpiew, zapowiedzi, rozwój, ustawanie, ślady w całym roku. Staff mi tu pasuje, choć we mnie ani "wołu", ani "słodycze".


Przedwiośnie

Dreszcz wiosny. Wierzba puszcza już kosmate bazie,
Woń ostra i upojna tchnie z brunatnej skiby,
Pachnąc niby pot pracy i wilgotne grzyby.
Ciepłe, deszczowe niebo śpi na krajobrazie.

Czarna ziemia oddycha głęboko jak gdyby
Wyzwolona po długim, surowym zakazie.
Miękka i czuła tkliwość, podobna zarazie,
Wnika z powietrza w ludzkie serca i sadyby.

O dobre, pobłażliwe, zacne oczy wołu!
Serce chore słodyczą ziemskiego żywiołu
Taje wzruszeniem, które oddech w piersi niemi.

I nigdy mi nie było tak mało potrzeba
Do szczęścia, jak, gdy czując na czole łzy nieba,
Położyłem na sercu swym garść chłodnej ziemi.

Leopold Staff

26 lutego 2013

W podróży...

Całkiem udana idea: w podróży czytaj... Herberta. Właściwie chodzi o kolejne podejście do tematu CZYTANIA. Ale najpierw kilka słów o podróży. Codziennie prawie jadę do/z pracy w autobusie. Co ludzie tam robią? ŚPIĄ - to jest podstawowa odpowiedź. Walka ze snem (dziś znów przegrałem) jest nierówna, bo silnik miło buczy; bo ten sam polski krajobraz nie skłania zbytnio do filozofii; bo trzęsie i lepiej się zapaść w fotelu; bo obok sąsiad słodko drzemie, a ja mam...; bo czuję w plecach zapach tytoniowo-piwny, więc...; bo nad głową nierzadko ryczy rmf. Mimo tylu argumentów dziś jednak czytałem. Jeden akt Iwony Gombrowicza. Musiałem się gryźć po ustach, żeby nie wybuchnąć śmiechem. W końcu padłem, ale było warto. Czyli, żeby nie spać musi być INTERESUJĄCA MOTYWACJA. Nie tyle - sądzę - czytać w podróży, ale coś ciekawego czytać w podróży. Zastanawiam się teraz jak udało się mi i  koledze z pracy od czerwca do stycznia tego roku prawie codziennie przed/po zmianie grać w autobusie w szachy. (Na telefonie (MobiChess w trybie hot seat). Setki partii, nawet po "nockach", wiele rozłożoych na kilka dni. Niezapomniane chwile).

16 lutego 2013

Prośba


Mój syn wstając rano zadał mi leżąc w łóżku pytanie: Tato, gdzie jest twoje szczęśliwe miejsce? Myślałem sobie - co jest? śniło mu się coś albo w przedszkolu jakiś temat? - czyli jak głupi dorosły, czyli zamknięty na inny świat dziecka, albo w ogóle na nieskrepowaną twórczą wyobraźnię. Zaczęliśmy więc rozmowę. Wnioski są następujące: szczęśliwe miejsce wiąże się z radością, z beztroską, z przyjemnością, z podróżami, z byciem razem. Przepis na szczęście? - pomyślałem i konkretnie docisłem małego filozofa: gdzie to jest? Odpowiedź nieco mnie zaskoczyła, choć wydaje się szczera i sensowna (wyjąwszy aspekt reklamowy): W Makdonaldzie. No i się wyjaśniło. W sumie zgadzam się z synem poza kwestią jedzeniową, bo wolę inne "miejsca szczęśliwego podniebienia", ale niech będzie Wojtek - jak mawia moja mama. W końcu mamy już dość zimy i chciałoby się wyrwać do grodu Kraka według naszego zwyczaju. Nie ukrywam, że Gaffczyński od razu mnie inspirował, stąd wspaniały wiersz jak ulał:

Prośba o wyspy szczęśliwe

A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj,
ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp, otumań,
we śnie na wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu.

Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,
rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć zielonych,
dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,
myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością.

Konstanty Ildefons Gałczyński
1930

7 lutego 2013

Trzy sceny z życia


Osoby:
Para (w średnim wieku)
Bibliotekarka (dziecięca)
Podmiot
Pani (starsza)

Inne osoby:
Rozbójnik Hotzenplotz
Tristan i Izolda
Pan Tadeusz
Bracia Karamazow
Figaro
Iwona, księżniczka Burgunda
Władca Pierścieni
Anielka i Antek

Czas i miejsce akcji
Biblioteka miejska, początek XXI wieku

Prolog

Są jak ludzie. Mają ciało i wewnętrzny świat. Kocham ich zapach. Głaszczę je, pocieram o policzek – kiedy nikt nie patrzy. Potem czytam. Bywa, że nie rozumiemy się od pierwszego akapitu. Albo wracamy do siebie bez końca. W zasadzie ich nie zbieram, nie kolekcjonuję. Pozwalam zaledwie pomieszkać.

Scena I
Pierwsze piętro

Bibliotekarka i Podmiot   (rozmawiają o Rozbójniku Hotzenplotzu i rewelacyjnym pisarzu dla dzieci Otfriedzie Preusslerze)
Para
(podchodzi do rozmawiających, przerywa nieco niegrzecznie wtrącając pytanie do Bibliotekarki)
Czy jest tu Tristan i Izolda?
Bibliotekarka
(z poważną jeszcze miną)
Nie ma, są na drugim piętrze.
Para   (odchodzi szybko acz z godnością)
Podmiot (z poważną miną)
Tam ich nie zastaną.

Scena II
Drugie piętro

Podmiot (do siebie chodząc między regałami)
Nie szukam tu Pana Tadeusza – to na pierwszym piętrze, bo podobno dla młodzieży. Chyba, że Tadeusza Różewicza, ale Jego też nie szukam. Nie zgubił się. Pod „S” miały być Sebalda „Pierścienie Saturna”. Próżno. Raczej znalazłbym Saurona, lecz to też piętro niżej. Aaa! Bracia Karamazow – wreszcie ich doczytam. Co? „Bracia Karamazow II”, a gdzie pierwszy brat? Mam dość. To dramatyczne. Figaro na Weselu uczy Iwonę Tanga. To nie Pułapka.
(uśmiecha się, schodzi na parter mijając tych od Tristana i Izoldy)

Scena III
Parter

Podmiot
(do siebie przed regałem Bookcrossing)
O, Anielka… jaka żółta. Zestarzała się. Zaraz widzę ją z Rozalką od Antka na 3 zdrowaśki.
(otwiera i czyta)
1965. Faktycznie stare. Pieczątka biblioteki zakładowej kopalni Brzeszcze. Pachnie bosko. Normalnie „żółty kruk”.
Pani
(lekko niechcący trącając Podmiot kładzie niewielką na półkę)
Dobra fantastyka!
Podmiot (nie odrywając oczu od Anielki)
Taak…
Pani
Wolę tu zostawić, bo córka – jak umrę – wszystko wyrzuci na śmietnik. Niech ktoś przeczyta.
Podmiot
(bez słowa odkłada smutny Anielkę
oboje wychodzą)

Epilog

Nie mam pojęcia z kim / z czym spotykam się podczas lektury. Czy to:
  • Osoba autora tekstu,
  • Osoba i dzieło rysownika,
  • Myśl zapisana autora w tekście,
  • Forma zewnętrzna: okładka, rodzaj czcionki, fotografie, faktura papieru, kolorystyka, dodatki…,
  • Własne myśli podczas czytania,
  • Całość jako przedmiot podpisany, zwarty, historyczny, z rokiem i miejscem wydania-druku, noszący ślady zakupu, prezentu, kradzieży (z biblioteki), używania, kolisty odcisk herbaty, transportu, ważne zagięcia, dopiski na marginesach, wetknięte kartki, zasuszone kwiaty…?
Jest wymagająca, żąda skupienia i czasu, opanowania ruchów gałek ocznych, rąk i kręgosłupa. Oferuje uśmiech, mądrość rozrywkę, wiedzę, łzę albo zwykłą obecność – jak ktoś z imieniem, twarzą, uczuciami.
Ostatecznie może służyć jako podkład głośnika. Tę funkcję spełnia mój „Lenin”: Włodzimierz Lenin, „Dzieła wszystkie tom 42”, Warszawa 1988, s. 584, cena 200 zł, z dopiskiem od ofiarodawczyń: „Poradnik zdrowego mężczyzny, dzień chłopca, 28 IX 1990 r.”.
(Koniec)

6 lutego 2013

Nie lecę na Księżyc

Niestety.
Bo są takie dni - wczoraj na przykład - kiedy bardzo bym chciał. Choć na godzinę.
Dlaczego?
Oto zalety księżycowania: cisza, brak ludzi, ciemniej niż tu, brak betonu i internetu, nie dochodzą informacje ziemskie a zwłaszcza polityka, brak ludzi (powtarzam się, wiem), żadnych zajęć (w tym pracy pracy i jeszcze raz).
Słyszałem kiedyś o pomyśle wystrzelenia tam swych dzieci w tzw. trudne dni rodzinne. To zły pomysł. Trzeba samemu się wystrzelić. Ale się nie da. A wycieczki cywilów na Srebrny Glob strasznie drogie i kolejki dłuższe niż w PRl-u.
Najbardziej atrakcyjna perspektywa księżycowa polega na możliwości niesłuchania ludzkiej głupoty. Boszsz! Wczoraj właśnie musiałem tej głupoty sporo wysłuchać. O dziwo, moja żona też podobnie. Nie musielibyśmy znosić ludzkiej tępoty, tupetu, wmawiania, pseudomądrości na każdy chyba temat, własnego (to jedyna cecha sensowana) zdania na każdy chyba temat, "dobrych rad" lub zwykłego czczego gadania.
Chcę na Księżyc. Już!
Na razie jednak musi wystarczyć prysznic, kolacja i przytulny sen u boku żony. Ona też o tym marzy.

2 lutego 2013

Dziwne, że nieswojo

Temat na mnie czekał. Od dawna z nim chodziłem po (już) moim Oświęcimiu. Często zastanawiałem się nad sąsiedztwem Muzeum Auschwitz. Kiedy w styczniu tego roku widziałem w TV nowy dokument o potomkach hitlerowskich oprawców (Hoess, Himmler...) otrzymałem zastrzyk energii. Wnuczek pierwszego komendanta Obozu śmierci był tu niedawno. Odwiedził willę, gdzie mieszkał jego niesławny dziadek, a ojciec bawił się pod (dobrze zbudowanym maskującym) murem... Ktoś wspomniał historię, że jego babcia pouczała o konieczności dobrego mycia truskawek, bo są całe pokryte prochem. Zmiękłem.
Temat na konkurs był dla mnie tylko pretekstem. Oczywiście zdążyłem ostatniego dnia. Pojechałem do Muzeum oddać pracę. Przecież nie wyślę jej pocztą. To za Sołą. Wchodzę - pokonawszy w ten piękny dzień odwilży błota i wodę na chodnikach - do budynku informacji itp. Chciałem tylko zostawić teczkę. Dzwonią. "Proszę do bloku nr 12" - słyszę. Zmiękłem. Chciałem protestować, że niby to tylko papier, więc zostawię i już. Trzeba samemu, za duży tu rozgardiasz mimo niedużej liczby wycieczek. Portier, bramka i... "Arbeit macht frei". Znam to na pamięć. Mijam Azjatów. Grzęznę w błocie. Nieswojo, a przecież u siebie, w Oświęcimiu. Nie, ta część ziemi nie należy do miasta. Jest specjalna. Należy do wszystkich, do ludzi dobrej i złej woli. Nieswojo. Oddałem pracę. Wracam obok Ściany śmierci. A tam żywej duszy. Ale czuję tych dusz wiele rzędów. Stoję chwilę sam. Muszę wracać. Chyłkiem, bokiem, z podkulonym ogonem. A taki byłem pewniak.

1 stycznia 2013

Moja "Lalka" i deser chrzanowski


1. Na pierwsze danie polecam ciekawy wywiad z Gazety wyborczej "100 lat temu umarł Bolesław Prus. Kogo to obchodzi?" Marka Górlikowskiego (01.01.2013) z prof. dr. hab. Józef Bachórz, historykiem literatury. Oto fragment:

"Czy ludzie tak czekali na kolejne odcinki Lalki, które ukazywały się w "Kurierze Codziennym" od 1887 do 1889, jak dziś czeka się na odcinki seriali telewizyjnych?
- Czekali, lubili tę powieść, ale nie była to miłość siarczysta. Lalka ukazywała w gazecie popularnej i opisywała życie warszawskie w miejscach w Warszawie znane czytelnikom. W tym czasie Warszawa bardziej egzaltowała się odcinkami Trylogii Sienkiewicza, który mówił o historiach wzniosłych i wielkich bohaterach pozytywnych dla "pokrzepienia serc". Prus unikał idealizacji - każdej jego postaci można coś zarzucić i każda czymś mogła irytować.

Gdyby więc stworzyć listę przebojów czytelniczych, Prus zawsze był na drugim miejscu po Sienkiewiczu?
- Nie na drugim. Na drugim miejscu zazwyczaj była Eliza Orzeszkowa, Prus był na trzecim, a za życia Kraszewskiego pewno i na czwartym. To dzisiaj coraz bardziej przyrasta wymiar Prusa. Jak na schyłek XIX wieku był to pisarz dziwny. Taki, który się nie nastawiał - wbrew spodziewaniu znacznej części publiczności - na wyszukiwanie sytuacji porywających. Żadnego tam szumu sztandarów narodowych, żadnego frazesu patriotycznego. Należał do tych pisarzy, którzy - jak niejeden jego plebejski czytelnik - z rzadka deklinowali słowa "Polska" czy "Polacy". Byłby się cieszył, gdyby dożył Księgi ubogich (1916) Kasprowicza i przeczytał wiersz zaczynający się słowami "Rzadko na jego wargach...". Przekonywał swoich czytelników - niejednego może i drażniąc - że "Niemcy są też ludźmi". Te Mickiewiczowskie słowa przypomni w Lalceranny Austriak Rzeckiemu, gdy ten w tumulcie "generalnej" bitwy na Węgrzech niechcący upadł na niego, leżącego we krwi. Pamiętam gorzkie słowa Prusa w którejś z Kronik w czasie głodu na Śląsku, gdy w Warszawie ogłoszono zbiórkę pieniędzy dla głodujących Polaków na Śląsku (bo pisma niemieckie robią zbiórkę dla głodujących Niemców), że jeżeli mamy selekcjonować głodnych wedle narodowości, tośmy się bardziej zgermanizowali niż sądzimy. Sprzeciwiał się rusofobii, że wielu z nich to ludzie szlachetni, a rosyjski generał Sokrat Starynkiewicz jako prezydent Warszawy jest godzien najwyższego szacunku. Nieustannie przypominał, że "dobrym obywatelem, przypuśćmy u nas, może być nie tylko człowiek urodzony w tym kraju, ale Anglik, Francuz, Niemiec, Włoch, byle - pracą swoją oddawał rzeczywiste usługi społeczeństwu" (to słowa z roku 1890). Dobrymi obywatelami w Lalce są Minclowie, przybysze z Niemiec, i dobrymi obywatelami są Żydzi. Uważał, że od naszego antysemityzmu niektórzy z nich się psują - jak Henryk Szlangbaum - ale wiedział, że od antysemityzmu nie tylko my się psujemy, ale i Żydzi się psują.

O czym więc jest najsławniejsza powieść Prusa?
- Nie był nieomylny, ale nie mylił się, gdy w Lalce pokazywał naszą dramatyczną słabość, którą nazywał "społecznym rozkładem". W jednym z autokomentarzy do Lalki pisał: "Rozkładem jest to, że ludzie dobrzy marnują się lub uciekają, a łotrom dzieje się dobrze. [...] Że ludzie niepospolici rozbijają się o tysiące przeszkód (Wokulski), że uczciwi nie mają energii (książę), że człowieka czynu gnębi powszechna nieufność i podejrzenia itd.". Jego opinia o naszym społeczeństwie w Lalce brzmi jak niegdysiejsza gorycz Mickiewicza w wierszu zwanym Epilogiem do Pana Tadeusza na "potępieńcze swary" naszych emigrantów po 1831 roku, którzy "utraciwszy rozum w mękach długi / Plwają na siebie i żrą jedni drugich". "Społeczny rozkład" w Lalce to atmosfera zatruta, w której dewocji więcej niż religijności, a martyrologicznej bezradności więcej niż nadziei. Gorzka to powieść przeciwko naszemu nadmiarowi patosu i nadęcia przy braku konstruktywnej perspektywy jutra. I przeciwko takiemu patriotyzmowi, który przedkłada bohaterską śmierć na polu bitwy nad pracę cywilizacyjną i sztukę współżycia społecznego.

Czyżby diagnozy Prusa w Lalce miały aż tyle aktualności? Czyżby od czasów Lalki niewiele się zmieniło?
- Zjawiska, które analizował Prus, historycy nazywają zjawiskami długiego trwania. Powtórzę, że Prus nie był nieomylny, był jednak mędrcem, którego spostrzeżeń warto posłuchać także w naszym dzisiejszym długim trwaniu."

2. Na drugie danie miły szachowy kąsek z pobliskiego Chrzanowa: wywiad z szachowym mistrzem Jackiem Bielczykiem w portalu Ziemi Chrzanowskiej przełom.pl "Nie każdy musi być Kasparowem" - zwłaszcza dziś po rozmowie dokładnie na ten temat... Ale na początek roku narzekać nie będę, przynajmniej nie teraz.

31 grudnia 2012

Nie wierzę


Jaki piękny wiosenny dzień dziś mamy ostatniego dnia roku 2012! Historia z sankami syna powtarza się: początek sezonu śnieżnego owszem - grudzień 2012, potem długo nic (czyli rzeczona wiosna z przebłyskami zimna), jakieś przebłyski końcem stycznia i w lutym sanki do piwnicy. Oby nie! Ale ta wiosna sylwestrowa… Szkoda jej. Ale wracam do tematu, który nie zacząłem.

Chcę zdecydowanie (może nawet bardziej jeszcze – co de facto oznaczać może niezdecydowanie lub nawet wahanie czy niepewność… ale dajmy spokój) wyznać tu wszem i wobec - czyli w zasadzie sobie samemu – że:
  • nie wierzę w żadną magię końca roku,
  • nie wierzę w żadną magię świąt jakichkolwiek,
  • nie wierzę w żadną magię rocznic okrągłych lub niby-przypadkowo dziś następujących,
  • nie  wierzę w żadną magię „atmosfery” jakichś okresów szczególnych,
  • nie wierzę w żadną magię … (wpisz dowolne).
Dlaczego? To mój sprawa. Dlaczego? Mam prawo nie wierzyć. Dlaczego? Bez jaj: żadnych mi tutaj kaizenów i Toyodów nie będzie. Odpowiem: bo nie! Wiara czy niewiara to moja sprawa: prywatna, własna, osobista. Nawet ponoć w kościele mówi się credo a nie credimus, nie? Chociaż coś dopowiedzieć trzeba. Bo niby nie wierzę, ale:
  • na koniec roku sprzątałem dziś ostrzej nieco – bo mama mówiła, żeby na stary rok kurze z kątów wynieść, bo cały rok będą się walały,
  • święta miła rzecz, razem raźniej w rodzinie mimo wszystko i choinka świeci nieźle na spółkę z kolorowymi jajkami wiosną,
  • rocznice warto mieć pod ręką, miło innym będzie, gdy pamiętam, a też okazja jest żeby coś sobie przypomnieć, odświeżyć etc.,
  • brak dowodów na tę „atmosferę” a jest, czuję ją, wisi zwłaszcza między ludźmi niezależnie od przekonań,
  • ale w żadną magię nie wierzę i kropka.

Aż chce się dodać Koniec i bomba, a kto czytał…, ten niech sobie a muzom czyta cytaty Tacyta. No wiem, że nie jestem mistrzem dobrego smaku, lecz pisząc sine ira et studio te prawdziwe  pseudogłupoty liczę na prześladowania dla prestiżu, a może tylko poznaję siebie? A jednak …ten trąba!

23 grudnia 2012

Za pasem święta

Żona wysłała mnie po kolczyki "takie wkręcane" dla mojej siostrzenicy-dziewięciolatki do "tego jubilera na dole". Poszedłem więc, w sumie ochoczo, w dzikim tłumie przyszłych zakupoholików polujących nie tylko na świąteczne promocje, lecz prawie na cokolwiek jadalnego i dobrze leżącego pod choinką. Wchodzę, szukam czegoś "do 25 zł". Widzę za 65 albo wykwintne. Myślę zapytam właściciela za kasą. Naraz słyszę jego przymilny wysoki (oj chyba powinien być niski "budyniowy" - określenie K. Vargi z "Trocin") głos z wyuczonym jak zawsze szczerym uśmiechem na okrągłej buzi wobec klientek: "Życzę wesołych świąt, pozytywnie zakręconych". Ależ mnie zakręciło! Zakręciłem się na pięcie i w nogi! Byle dalej od tego sklepu! Uciekaj kto może! Poszedłem więc do znanej mi "jubilerki" ulicę dalej i kupiłem, co chciałem. Wolałbym odwlec te święta o tydzień. Nie da się, wiem. Syn chory, ja ledwo powłóczę nogami, żona wykończona w "odzieżowym po chińsku". Zamiast ukochanych pociągów widzę w rozkładzie rozkład PKP, czyli jakieś (pewnie czystsze i szybsze i komfortowniejsze:) autobusy. A firma-chlebodawca mój... aaa też w rozkładzie co słyszę w każdej telewizji. Czyli niebosko jest mi na świecie. Ale nie narzekam. Nie panikuję. Nie depresjonuję się - to znaczy - nie zapadam się w smutku. W sumie lodówka pełna, aż dziw bierze, sałatka świąteczna jest, karp świeży leży... czego i tobie kimkolwiek jesteś życzę na dłużej.

6 grudnia 2012

Nic nie wiem

Tak, Sokratejskie scio me nihil scire pasuje teraz do mojej lektury. Postanowiłem zająć się wreszcie kwestią Auschwitz. Nie chodzi nawet o miejsce zamieszkania: Oświęcim. O wiele bardziej o jakąś przeczuwalną lukę w mojej głowie. Bo niby wiem, niby rozumiem, niby potrafię to i owo opowiedzieć o tym hitlerowskim Obozie Zagłady. Choć nie znam wielu (wielu...) dat i szczegółów wydaje mi się, że poziom utrzymuję. Nie! To tylko przeczucia. Tylko gdybanie. Poziom raczej wulgarnie nieprzystający do tzw. faktów z historii, socjologii, medycyny, etyki. Nie przesadzam. To co wiem, czy raczej przeczuwam, to ogólniki gdzieś usłyszane, zbyt szybko przebiegnięte oczami, które nie szukały... człowieka z Auschwitz.


Właściwie, ze wstydem to piszę, pierwszy raz "usiadłem" poważniej nad sprawą tego Obozu. Oczywiście duże litery przez wzgląd na często bezimiennych (choć ponumerowanych rzetelnie!) ludzi, którzy tam - tu! - zginęli. Antoni Kępiński mnie powalił. "Rytm życia" - liczyłem na ogólne rozważania, a tu psychiatria. Wspaniała erudycja, głębia, ostrość spojrzenia, wielka wiara w człowieka i zarazem realizm (nie socjalistyczny) humanistyczny. Ech! Żałuję, że nie mogłem go posłuchać na uczelni. Primo Levi wpadł mi w oko wcześniej, ale musiał czekać. Wiedziałem, że jest w mojej bibliotece: szukając czegoś innego natknąłem się na starą zaczytaną cienką książkę i jest! Wiedziałem, że zniszczone pozycje są raczej świetne w odróżnieniu od starych i nienaruszonych np.: "Marksizm i procesy rozwoju społecznego". Levi pisze pokornie i prosto. To jego świadectwo poobozowe o Auschwitz przeżytym na własnej skórze. W tytule "Czy to jest człowiek" (jednak bez pytajnika) zawiera się kwestia najważniejsza. Złe słowo "kwestia" - zbyt naukowe chłodne. Chodzi mi o konkretną osobę, ale bez wskazywania palcem. Przede mną kosmos w kilkudziesięciu kilogramach, świat niewyrażony niewyrażalny.  "Cóż za monstrum jest tedy człowiek? - pisze Pascal - Cóż za osobliwość, co za potwór, co za chaos, co za zbieg sprzeczności, co za dziw! Sędzia wszechrzeczy, bezrozumny robak ziemny; skarbnik prawdy, zlew niepewności i błędu; chluba i zakała wszechświata (Myśli 859). 

Czy to jest człowiek

Wy, którzy żyjecie bezpiecznie 
W waszych ciepłych domach, 
Wy, którzy wracając wieczór 
Zastajecie ciepły posiłek i przyjazne twarze; 

Zastanówcie się, czy jest człowiekiem 
Ten, co pracuje w błocie, 
Co nie zna spokoju, 
Co walczy o połówkę chleba, 
Co umiera bez żadnego powodu. 
Zastanówcie się, czy to jest kobieta 
Bez włosów i bez nazwiska, 
Z pustką w oczach i wyschłym łonem, 
Jak zimowa żaba, 
I nie ma już siły, by pamiętać. 

Pomyślcie, że tak było: 
Przekazuję wam te słowa. 
Wyryjcie je w swoim sercu, 
Siedząc w domu, idąc ulicą, 
Kładąc się spać i wstając; 
Powtórzcie je waszym dzieciom 

Albo niech się zawali wasz dom, 
Niech was porazi choroba, 
Wasze potomstwo niech odwróci od was twarz.

(Primo Levi)

Wydaje mi się, a raczej już jestem pewien, że po zamknięciu ostatniej kartki poczuję głód, będę chciał jeszcze. Może w nieskończoność.