24 stycznia 2011

Pieniądze - proszę o cierpliwość do końca tekstu...

GW DF ! Warto poczytać (do końca), pomyśleć i wziąć się za własne pieniądze :)

Budżecik domowy

...
Wojciech Staszewski 2011-01-23,
Pieniądze to większe tabu niż seks. Łatwiej pójść ze sobą do łóżka niż do banku
Panie marszałku, czego świat wielkich finansów mógłby nauczyć ludzi układających budżety domowe? - pytam Marka Borowskiego, posła, niegdyś marszałka Sejmu, wicepremiera i ministra finansów.

- Ci, którzy mają mało pieniędzy, wiedzą, jak oszczędzać. A ci, którzy mają więcej, nie powinni udzielać im rad.

- Ale pytam nie o oszczędzanie, tylko o to, jak tworzyć budżet rodzinny. Lepsze są dwa osobne konta czy jedno wspólne?

- Jeżeli ma to być wspólne gospodarowanie, to lepiej z jednej kupki. Chociaż ja pokrywam wydatki stałe, a resztę pieniędzy oddaję żonie. A jak potrzebuję na coś, to mówię i dostaję.

- Żona jest w pana domu ministrem finansów?

- Na pewno. Prezesa NBP nie mamy, zamiast niego jest dwuosobowa Rada Polityki Pieniężnej wybrana na nieokreśloną kadencję, która planuje inwestycje długofalowe. I jeszcze premier, który określa bieżące kierunki.

- Kto jest u państwa premierem?

- Wymiennie. Jak trzeba kupić odkurzacz albo żelazko i znaleźć odpowiednią proporcję między ceną i jakością, to ja. A w kwestiach obuwia, ubrania decyduje żona.

- O pańskich ubraniach też?

- Zwłaszcza o moich. Inaczej nie wyglądałbym dobrze. Premier powinien być kolegialny. A kto będzie ministrem finansów na bieżąco administrującym kasą, to sprawa drugorzędna.

Ewa: Chciałam pralkę, a on nie

Ewa (40 lat, miesięczny budżet ok. 3 tys. zł) miała z mężem wspólne konto. W cudownych dla biznesu latach 90. założyli spółkę w branży ogrodniczej (w 80 proc. należała do niej). - Kiedy zdobywaliśmy miejsce na rynku, mieliśmy wspólny cel. Kiedy z firmy zaczęły płynąć pieniądze, zaczęły się problemy.

On miał pensję 15 tys. zł, ona comiesięczny odpis też 15 tys. - Ja utrzymywałam rodzinę, inwestowałam w drugi zakład, wybudowałam dom. A on? Jak zobaczyłam wrzucone w koszty reprezentacyjne firmy faktury ze sklepów z damską bielizną, to wiedziałam, na co wydaje - opowiada Ewa. - Starał się tak dowartościować. Bo ja byłam młodsza, z pomysłami, szefowa w firmie, nie mógł tego znieść.

Kiedy Ewa urodziła dziecko, mąż przelał pieniądze ze wspólnego konta na swoje. - Musiałam prosić o pieniądze na kosmetyki. Chciałam płaszcz, a on - po jaką cholerę, skoro mam tyle kurtek. Chciałam pralkę, a on, że jego matka czwórkę dzieci wychowała bez pralki.

Wtedy Ewa założyła własne konto. - Każda kobieta powinna mieć swoje konto. Z szacunku dla samej siebie - uważa dziś.

Potem był rozwód, bankructwo firmy, upadek kolejnej. Ewa przeprowadziła się z Mazur do Warszawy. Nie jeździ już autem z salonu, tylko tramwajami, kupuje produkty z niższej półki i denerwują ją dekoracje świąteczne.

Katarzyna: Czasem coś kupię i ukrywam

- Po urodzeniu dzieci pracowałam na pół etatu i czułam się jak nędzarz. Ciuchów prawie nie kupowałam, fryzjer raz na trzy miesiące, książka czy płyta podobnie - opowiada Katarzyna z Torunia (35 lat, budżet rodzinny ok. 10 tys. zł). - Mąż niczego mi nie zabraniał, tylko informował o stanie konta. Raz się pokłóciliśmy, czy kupić pralkę, czy telewizor. Mąż mi potem powiedział: "Albo przestań marudzić, albo zmień pracę". Zmieniłam, on awansował, spłaciliśmy mieszkanie i stanęliśmy na nogi.

Mają jedno konto, nie muszą liczyć każdej złotówki, ale uzgadniają większe wydatki. Czasem mąż mówi Katarzynie, że musi się wstrzymać z ciuchami, bo trzeba pomalować kuchnię albo zapłacić ubezpieczenie za samochód. Z jedzeniem nie szaleją, wakacje tylko w Polsce, zgodnie wydają na dzieci (szkoła społeczna, wycieczki, treningi), Katarzyna na książki, a jej mąż na płyty.

- Czasem coś kupię i ukrywam, bo czuję, że przegięłam. Ale zaraz się przyznaję, bo czuję, że i tak się wyda - przyznaje Katarzyna. - My chyba jesteśmy nudni, za bardzo robimy wszystko razem, nie rozdzielamy "twoje-moje". Nigdy nie miałam poczucia, że wydając na siebie, coś zabieram jemu. Jeśli już - to, że odbieram nam.

Koszyk Katarzyny, czyli jak przeżyć za 11 tys. zł

Katarzyna przesłała mi swój ostatni "wyciąg z konta":

700 zł - czesne za szkołę dwójki dzieci (2 razy 350 zł);

610 zł - czynsz z garażem;

248 zł - energia elektryczna za dwa miesiące;

80 zł - telefon stacjonarny;

100 zł - komórki łącznie;

500 zł - paliwo na dwa samochody;

520 zł - ubezpieczenie za samochód (jakaś rata, nie wiem, chyba za pół roku);

162 zł - ubezpieczenie męża na życie;

900 zł - na jedzenie;

610 zł - ubrania i buty dla całej rodziny;

160 zł - treningi dzieci;

230 zł - książki i płyty;

170 zł - teatr i kino;

6000 zł - przelew na subkonto oszczędnościowe.

Programiści: Proponujemy pięć kont

Katarzynę Ciurzyńską, współwłaścicielkę firmy oferującej m.in. program Domowe-finanse, dziwi, że do dziś jej produkt się sprzedaje: - Częściej kupują go kobiety, ale w tańszej wersji elektronicznej. Przed świętami więcej schodziło wersji pudełkowych. Pewnie mężczyźni kupują kobietom w prezencie pod choinkę.

Program pozwala analizować stałe rachunki, wydatki bieżące pogrupowane np. na odzież, żywność, kosmetyki. - Napisał go mój mąż. Męczyło mnie wpisywanie każdej butelki coli, ale na koniec miesiąca było widać, ile wydaliśmy na używki. Chcieliśmy wtedy zaoszczędzić na wyjazd w góry i udało się.

Na początku w programie można było wprowadzić tylko jedno małżeńskie konto bankowe. - My tak mamy. Ale moich teściów to dziwi, bo oni mają dwa osobne konta. A jak teściowa prosi teścia, żeby ją gdzieś zawiózł, to płaci mu za paliwo. Dla mnie to chore.

Ale w nowej wersji programu można już wprowadzić trzy numery kont, którym dysponuje rodzina. Ciurzyńska: - Dużo? Klienci pytają nas, czy nie możemy tego rozszerzyć do pięciu kont!

Analityk: Bank przypilnuje portfela

- Trzy konta - jedno wspólne i dwa osobne - mają sens - ocenia Michał Sadrak, analityk Open Finance. - Dobrze, jeśli są powiązane, żeby łatwo było przelewać między nimi pieniądze. Ludzie powinni przed ślubem ustalić jasne zasady zarządzania. Często mąż płaci ratę kredytu, bo chce wziąć na siebie większy ciężar, a żona resztę opłat. Odkąd istnieje bankowość internetowa, spadły koszty obsługi budżetu - i finansowe, i emocjonalne, bo nie trzeba już stać w kolejce na poczcie.

Sadrak zaznacza jednak, że poza wielkimi miastami "świadomość ekonomiczna" bywa różna: - Zwłaszcza ludzie starsi nie rozmawiają o pieniądzach. Często nie mają konta, bo mają opór, żeby zanieść pieniądze do banku i "zamienić banknoty na cyferki".

A przyszłość? Sadrak spodziewa się, że planowanie budżetu przejmą za nas banki: - Już dziś są serwisy internetowe, które pozwalają na analizę naszych wydatków. Można je wpisywać "z palca", ale można też podłączyć pod serwis naszą kartę kredytową. Ludzie się tego obawiają, ale znam już jeden bank, który oferuje aplikację zarządzającą budżetem.

Bolesław kontra Magdalena

Dyskusja, czy lepsze wspólne konto, czy dwa osobne, przypomina trochę spór o wyższość świąt wielkanocnych nad Bożym Narodzeniem.

Bolesław z Krakowa (35 lat, budżet rodzinny ponad 7 tys., z lekkim wskazaniem na żonę) pracuje w produkcji filmowej: - W moim małżeństwie jest pełna komuna. Mamy jedno konto. Na początku mieliśmy osobne konta z czasów kawalerskich i panieńskich. Ale potem się przeprowadziliśmy, wzięliśmy kredyt na mieszkanie, trzeba było założyć do tego konto w banku. A jak już to zrobiliśmy, stare konta polikwidowaliśmy. Wszystkie ruchy wymusiło bardziej życie niż jakaś świadoma strategia. Wspólny budżet to fajny sprawdzian kompromisu, kolejne pole budowania relacji.

Magdalena z Warszawy (40 lat, budżet ok. 13 tys. zł), dyrektorka w korporacji: - Mamy rodzinę zrekonstruowaną: my z mężem po rozwodach, każde z nas ma dziecko z pierwszego związku i mamy jeszcze jedno wspólne. Wszyscy mieszkamy razem. Mamy z mężem osobne konta i składamy się na wspólne wydatki. Ty płacisz za wakacje, ja wydatki na miejscu, ty za benzynę do samochodu, ja za ubezpieczenie itp. Na życie składamy się razem do skrzyneczki. Ale nie wyobrażam sobie, żeby nie miała własnych pieniędzy, przyzwyczaiłam się do niezależności. Od podstawówki pracowałam w wakacje, na studiach utrzymywałam się sama. W pierwszym małżeństwie? Mieliśmy wspólne konto, którym bardziej ja zarządzałam. Ale w drugim związku jest inaczej. Liczą się nie tylko porywy serca, ale też koszty i zyski - w każdej sferze, nie tylko emocjonalnej. Koleżanka szuka teraz kogoś na stałe i chce, żeby dobrze zarabiał. Kiedyś pomyślałabym: materialistka. A dziś rozumiem, że chce, żeby mąż zapewnił jej bezpieczeństwo.

Koszyk Bolesława, czyli jak przeżyć za 7 tys. zł

Bolesław dał się namówić na oszacowanie miesięcznego koszyka wydatków swojej trzyosobowej rodziny:

1550 zł - rata kredytu mieszkaniowego (niestety we frankach szwajcarskich - więc ostatnio jest ból);

530 zł - czynsz;

60 zł - prąd (płacimy co dwa miesiące, ale przeliczyłem to na comiesięczne, podobnie jak gaz, wodę, ubezpieczenie samochodu, święta czy wakacje); 80 zł - woda;

30 zł - gaz;

Czyli łącznie mieszkanie (w nowym osiedlu) kosztuje 700 zł plus rata - razem 2250 zł.

Na życie idzie 1,4 tys.:

400 zł - zakupy na bazarku (owoce, warzywa, mięso, wędlina - raz w tygodniu po 100 zł);

600 zł - pozostałe produkty - z Biedronki (po 150 zł raz na tydzień);

400 zł - zakupy doraźne pod domem (np. pieczywo albo garmażerka, jak nie chce nam się robić obiadu);

250 zł - na ubrania, buty;

Na dziecko - około 400 zł (ale trzeba dodać jedzenie i ubrania).

Ściślej: 200 zł - piłka nożna (50 zł opłaty za zajęcia, a reszta to zakup dresów, butów, wpisowe na turnieje, opłata za obozy);

100 zł - obiady;

35 - "wyprawka" do szkoły.

Blisko 500 zł na samochód: 250 zł - benzyna; 170 zł - ubezpieczenie; 60 zł wymiana opon, olej itp.

Około 2 tys. zł wydajemy na tzw. przyjemności:

150 zł - telefony komórkowe;

80 zł - telewizja i internet;

60 zł - filmy z wypożyczalni;

30 zł - prasa;

30 zł - książki, płyty;

120 zł - moje bieganie (ubranie, buty, wyjazdy na maratony, wpisowe, izotoniki);

60 zł - narty (karnety, dokupywanie sprzętu w przeliczeniu na miesiąc);

250 zł - odkładanie na wakacje;

400 zł - wyjazdy do rodziców na drugim końcu Polski;

150 zł - święta (prezenty i zakupy);

120 zł - alkohol; 150 zł - wyjście do restauracji (raz w miesiącu);

300 zł - wyposażenie mieszkania (żona co miesiąc dokupuje jakiś drobiazg, raz tańszy, raz droższy);

Oprócz tego co miesiąc odkładamy 1,4 tys. zł na konto oszczędnościowe. Ale to zależnie od kategorii "nieprzewidziane wydatki". Ostatnio popsuł mi się laptop, a naprawa kosztowała 600 zł.

Ekonomista: Twarda ręka żony albo męża

- Powszechne myślenie, że banknot traci na rzecz plastikowego pieniądza, jest nieprawdziwe. Banknotów jest w obiegu coraz więcej, bo gotówka jest anonimowa - mówi Arkadiusz Słodkowski, rzecznik Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. - Pan myśli, że wszyscy mają konta? W klubie piłkarskim, w którym trenuje moje dziecko, nie możemy się doprosić możliwości wpłacania pieniędzy na konto. Prezes klubu woli gotówkę, bo dzięki temu ma tylko wewnętrzny obrót pieniądza.

- Gotówka wizualizuje stan posiadania - ciągnie Słodkowski. - Ludzie lubią, jak pieniążki szeleszczą. Albo kwestia zdrobnień - jeśli do czegoś się odnosimy z miłością, mamy na to zdrobnienia. Pieniążki, moniaczki, pensyjka. Czy można powiedzieć "budżecik domowy"? Pewnie! Za to od długu nie ma zdrobnień, bo to przykra rzecz, choć druga strona medalu, czyli kredycik, już jest zdrabniana, bo kojarzy nam się z tym, co nam przybywa. Spłacamy go w ratach, a nie w ratkach. Wie pan, skąd się wziął boom kredytowy? Ludzie nie szeleszcząc pieniędzmi, mają zbyt dużą łatwość ich wydawania.

- Przy planowaniu budżetu radziłbym ostrożność. Unikałbym kredytów w walutach obcych, bo wahania kursu mogą spowodować, że rata wzrośnie nagle o 10-20 proc. - mówi prof. Witold Orłowski, ekonomista, doradca premiera. - Jeśli obliczymy, że stać nas na 10 tys. zł kredytu, lepiej weźmy 8 tys.

- A kto w rodzinie ma być ministrem finansów, premierem, szefem NBP?

- Szefa NBP nie ma, bo rodzina nie ma prawa drukowania własnego pieniądza. To parlament rodzinny powinien ustalić ramy budżetowe. A ministrem finansów powinna być w związku ta osoba, która ma twardszą rękę.

Mateusz: Tylko z trzeciego konta

Mateusz (45 lat, budżet rodziny ok. 8 tys. zł) z Gdańska, branża reklamowa: - My mamy trzy konta, każde swoje, a trzecie wspólne. To dla "wygody emocjonalnej".

Magda, żona Mateusza, jest po rozwodzie, mieszkają razem z jej córką z pierwszego małżeństwa. Magda ma jedno konto, na które spływają alimenty i jej nauczycielska pensja. Mateusz córkę z pierwszego małżeństwa, która mieszka z matką - płaci córce alimenty, zabiera na wakacje, kupuje drobiazgi. To wszystko ze swojego konta.

- To komfortowe - tłumaczy Mateusz. - Moja żona ma poczucie, że alimenty od jej pierwszego męża wyda na pewno na potrzeby swojej córki, a nie mojej. A ja - że jak kupuję starszej córce kurtkę na zimę, to nie "zabieram" tej kurtki mojej żonie, bo to z innych pieniędzy.

Oprócz tego mają trzecie, wspólne konto - na jedzenie, benzynę, stałe opłaty. Zrzucają się "proporcjonalnie do zarobków", czyli głównie płaci Mateusz. - Tu pilnujemy rygoru - opowiada. - A ściślej, żona pilnuje, bo ona ma zamówione powiadomienia SMS-em o stanie konta. Jak pod koniec miesiąca zostaje sto złotych, to żywimy się taniej, wyjadamy wszystko z zamrażalnika, z wyjściem do restauracji czekamy do pierwszego. Staramy się nie dopłacać wtedy z własnych pieniędzy, bo one są też po to, żeby coś nam się uzbierało, np. na wakacje.

Feministka: Osobne konta to fatalny pomysł

- Pieniądze są znaczące - to, co się z nimi dzieje, wiele nam mówi o stanie związku - uważa Agnieszka Graff, pisarka i feministka. Przytacza dwa tradycyjne modele: kobiety ubezwłasnowolnionej, która nie zarabia i nie ma dostępu do pieniędzy, bo trzyma je i wydziela na życie wszechwładny mąż, oraz rodziny górniczej, gdzie mąż postrzegany jako niezaradny oddaje wszystkie pieniądze żonie. A co pomiędzy?

- Trzeba rozmawiać - odpowiada Graff. - Pieniądze to tabu większe niż seks. Wstydliwa sprawa, bo negocjowanie postrzega się jako przejaw nieufności. Ludzie wynoszą jakieś modele z domu i to nie podlega debacie. A powinno.

Graff wskazuje kilka etapów w finansowym życiu związku:

- kiedy się jeszcze razem nie mieszka i ma się całkiem odrębne pieniądze, można czerpać emocjonalne profity z tego, że się sobie nawzajem coś stawia, kupuje prezenty, robi niespodzianki;

- kiedy się żyje razem, powstaje mniejsza lub większa wspólnota majątkowa - teraz wydatki na kosmetyki dla żony czy na wiertarkę dla męża powinny być tak samo negocjowalne;

- kiedy ma się małe dzieci i to kobieta najczęściej zawiesza na pewien czas życie zawodowe - teraz ważne, by pensja męża była w pełni wspólna, żeby ona nie musiała prosić go o pieniądze. Bo przecież dziecko jest wspólne. Opieka nad nim musi mieć status równy pracy zarobkowej.

- Pieniądze są tradycyjnie instrumentem męskiej władzy. Przemoc w rodzinie - ta psychiczna i ta fizyczna - często łączy się z pełną kontrolą mężczyzny nad domowym budżetem, wydzielaniem kasy, niedawaniem na potrzeby kobiety, deprecjonowaniem jej, a nawet upokarzaniem - dodaje Agnieszka Graff.

- Właśnie dlatego do pani zadzwoniłem - żeby powiedziała pani, że nowoczesna kobieta powinna mieć własne konto.

- Osobne konta dla kobiet i mężczyzn żyjących razem nie są rozwiązaniem równościowym, bo kobiety statystycznie zarabiają mniej o ok. 30 proc. No i wykonują ogromną większość pracy domowej, która jest nieodpłatna. Jeśli przyjmiemy, że sprzątanie czy opieka nad dzieckiem to wysiłek nic niewart, bo nikt za to nie płaci, lub wart tyle, co na rynku, czyli ok. 10 zł za godzinę, to okaże się, że osoba, która wykonuje w rodzinie pracę domową - czyli zwykle kobieta - jest darmozjadem. Rozdział majątkowy przy obecnym niedoszacowaniu pracy kobiet jest utrwalaniem nierówności - przenoszeniem jej do sfery prywatnej i do relacji. To fatalny pomysł.

- To jak powinno być?

- Modele są rozmaite - to zależy od poziomu zaufania, etapu życia, indywidualnej potrzeby odrębności czy wspólnoty. Każdy w związku powinien mieć poczucie bezpieczeństwa i pewność, że jego i jej potrzeby są równie istotne. Ważny jest pełny dostęp do informacji: żadnych tajemnic, wspólne planowanie finansowej przyszłości. I szacunek do pracy, do wysiłku, a nie do kwoty, którą się przynosi do domu. Osobne konto czy oszczędności na czarną godzinę niezależne od wspólnej kasy - tak. To mogą być np. pieniądze ze spadku czy zarobione przed rozpoczęciem związku. Ale to jest coś oprócz, nie zamiast wspólnoty majątkowej.

Psychoterapeuta: Najważniejsze jest spoiwo

- Ludzie się kłócą o pieniądze?

- Oczywiście, ale z innych pozycji niż kiedyś - odpowiada psychoterapeuta Robert Rutkowski z kliniki Vertimed na warszawskich Kabatach. - Wśród naszych klientów zniknął patriarchat, obserwuję wręcz wojującą emancypację. Niedawno jeden z moich klientów dowiedział się, że żona ma na drugim koncie ukryte pieniądze. To brak zaufania. On poczuł się jak ostatni ciemięga i natychmiast wystąpił o rozwód.

- Przyczyną kryzysu były pieniądze?

- Przyczyną kryzysu zawsze jest to, co się wyniosło z domu rodzinnego, tzw. skrypt rodzinny. Jeśli ta kobieta wyniosła strach, że zabraknie pieniędzy, to powinna pójść z tym strachem do terapeuty, a nie chować zaskórniaki przed mężem.

- A pieniądze są czym?

- Pieniądze to główny czynnik poczucia bezpieczeństwa. Moi klienci często mają swoje firmy, a małżeństwo staje się holdingiem dwóch firm. Pan prezes sypia z panią prezes, ich relacja przypomina kontrakt. Jak przychodzą na sesję rodzinną, to płacą ze swoich kont. To nowe zjawisko, dawniej w restauracji albo w gabinecie płacił mężczyzna. Teraz kobiety nie pozwalają na to, nie chcą zobowiązań. Moi klienci to zwykle ludzie z intercyzą. Łatwiej im się przed sobą obnażyć i zespolić fizycznie niż ekonomicznie.

- Łatwiej pójść ze sobą do łóżka niż do banku.

- Właśnie. Ale nie zawsze. Są rodziny związane wartościami, w których kobieta jest na urlopie macierzyńskim, a mężczyzna bez obaw powierza jej wtedy zarabiane przez siebie pieniądze. Pieniądze w rodzinie pojawiają się wtedy, kiedy przestają być spoiwem działalności. Spoiwem może być religia, bieganie, filatelistyka, co pan chce. Ale to daje związkowi power. Pieniądze nie powiększają energii życiowej.

- Kto powinien zarządzać w domu pieniędzmi?

- To drugorzędna kwestia, czysto administracyjna. Najważniejsze jest spoiwo. Pieniądz nie jest w stanie zalepić pustki uczuciowej.

Adam: Bufor bezpieczeństwa

Adam z Anną z Warszawy (po 30 lat, budżet rodziny 6 tys. zł) są bankowcami i mają trzy konta.

- Jedno założyliśmy, jak braliśmy kredyt mieszkaniowy. Z niego płacimy ratę, ja tam przelewam pensję i płaciliśmy z niego opłaty. Właściwie żona się tym zajmuje, chociaż konto jest na mnie.

- A żona ma konto?

- W drugim banku. Założyliśmy je jako wspólne, ale wydają tylko jedną kartę, którą wzięła żona. Ja z niego nie korzystam. Bo mam trzecie konto. Założyłem je niedawno w banku, w którym pracuję, dzięki temu miałem świetną zniżkę na ubezpieczenie samochodu. I teraz tu będę przelewał pensję i z niego będę płacił rachunki. Żonie się nie chce tym dalej zajmować, nawet nie zna PIN-u do tego konta.

- Przestaję rozumieć.

- To jeszcze nic. Mamy w pracy takiego mistrza, który ma siedem kont i potrafi tak między nimi przelewać pieniądze, że nie płaci podatku Belki. Ale to dziwna rodzina. Żona przed świętami dostała kupony do sklepu, to mu oferowała, żeby od niej odkupił.

- A jak wy się rozliczacie? Wydatki na fryzjera albo kosmetyki?

- Do takich drobnych wydatków nikt się nie strąca. Razem zastanawiamy się dopiero od 500 zł, ostatnio urządzaliśmy urodziny starszego synka. Zapłaciliśmy z pierwszego konta.

- Sielanka?

- Jest sielanka, bo przed kryzysem były dużo większe dochody. A jak mnie zwalniali, to dali sporą odprawę. Teraz jak brakuje, to się dobiera z tej puli. Mamy taki bufor finansowy. Gdyby nie to, to kłułoby mnie w oczy, kiedy żona wydawałaby moim zdaniem niepotrzebnie na ciuchy. Zwłaszcza na brzydkie.

- Jaki musi być ten bufor, żeby czuć się bezpiecznie?

- 50 tysięcy.

Barbara: Z sekretem od maja do października

Barbarę z Nowego Targu (37 lat, z zawodu obuwnik, mąż ślusarz, budżet 2,5 tys. zł, a przy dodatkowych wypłatach dochodzi do 3,5 tys.) znalazłem na gazetowym forum "Oszczędzamy".

Barbara: - Nie mamy wspólnych kont, dawniej tylko mąż miał swoje, ale teraz ja jestem trochę bardziej unowocześniona i pod wpływem forum założyłam konto internetowe. Zauważyłam, że to pomaga zapanować nad pieniędzmi.

Opłaty stałe oraz wszystkie koszta związane z samochodem płaci mąż, zakupy żywnościowe - ja. Tak postanowiliśmy zaraz po ślubie, mieliśmy po 20 lat. Mąż na pierwszym miejscu stawiał opłaty, a ja wolałam mieć na jedzenie i latami przejadaliśmy za dużo pieniędzy.

Zboże dla królików (hodujemy na działce) czy rzeczy do domu kupujemy na zasadzie, kto ma pieniądze. Teraz np. skończył nam się toner do drukarki, kupi go mąż. Dzieci dostają kieszonkowe po 20 zł ode mnie i po 10 zł od męża. Z ciuchami miałam szczęście, że pracując w szmateksie, trochę się obkupiłam.

Kosmetyki czy fryzjer to wszystko z puli na życie. A jak nie ma pieniędzy, tak jak w tym miesiącu, to do fryzjera nie idę.

Mydło kupuję w kostce, kremy dobre, a tanie, na perfumy zarabiamy z córką w sprzedaży bezpośredniej kosmetyków. Jakoś w tej sprzedaży jestem dość miękka, rozumiem, jak ludzie nie mają pieniędzy, bo sama ich nie mam, nie wciskam na siłę jak dawniej. Kosmetyki mężowi i synowi też kupuję z tej puli.

Zgrzyty się zdarzają np., gdy mąż uważa, że dzieci nie potrzebują kieszonkowego albo nowej bluzki. Ja wtedy popadam w drugą skrajność, bo mi się przypomina film "Galerianki".

Dzięki forum nauczyłam się robić zakupy z kartką. Otwieram lodówkę i patrzę, co mogę odłożyć na później. Często przesuwam dany zakup, np. ziemniaki 2,5 kg na obiad za 3 zł wymieniam na kaszę za 2,20, którą mam na dwa obiady.

Mamy jeszcze sekret: od maja do października jeździliśmy z mężem na giełdę spożywczą i zbieraliśmy warzywa oraz owoce, które wyrzucają handlarze. Niech mi pan wierzy, dużo można znaleźć. Raz przywieźliśmy do domu 15 kg brzoskwiń, kalafiory, kapustę, całe pęki kopru, pietruszki, młodego selera czy cebulki. Cały bagażnik mieliśmy tym zajęty. Innym razem całe wiadro truskawek, sześć worów kukurydzy, kilogramy pomidorów, papryki, worki buraków, ziemniaków. Naprawdę dużo nam to pomogło. Dzięki tym wyprawom miałam na książki dla dzieci do szkoły.

Dużo ludzi tak tam zbiera, tylko trzeba mieć umiar. Widziałam, jak się ze sobą biją o jedzenie. A niektórzy noszą ze sobą nożyk i odcinają zgniłe czy spleśniałe. Tego pilnowałam najbardziej, by nie naszła mnie pokusa brać takie nadpsute rzeczy.

Czy nam się opłacało? Jeździliśmy raz w miesiącu, na paliwo wydaliśmy 30-40 zł, a wracaliśmy z towarem co najmniej za 100.

Od stycznia ruszyłam z pracą dorywczą - inwentaryzacją. Może wreszcie ruszymy do przodu i zaczniemy nadrabiać to, z czego wiele razy musieliśmy rezygnować - kino, basen, pizza. Nie często, ale żeby chociaż raz w miesiącu wydać na przyjemność dla całej rodziny te 50 zł.

Koszyk Barbary, czyli jak przeżyć za 2,5 tys. zł

438 zł - mieszkanie. Plus za prąd 110 zł (co drugi miesiąc rachunki między 211 a 229 zł) i gaz (butla 49 zł). Razem wychodzi jakieś 600 zł.

320 zł - rata kredytu.

120 zł - telefon, internet i telewizja. 80 zł - telefony komórkowe (po 25 zł dla mnie i dla męża, dwójka młodszych dzieci po 10-20 zł, a najstarszy rozprowadza startery, więc ma na doładowanie z prowizji).

Razem to kolejne 500 zł.

800 zł - żywność i inne zakupy (środki czystości kupuję w Biedronce lub w Lidlu, nauczyłam się omijać Auchan, Tesco i Carrefoura, gdyż zawsze coś wpadnie dodatkowo do koszyka, bez czego można się potem obejść albo znaleźć tańszy zamiennik).

50 zł - szkoła średnia moja i męża (opłata 20 zł miesięcznie plus na papier ksero).

70 zł - karma dla królików (to inwestycja, bo ze sprzedaży królików mamy od 50 do 150 zł miesięcznie i coś do jedzenia; teraz mamy 22, w tym dwie samice zakocone).

Przyjemności? 23 zł - basen (ale to nie przyjemność, tylko konieczność, bo skolioza u mnie i u dzieci, mężowi też się przydaje, więc raz w miesiącu jeździmy); 40 zł - kino (w jednym miesiącu idę ja z mężem, w następnym córka z koleżankami, w kolejnym synowie; ale częściej oglądam filmy w internecie). Razem 63 zł.

100 zł - paliwo do samochodu.

200 zł - tyle staram się odłożyć, jak mam w pracy nadgodziny (płatne pod stołem po 5 zł) albo mąż dostanie w pracy karpiowe czy inną większą wypłatę. Mam taki sposób na oszczędzanie: wieczorem, kładąc się spać, przelewam pieniądze na ROR, a rano, jak tylko wstanę, z powrotem na konto oszczędnościowe. Może to śmieszne, ale na mnie działa, bo za kolejny przelew w miesiącu musiałabym oddać bankowi 8 zł, więc mnie to mobilizuje, żeby nie ruszać oszczędności.

Kulturoznawca: Weekend domyka budżet

Prof. Roch Sulima, antropolog kultury z Uniwersytetu Warszawskiego, zauważa, że taki typ budżetu jak w ostatniej historii dominował w PRL: - Po wypłacie mąż z żoną szli do sklepu, kupowali kaszę, cukier, mąkę i ziemniaki na cały miesiąc. Budżet był w ręku pana domu, a żona była wykonawcą. Każdą wypłatę w PRL-u trzeba było oblać, więc od razu dokonywał odpisu na kulturę towarzyską. Cała reszta była zadekretowana przez państwo, nie było ruchu nawet we własnej kuchni.

Po 1989 roku zamiast stałych dochodów pojawiły się wyzwania przedsiębiorczości. A zamiast katalogu potrzeb podstawowych coraz bogatsza oferta konsumpcyjna: - Idea skarbonki jest już tylko wspomnieniem z dzieciństwa, bo dziś trudno zaplanować budżet w cyklu dłuższym niż tygodniowy. Bo budżet jest ciągle narażany przez impulsy przemysłu konsumpcyjnego. To współczesny model życia klasy średniej, ale rzutujący na całe społeczeństwo.

Skoro posiadacze kont nie widzą swoich pieniędzy, idea budżetu robi się "mglista": - Budżet miał sens, kiedy mieliśmy pieniądze w garści.

Wydaje nam się, że panujemy nad budżetem, ale to nieprawda: - Zamiast budżetu mamy rezerwuar pieniędzy i morze pokus dookoła. Pieniądze są potrzebne zaraz, natychmiast, stąd instytucja bankomatu i karty płatniczej. To, z czego płacimy, jest mgliste, a to, co kupujemy impulsowe i przypadkowe. Budżet planują za nas teraz kredytodawcy, tylko przy spłacaniu rat funkcjonujemy w rygorze ekonomicznym.

Brak wspólnej skrzynki z miesięcznym budżetem zmienia więzi rodzinne: - Rozszerzyło się pole indywidualnych wyborów, jesteśmy coraz bardziej nastawieni na własne ekspresje. Zamiast stanu bilansowania mamy stan balansowania. Rozpad budżetu to rozpad tradycyjnych więzi rodzinnych. Jesteśmy w fazie budowania nowych form zaufania. Co z tego wypączkuje?

17 stycznia 2011

Penderecki za moich czasów

No tak, bo pierwszy raz "na żywo" w radiowej 2 słuchałem (uważnie a czasem mniej - słabo z odczytaniem teksu poezji...) przepisując aforyzmy Hugo D. Steinhausa. W piątek 14. stycznia o 20:00 (Filharmonia Dwójki, transmisja z Filharmonii Narodowej): Chór Filharmonii Narodowej i Orkiestra Sinfonia Varsovia pod dyrekcją Valerego Gergieva, soliści: Wioletta Chodowicz – sopran, Agnieszka Rehlis – mezzosopran, Mariusz Godlewski – baryton, Krzysztof Penderecki - Powiało na mnie morze snów... – pieśni zadumy i nostalgii na sopran, mezzosopran, baryton, chór i orkiestrę (prawykonanie). Kompozycja, zamówiona przez Narodowy Instytut Fryderyka Chopina uwieńczy obchody 200-lecia urodzin Fryderyka Chopina (autor w PR 2 Marcin Majchrowski).
Podobało mi się. Chyba tego się spodziewałem. Szkoda, że nie wniknąłem w poezję. Bedzie czas później chyba :) A poniżej tekst z POLITYKI.PL - blog Pani Doroty Szwrcman:

Penderecki po polsku

Żeby nas tylko nie zawiało - powiedział kolega, z którym wchodziliśmy na salę, nawiązując do tytułu utworu, który miał zabrzmieć za chwilę: Powiało na mnie morze snów… Pieśni zadumy i nostalgii. Było to pierwsze od ponad 40 lat (od Dies irae w 1967 r.) prawykonanie dzieła Krzysztofa Pendereckiego, które miało miejsce w Polsce. Co więcej, od czasu Psalmów Dawida z 1958 r., napisanych do tłumaczenia Jana Kochanowskiego, jest to jego pierwszy utwór do tekstów polskich. Wszystko dla Chopina, na oficjalne zamknięcie jego roku. Jak to się stało? Zacytuję z wywiadu zamieszczonego w programie: “Z propozycją skomponowania takiego utworu zwrócił się do mnie w 2007 roku pan Grzegorz Michalski, pierwszy dyrektor Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina. Natomiast zasługą kolejnego szefa tej instytucji - pana Andrzeja Sułka - było doprowadzenie tego pomysłu do finału”. Dobrze, że zostało to powiedziane. Obaj byli dyrektorzy przyszli zresztą na koncert.
Nie było mów tronowych - i bardzo dobrze. Oficjeli, poza ministrem Zdrojewskim, chyba też nie. Ale ogólnie sala się wypełniła. Standing ovation - i owszem, i to długa, również ze względu na dyrygującego Gergieva (dziś po południu otrzymał od ministra Gloria Artis; dyskutowałabym, czy już na to zasłużył), ale zdania indywidualne słyszałam różne. A co ja mam do powiedzenia?
Dobrze, że Penderecki znów, po tylu latach, zabrał się za polskie teksty, doświadczony już wielce w muzyce wokalnej. Dzięki temu doświadczeniu tekst można było nawet zrozumieć (ale na wszelki wypadek wyświetlano go na ekranie - świetny pomysł). Dobrze też, że obok narzucającego się Norwida wybrał też mniej znanego jako poeta (przyznał się, że i jemu - wcześniej) Aleksandra Wata - jego orędowniczką zwłaszcza jestem jako osoba, która sama kiedyś coś do jego wierszy popełniła - czy Tadeusza Micińskiego. Muzycznie to był trochę taki przegląd rozmaitych używanych przez Pendereckiego stylistyk. Nie tylko tych ostatnich, ale i wczesnej, bo włączył do cyklu zinstrumentowane młodzieńcze pieśni: Prośba o wyspy szczęśliwe do słów Gałczyńskiego (mnie się to podobało najbardziej z całego utworu) oraz dwie niedługie do słów Staffa.
W samym ustawieniu tekstu jednocześnie jest konsekwencja i jej nie ma. Pierwsza część, złożona z sześciu pieśni, nazywa się Ogród zaklęty. Dziwiłabym się, gdyby kompozytor-ogrodnik nie napisał takiej części. Ale zestawienie jest jakieś dziwne: bajkowe obrazki Wierzyńskiego i Leśmiana, łagodny erotyk Gałczyńskiego, barwny obraz jesiennego lasu Micińskiego, ponury obraz krzyża pod samotnym drzewem - Koraba-Brzozowskiego, a na koniec fragment wiersza Anioł Pański Przerwy-Tetmajera, który wróci jeszcze na koniec. W części II pt. Co mówi noc? mamy dwa krótkie fragmenty liryczne Staffa, tragiczne Co mówi noc? Wata (o nocy na Łubiance), bezpośrednio później bajkowe dwa fragmenty Micińskiego. Nie pasuje to do siebie. Ostatnia część, Requiem, jest najbardziej konsekwentna: refrenem jest Norwida Fortepian Chopina w kawałkach (Byłem u Ciebie…), w których pojawiają się za każdym razem dwa akordy z Marsza żałobnego, a w środku mamy wiersze, które łączy odniesienie do emigracji.
Stylistycznie, jak powiedziałam, jest to mieszanka: można tu usłyszeć echa Polskiego Requiem, Credo czy owych prawosławnych chórów, które wciąż do Pendereckiego wracają (korzenie prawosławne, jak protestanckie, zawsze będą dla niego ważne); są też momenty nieledwie ilustracyjne, jak długi passus o wędrującej samotnej duszy, zilustrowany złowieszczym marszem. Pomieszanie stylów nie bardzo mi pasuje, ale zapewne jest analogią do rozmaitych stylów poezji. W każdym razie Gergiev dał takie tempa, że utwór nie nużył, a Wioletta Chodowicz, Agnieszka Rehlis, Mariusz Godlewski, Chór FN i Sinfonia Varsovia spisali się znakomicie.

15 stycznia 2011

Miłosz 2011

Justyna Sobolewska
14 stycznia 2011

Rok Czesława Miłosza. Czyli kogo?

Czesław Miłosz. Ekstatyczny pesymista

Kiedy w latach 90. Czesław Miłosz wrócił do Polski, traktowano go jak mistrza i nauczyciela, spełnionego i uhonorowanego poetę. Tymczasem on sam zmagał się z demonami niepewności, poczucia winy, grzeszności. – Tak naprawdę go nie znaliśmy – mówi Andrzej Franaszek, autor biografii Miłosza, która ukaże się na wiosnę 2011 r. w wydawnictwie Znak. – Miłosz, autor późnych książek, mieszkaniec Krakowa, jawił się nam jako niesłychanie samoświadomy, rozsądny mentor, jednak gdy spojrzymy na jego życie, okazuje się, że był człowiekiem niezwykle emocjonalnym, postępującym często wbrew rozsądkowi.
Rósł jak dzikie dziecko. Majątek Szetejnie w dolinie Niewiaży na Litwie przypominał raj. Tak też zresztą go opisał później w „Dolinie Issy”. W jego otoczeniu najważniejsze były kobiety – matka Weronika i babka Józefa Syruć, zwana Lisią, która przypominała starą Indiankę. W oczach chłopca uosabiała siłę, pracowitość i swobodę. Nie zważała na konwenanse i nienawidziła zasiadania do stołu. „W zimie jej ulubionym zajęciem było stawać przy piecu, zadzierać spódnicę i grzać tyłek – ta pozycja oznaczała, że jest gotowa do rozmowy” – wspominał Miłosz.
Podzielił dwie strony rodziny na dobrą i złą krew. Dobra, czyli silna, pracowita i zdrowa była strona matki, krew Syruciów i Kunatów, a zła – strona Miłoszów, ojca; w jego otoczeniu rzeczywiście sporo było ekscentryków, dziwaków i depresyjnych nieudaczników. Na życiu Czesława zaciążył szczególnie przykład brata ojca, Witolda, człowieka słabego, który nic nie osiągnął. – Miłosz się bał, że też taki będzie – mówi Franaszek. – Mawiał, że Wituś jest odpowiedzialny za wszystkie jego dokonania, nawet za Nagrodę Nobla, gdyż przez całe życie starał się, żeby nie dopadła go depresja i rozprzężenie umysłowe.

Lepszy i gorszy

Brak konwenansów i kindersztuby miał konsekwencje – Miłosz wśród rówieśników w szkole czy na studiach w Wilnie czuł się wyobcowany, inny; jednocześnie lepszy i gorszy. – Z jednej strony wstydził się swojego braku ogłady, a z drugiej – miał poczucie, że jest lepszy, bo czyta Schopenhauera, Pascala, a ci dorośli zajmują się tylko obłapiankami, brydżykiem, nalewkami – on tym pogardzał – mówi Franaszek. Te emocje towarzyszyły mu do późnego wieku, przez całe życie. „Nieśmiałość, poczucie niższości i co za tym idzie wściekła ambicja kierowały mnie do rozważań nad brakami mego charakteru (…). Dość wcześnie nauczyłem się traktować swoje literackie triumfy jako kompensatę” – pisał.
Miał wrażenie, że do wielu innych rzeczy się nie nadaje. Poczucie inności owocowało też skłonnością do zaangażowania lewicowego już na studiach. „Lewicowa liga obolałych”, jak wspominał, składała się z podobnych mu odmieńców. Na uniwersytecie wśród katolików czuł się „niczym Żyd wśród gojów”, przeżywał kryzys wiary i dopiero spotkanie ze stryjem, mistycyzującym poetą Oskarem Miłoszem, w Paryżu pozwoliło mu odnaleźć się z powrotem w Kościele. Do Paryża uciekł też od wielkiej miłości.
Był namiętny, przystojny i zbuntowany. Miał duże powodzenie, ale wszystko przeżywał w zwielokrotnionej skali. Pierwsze zauroczenie zakończyło się próbą samobójczą, a pierwsza miłość – balastem na całe życie. Prześladowało go bolesne wspomnienie krzywdy, którą wyrządził dziewczynie. Byli z Jadzią nierozłączni od pierwszego roku studiów. Porównywał ją do bohaterki „Czarodziejskiej góry”, a o swojej fascynacji pisał do Iwaszkiewicza. Jednak kiedy sprawa zaczęła wyglądać poważnie – stchórzył, przestraszył się stabilizacji. Porzucił ukochaną w bardzo nieprzyjemnych dla niej okolicznościach.
– Miłosz pisze w jednym z tekstów o doktorze Muchołapskim, entomologu, który szedł na ślub, ale w Łazienkach zaczął gonić za rzadkim okazem. Wtedy zobaczyła go narzeczona. Zapytałem Miłosza, czy to jego historia, odpowiedział, że tak, w jego przypadku tą muchą była literatura. Pozostawił wiersze, w których zastanawia się, co by było, gdyby jego pierwsze kochanie się spełniło. Odnalazł Jadzię po latach, korespondowali, ale nie udało im się spotkać – mówi Franaszek, który w biografii szczegółowo opisuje historię tego romansu.

Sny o Iwaszkiewiczu

Namiętna była też jego relacja z Iwaszkiewiczem. Miłosz uwielbiał jego wiersze. Mieli podobny zmysłowy stosunek do rzeczywistości. Miłosz pisał do niego bardzo osobiste listy, opisywał swoje sny o Iwaszkiewiczu. W „Dzienniku” Iwaszkiewicz zanotował słynny fragment o „chędożeniu Miłosza” w celi bazylianów. – Miłosz i Iwaszkiewicz mogli mieć przelotny romans, a jednak ten zapis nie jest jednoznaczny, mogło być to też marzenie. W listach Miłosza widać, jak go uwielbiał, a z kolei Iwaszkiewicz pisał o ich „bolesnym stosunku”, który ich łączył – mówi Franaszek.
Miłosz zastanawiał się, czy to jego Iwaszkiewicz opisał w „Pasjach błędomierskich”. Iwaszkiewicza z kolei nie bardzo lubiła żona Miłosza, Janina Cękalska, którą z racji bardzo ciętego języka znajomi przezywali „Cyjankalska”. Przeżyli razem ponad 30 lat. Byli zupełnie różni: Janka chłodna, rozważna i mocno stąpająca po ziemi. Stawiała tamę jego nieokiełznanej naturze. „Kochałem ją nie wiedząc, kim była naprawdę/zadawałem jej ból, goniąc za moją ułudą./Zdradzałem z kobietami, jej jednej wierny” – pisał poeta po jej śmierci. Gombrowicz dziwił się, jak taka inteligentna kobieta mogła wytrzymać z Miłoszem. – Życie blisko Miłosza musiało być trudne i wymagające. Dopiero późno, przy drugiej żonie Carol, nauczył się akceptacji i wyrozumiałości. Zaczął rozumieć, że ludzie nie żyją tak intensywnie pytaniami filozoficznymi jak on sam – twierdzi Franaszek.

Demony dwudziestolecia

Pod koniec lat 30. mieszkali z Janką w Warszawie. Miłosz miał za sobą sukces „Trzech zim”, liczył się w środowisku literackim. Łatwo zjednywał sobie ludzi. Dwudziestolecie międzywojenne w jego późnych książkach powraca jako czas, w którym doszły do głosu najgroźniejsze polskie cechy narodowe – ksenofobia, antysemityzm, nacjonalizm. Przeciętny polski inteligent tamtego czasu był płytki i powierzchowny, nastawiony na dowcip, często antysemita.
Miłosz niejednokrotnie portretował Polaka, którego tożsamość jest ukształtowana na Sienkiewiczu. „Czy naród, który obiera opowieść nieco dziecinną za swoją »Iliadę«, nie płaci zbyt wysokiej ceny? Czy cały nie zmienia się w Peter Pana, chłopca, który nie chciał rosnąć?” – pisał. I dlatego podkreślał swój dystans wobec polskości.
Lekcja dwudziestolecia wydawała mu się tak ważna, że pod koniec życia ułożył antologię „Wyprawa w Dwudziestolecie”. Liczył na poważny odzew, tymczasem książka ledwie została zauważona. – Kiedy się ukazała – mówi Franaszek – wydawało się, że demony dwudziestolecia to nie jest już nasz problem. Ale kilka lat później pojawiła się Młodzież Wszechpolska, pewne postawy stały się znowu aktualne. Miłosz był przekonany, że dusza narodu się nie zmienia. Miał rację.

Wielka wędrówka

Tuż po wojnie zaczyna się wielka wędrówka Miłosza, najpierw jest dyplomatą w Nowym Jorku, potem w Paryżu. Od początku miał zamiar uciec na Zachód i to za wszelką cenę. Janka przebywała w Stanach i chciała, żeby Miłosz do niej dołączył. On jednak źle się czuł w tym konsumpcyjnym raju. Miłoszowi w 1951 r. udało się wyjechać z Polski do Francji, ale zamiast zgłosić się do pracy w ambasadzie, wybrał azyl polityczny, potem przemieszkiwał w Maisons-Laffitte (podparyska miejscowość, siedziba Instytutu Literackiego założonego przez Jerzego Giedroycia). Strasznie przeżywał ucieczkę, szalał, kiedy nie miał wiadomości od Janki i synów Tony’ego i Piotra z Ameryki. Czasem, jak opowiadała Zofia Hertz, przypominał człowieka obłąkanego.
Czuł się zdrajcą, człowiekiem wyklętym. A jednocześnie wdał się w spór z emigracją, zarzucając jej płytkość umysłową i nacjonalizm. Nie mógł pojechać do Stanów, bo władze amerykańskie odmawiały mu wizy jako byłemu komuniście. Został więc we Francji. Jedynym ratunkiem przed złymi myślami była praca: napisał „Zniewolony umysł”, opowieść o formach uwiedzenia przez ideologię. Sam też nie był jeszcze wyleczony. „Co zrobić, żeby nie mieć poczucia, że jest się zdrajcą i świnią? (…) jakie mi wyjście moralne zostaje, bity po twarzy przez jednych i drugich, i użyty jako ścierka przez Amerykanów. (…) Wielkie są moje winy, bo wystąpiłem przeciwko konieczności” – pisał w liście do Stanisława Vincenza.

Miał poczucie, że wyjazd skazał go na niebyt – przyjaciele i środowisko literackie odwrócili się od niego, nie mógł być drukowany w kraju. Iwaszkiewicz w Paryżu nie chciał mu podać ręki. W Paryżu zaczął pisać tak, żeby być zrozumianym na Zachodzie. Powstaje „Traktat poetycki” i „Dolina Issy”, a potem „Rodzinna Europa”. Przeżywa też romans z filozofką Jeanne Hersch. Przyznał się do niego Jance, ale cały czas zapewniał ją, że chce być z rodziną.
W jego staraniach o wizę nie pomogło nawet poparcie Alberta Einsteina. W końcu udało mu się sprowadzić rodzinę do Francji, ale musiał teraz zarobić pisaniem. Dopiero w 1960 r. wyjeżdżają wszyscy do Stanów, gdzie dostał dobrze płatną posadę na uniwersytecie kalifornijskim.

Cienie nad zatoką San Francisco

Lata amerykańskie Miłosza z polskiej perspektywy wydawały się pasmem sukcesów uwieńczonych Nagrodą Nobla w 1980 r. Tymczasem przez kilkanaście lat Miłosz nie wydał w Stanach żadnej książki, był zupełnie nieznany, właściwie dopiero „Collected poems” z 1988 r. w pełni przybliżyło jego poezję amerykańskim czytelnikom. Miał też poczucie, że w Polsce nikt o nim nie pamięta.
Kalifornia nie była miejscem jego marzeń, w sielskim, słonecznym krajobrazie czuł jeszcze mocniej, że jego życie jest „przerażeniem, karą, zagładą”. Kalifornia była dla niego krainą doskonałej alienacji i duchowej pustki. Tutaj powstaje jego „Ziemia Ulro”, książka o zaniku wyobraźni religijnej. – Nie spodziewałem się, jak bardzo Miłosz był religijny – mówi Franaszek. – Początkowo miałem wrażenie, że jest artystą portretującym z zewnątrz sprawy religii. Dopiero czytając listy zrozumiałem, że był człowiekiem z gruntu wierzącym. Widać też z czasem, że Miłoszowi coraz bardziej zależało nie na sukcesach literackich, ale na własnym zbawieniu.
Nie mógł sobie wyobrazić, jak się żyje w świecie bez religii. Wtedy skrystalizowała się jego wizja poezji i literatury, która powinna dawać nadzieję, być użyteczna. Dlatego wielokrotnie pisał, że nie zgadza się z Beckettem czy Larkinem. Sobie samemu też nie pozwalał na pogrążanie się w depresji. Polemizował choćby z poetami amerykańskimi. Pisał, że ma w sobie wszystkie ich załamania, szpitale i depresje, ale nie ujawnia ich. Nosi krótko ostrzyżone włosy i krawat, nie pali marihuany ani nie bierze narkotyków. „Nie wolno pobłażać sobie (…) nie wolno szukać pomocy w szpitalu i u psychiatry/Nie wolno dlatego, że obowiązek, ale też dlatego, że strach przed siłami, którym tylko popuścić, a pokaże się nasze błazeństwo” – pisał w wierszu dedykowanym Allenowi Ginsbergowi.
Nawet po tylu latach prześladowała go wizja wujka Witolda pogrążonego w depresji. „Nie mogę sobie pozwolić na załamanie nerwowe” – pisał do Zbigniewa Herberta. Trzymał się dzięki ciągłej aktywności umysłowej. Nazywa siebie „pesymistą ekstatycznym”, bo oprócz lęków i niepokojów chłonął życie. Wódka, bourbon, kobiety, kształty i kolory świata – to wszystko tworzyło ochronę przed osunięciem się w depresję.

Jak bohater Manna

– Mógłby być bohaterem „Doktora Faustusa” Manna – mówi Franaszek. – W jego życiu pojawia się bowiem rys mityczny, a mianowicie motyw podpisania cyrografu z diabłem. Wielokrotnie do tego wracał. Wrażliwy, pełen wielkich ambicji chłopiec modlił się o wielkość. Wydawało mu się, że jest w stanie oddać wszystko za bycie kimś więcej niż poetą. Rzeczywiście, w biografii Miłosza widać coraz większą aktywność intelektualną, coraz większe spełnienia artystyczne. Miał też niezwykłą witalność. Jako 70-latek ciągle był w grze, flirtował z kobietami. I za to wszystko, jak sądził, płacił wysoką cenę: nieustannie wokół niego wydarzały się nieszczęścia.
Skumulowały się w późnych latach 70., kiedy śmiertelnie zachorowała Janka, a u młodszego syna pojawiały się symptomy choroby psychicznej: stał się agresywny i groził bronią. Nikt z europejskich przyjaciół nie wiedział, że sytuacja jest tak ciężka, bo Miłosz nie wspominał o tym nikomu. „Dlaczego tak straszną cenę płacę za tzw. talent? (…) Myślałem, że starość to wyzwolenie od Erynii – ale nie” – pisał przekonany, że cierpienie osób wokół niego to jego wina.
Wykładał na uniwersytecie i zajmował się Janką, sprzątał, gotował. Kiedy wyobrazimy sobie jego życie, zupełnie inaczej zabrzmi wiersz z tamtego czasu: „Stan poetycki”: „Teraz z uwagą/kroję cebulę, wyciskam cytrynę, przyrządzam różne gatunki sosów”. Tłumaczy wtedy Biblię: Psalmy i Księgę Hioba. – To był rodzaj pracy, której nie musiał poświęcać dużo czasu, a jednocześnie w tych tekstach szukał pomocy dla siebie. Krył się z bólem – uważa Franaszek. Janka zmarła w 1986 r. To nie był koniec ciosów. Jego druga żona, Carol, młodsza o ponad 30 lat, która miała być dla niego podporą na starość, umarła przed nim. Potem odszedł brat Andrzej.
Miłosz został sam, w ostatnich latach przykuty do łóżka i prawie niewidomy.

Wobec zła

W latach 90., po przyjeździe do Polski, Miłosz był bardzo aktywny. Pisał do końca. Praca to był jego naturalny sposób życia. – Komu innemu chciałoby się w jego wieku czytać nowe książki młodych autorów, takiego Tomka Tryzny, i pisać o nich? – zastanawia się Franaszek. – Pamiętam, że kiedy wychodził nowy Szestow czy Camus, zaraz w „Tygodniku Powszechnym” proponowaliśmy Miłoszowi napisanie eseju. A on to chętnie robił. W jednym z wywiadów mówił, że przez całe życie był jak rowerzysta, musiał naciskać pedały, bo gdyby przestał – toby się wywrócił.
Nie miał poczucia samozadowolenia. O pewnych swoich książkach pisał, że są słabsze, o wczesnych wierszach wypowiadał się sceptycznie. – W latach 90. media stawiały go w świetle reflektorów, wynosiły na piedestał. Za to młoda literatura zaczęła się opowiadać w opozycji przeciwko Miłoszowi. Zarzucano mu powtarzalność dykcji. Utrwalił się wizerunek kogoś doskonale znanego i odległego. To nie jest prawdziwy obraz – mówi Franaszek. Publiczność nie zdawała sobie sprawy, jak wielkie boje wewnętrzne toczy ze sobą poeta. Rozpamiętywał swoje życie, dokonywał obrachunku, zadręczał się swoimi postępkami i nieustannie zastanawiał się, czy było warto i jaka jest cena, którą się płaci za dzieło.
Kiedy zmarł w 2004 r., symbolicznie skończył się XX wiek w literaturze. Jednocześnie sam Miłosz stał się postacią niewygodną – widać to było choćby podczas sporów o miejsce pochówku i o Rok Miłosza w Sejmie. Tymczasem ta postać kumuluje w sobie najważniejsze problemy stulecia. Konfrontował się z nimi nieustannie – stąd brało się u niego poczucie nieczystego sumienia.
Był szczególnie wyczulony na zło, nie tylko to, którego sam był źródłem, lecz także zło w historii. Ta postawa szczególnie warta jest przypomnienia.

3 stycznia 2011

Początek roku 2011 z astronomią

Czytam GW i dzięki niej PAP a tu kochany Jan Heweliusz i znajomy Michał Kusiak! Że nie wspomnę o zaćmieniu Słońca i aphelium Ziemi względem Słońca. Łzy się w oku kręcą... A tu za oknem stadko gilów - piękne czerwone brzuszki lśnią w rannych promieniach słoneczka przez lekki śnieg. Bosko.

PAP 2011-01-01, ostatnia aktualizacja 2011-01-01 10:05:07.0
Stworzenie podstaw nauki o powierzchni Księżyca, opracowanie prototypu peryskopu i ... warzenie piwa jopejskiego, to zaledwie kilka z wielu wynalazków i dokonań Jana Heweliusza. Jego postać poznamy lepiej w 2011 roku, który Sejm RP ogłosił Rokiem słynnego astronoma.
"Mamy nadzieję, że dzięki tym obchodom postać Jana Heweliusza - niezwykłej osobowości naukowca, ale także działacza publicznego, a nawet browarnika - skłoni do tego, by więcej mówić publicznie o nauce" - zapowiedziała dyrektor biura prezydenta Gdańska ds. kultury Anna Czekanowicz.

To właśnie władze Gdańska - rodzinnego miasta "polskiego Leonardo da Vinci" - wnioskowały, by w rok 2011 ustanowić Rokiem Jana Heweliusza. W przyszłym roku mija 400. rocznica urodzin słynnego XVII-wiecznego astronoma.

W 2011 roku odbędzie się blisko 400 wydarzeń poświęconych astronomii i samemu Heweliuszowi. Zwiastunem obchodów będą związane z Heweliuszem flagi, które już 2 stycznia zawisną w całym Gdańsku. Oficjalna inauguracja Roku Heweliusza nastąpi 27 stycznia uroczystą sesją Rady Miasta.

Już w styczniu poznamy wyniki konkursu "Tribute to Hevelius", w którym naukowcy otrzymają granty na badania naukowe. Jedną z atrakcji obchodów będzie uruchomienie jedynego na świecie zegara pulsarowego. Uczniowie szkół średnich będą mogli spróbować swoich sił w V Międzynarodowej Olimpiadzie Astronomii i Astrofizyki. Z kolei w gdańskim Dworze Artusa po raz 35. odbędzie się zjazd Polskiego Towarzystwa Astronomicznego.

Teatr Wybrzeże rozstrzygnie konkurs na utwór dramatyczny poświęcony Heweliuszowi, a podczas jubileuszowego koncertu "Gwiazdy na gdańskim niebie" wystąpi słynna wokalistka jazzowa Cassandra Wilson. Postać słynnego gdańskiego astronoma poznają również dzieci, dla których przygotowano specjalny komiks pt. "Uczeń Heweliusza". Z kolei uczniowie zobaczą 40-minutowy film "Śladami Jana Heweliusza w Gdańsku".

Z okazji 400. rocznicy urodzin astronoma wydane zostaną także znaczek pocztowy i moneta okolicznościowa. Smakosze spróbują "Hewelianki", czyli oficjalnego ciastka miasta wyłonionego w konkursie dla gdańskich cukierników.

"Heweliusz był jednym z najwybitniejszych przedstawicieli świata nauki XVII wieku. () Stworzył podwaliny współczesnej astronomii i na stałe wpisał się w historię światowej nauki" - czytamy w uchwale przyjętej w grudniu przez Sejm.

Jan Heweliusz, a właściwie Johann Hewelke, urodził się 1611 roku w Gdańsku. Po ukończeniu znanego Gimnazjum Astronomicznego, pracował w warsztacie mechanicznym i już wtedy budował swoje pierwsze przyrządy astronomiczne. W 1630 roku rozpoczął studia na Uniwersytecie w Lejdzie, gdzie uczył się prawa i ekonomii. Jednak już rok po rozpoczęciu studiów wyjechał w podróż m.in. do Londynu i Paryża, tam poznawał wybitnych ówczesnych naukowców.

Po powrocie do Gdańska przejął rodzinny browar i wkrótce stał się najbardziej znanym gdańskim browarnikiem. Jako członek Gdańskiego Cechu Browarników samodzielnie warzył i sprzedawał piwo. Mógł pochwalić się produkcją słynnego piwa jopejskiego. W 1641 został gdańskim rajcą miejskim, zajmował się sądownictwem i opieką lekarską.

"Na dachach swych trzech domów zbudował obserwatorium astronomiczne, które wyposażył we własnoręcznie skonstruowane, znakomitej jakości, teleskopy i przyrządy pomiarowe, czyniąc je ówcześnie najlepiej wyposażonym tego typu obiektem na świecie" - czytamy w przyjętej przez Sejm ustawie. Obserwatorium odwiedzali m.in.: Jan Kazimierz, Maria Ludwika i Jan III Sobieski, wsparcia finansowego udzielał mu także Ludwik XIV.

Heweliusz stworzył ponad 20 wielkich dzieł oraz atlas 54 gwiazdozbiorów, z których 12 opisano po raz pierwszy. Był twórcą nowoczesnej selenografii, czyli dziedziny astronomii zajmującej się opisem powierzchni Księżyca. Wyniki swoich badań publikował w założonej przez siebie drukarni. Sam wykonywał część ilustracji do przygotowywanych atlasów. Był również twórcą prototypu zegara wahadłowego i peryskopu.
Bogaty program obchodów i liczne ciekawostki z życia naukowca są dostępne na oficjalnym portalu jubileuszu (www.janheweliusz.pl).

1 stycznia 2011

Tacy sami

Rano oglądałem z synem bajkę o chłopcu zamienionym w mrówkę. Siedzieliśmy w piżamach na niepościelonym łóżku i korzystaliśmy z pięknego noworocznego dnia. Za oknem bezchmurne niebo, śnieg ubity nogami wczorajszych uczestników północnego szampana. Wiatr, słońce i szczęśliwy optymizm. wracam do filmu. Niegrzeczny malec, który uczył się za karę być mrówką po pracowitym dniu leżał w nocy na kapeluszu grzyba. Z innymi mrówkami patrzył w górę i myślał: gwiazdy i księżyc są takie same... To prawda arcy-głęboka. Nie tylko gwiazdy wyglądają tak samo. Nie tylko nocne niebo jest wspólne owadom i ludziom. To nawet nie kwestia wiary, ale poznania: wobec otoczenia, świata, kosmosu jestem na równi z kamieniami, roślinami i wszelkimi zwierzętami. Tacy sami... a ściana między nami. Nie wierzę w interpretacje, że człowiek jest na szczycie piramidy, że dominuje nad Wszechświatem. Nie. Jestem może na szczycie piramidy odpowiedzialności za przyrodę, czyli także za siebie i potomstwo. Tylko tyle.

31 grudnia 2010

Coś nowego na nowy rok

Wstyd pisać, ale drugi rok nie podsumowuję spraw muzyczno-literackich. Ale te syntezy dojrzewają sobie. Wiele razy do nich wracam w myślach podczas pracy. Dziwne, bo nabierają koloru i sensu.
Do rzeczy!
Oto 3 strony www, które polecam w wieczór sylwestrowy przed rokiem 2011:
  1. http://www.opuszczone.com/
  2. http://nicprostszego.wordpress.com/
  3. http://www.warszawa.ap.gov.pl/swiatecznereklamy.html
Pierwsza propozycja przypomniała mi paradoksalnie o wielu (znacznie ich więcej!)  ludziach TAK OPUSZCZONYCH przez bliskich. Po świętach 2010 temat bezdomności i wykluczenia w ogóle przychodzi nam w domu łatwiej. Ale - jak to bywa - na gadaniu się kończy. Te zdjęcia są powalające...
Drugi link jest zwyczajnie świetnym naukowym blogiem - gratulacje!
Trzeci adres dotyczy zbiorów Archiwum Państwowego w Warszawie. Witryna świątecznych prezentów to rewelacja, słodka rewelacja, uroczo-słodko-pouczająca rewelacja reklamożerców jak ja :)

23 grudnia 2010

Piękny Wszechświat

Co ja poradzę, że wobec ostatniego zaćmienia Księżyca w pierwszy dzień zimy (początek przewagi dnia nad nocą) oraz świąteczno-noworocznych myśli o czasie - raczej w greckim sensie chronos niż kairos - gapię się na gwiazdy i zaglądam w oczy rannej ostatnio Wenus zastanawiając się: "skąd to się wzięło i dokąd zmierza...?"

Karol Jałochowski 20 grudnia 2010

Wszechświat powstający i ginący od zawsze

Bez końca i początku

Rozmowa z Paulem J. Steinhardtem, wybitnym kosmologiem z Princeton University, o Wszechświecie cyklicznym
Zapytani o historię Wszechświata, odpowiemy zapewne: Wielki Wybuch, promieniowanie, cząstki, rozszerzanie, ucieczka galaktyk... Ale może to tylko znikomy ułamek historii, mówi Paul J. Steinhardt (ur. 1952), szef Princeton Center for Theoretical Science, jednego z paru najjaśniejszych punktów na naukowej mapie świata. Może Wielki Wybuch nie był wcale Wielkim Początkiem, ale efektem zaledwie jednego z nieskończenie wielu, zdarzających się co bilion lat, wybuchów, rozpoczynających kolejne cykle ewolucji wiecznego Wszechświata?
Blisko 10 lat temu Steinhardt i Neil G. Turok (ur. 1958), jego przyjaciel z Cambridge University, dziś dyrektor Perimeter Institute w Kanadzie, ułożyli elementy znanych, ale szwankujących teorii kosmologicznych (patrz słowniczek teorii) w nową, zaskakująco spójną całość, którą nazwali teorią Wszechświata cyklicznego (to dość bezczelne z ich strony, ale trudno się dziwić – panowie dorastali, śledząc sukcesy programu Apollo, wierząc w niczym nieograniczoną moc ludzkiego poznania). Rzeczywistość, według nich, ma 11 wymiarów i składa się z dwóch powierzchni (rozumianych matematycznie), zwanych branami. Brany mają trzy wymiary, znane z życia codziennego, i sześć wymiarów, zwiniętych w sposób dla nas niepostrzegalny. Czas stanowi wymiar dziesiąty, natomiast brakujący, jedenasty, formuje przestrzeń (rozumianą matematycznie), dzielącą owe dwie brany. Znane nam oddziaływania, cząstki, atomy, cząsteczki, a więc i my, jesteśmy jak muchy przyklejone do jednej z takich powierzchni. Do drugiej brany przyklejony jest inny zestaw cząstek i oddziaływań. Brany dzieli ułamek centymetra (10–30), ale przeskok między nimi jest niemożliwy. Mogą one jednak wzajemnie na siebie wpływać – np. siła grawitacji ma zdolność przenikania szczeliny wszechświatów.
A teraz najciekawsza część: brany poruszają się. Oddalają od siebie i przybliżają, działając jak gigantyczna pompa albo dłonie złożone do oklasków. Rytm jest dostojny. Zderzenie bran ma miejsce mniej więcej co bilion lat i gwałtowny przebieg. Przypomina wybuch. Ostatni zdarzył się 14 mld lat temu. Nazwaliśmy go Wielkim, zakładając błędnie – jak mówią Steinhardt i Turok – że był jedyny. Po każdym zderzeniu brany wytwarzają nierównomiernie rozłożoną gorącą materię i promieniowanie. Dominujące początkowo promieniowanie ustępuje materii. Ta stygnąc formuje galaktyki, układy słoneczne, planety. Potem kontrolę nad Wszechświatem przejmuje ciemna energia, coraz szybciej rozpraszając materię (patrz: POLITYKA 43). Pofałdowane wcześniej brany wygładzają się jak wyprasowane prześcieradło. Jednocześnie działające siły między nimi rosną, prowadząc do zderzenia. I wszystko zaczyna się od nowa.
Model cykliczny wyjaśnia problemy, z którymi nie radzi sobie lub radzi z trudem model inflacyjny (patrz słowniczek), przyjmowany obecnie za obowiązujący. Tłumaczy on pierwsze chwile istnienia Wszechświata, ale stawia fizyków w dość niezręcznej sytuacji. Osiąga bowiem skuteczność dopiero po przyjęciu dużej liczby arbitralnych założeń. Nie wyjaśnia też w przekonywający sposób fenomenu rozdymającej Wszechświat ciemnej energii, której istnienie odkryto w latach 90. Tymczasem Steinhardt i Turok zgrabnie wpletli jej wątek w losy Wszechświata. Słabości modelu inflacyjnego uczynili atutami modelu cyklicznego (historię tę opisali w książce „Nieskończony Wszechświat”, Prószyński i S-ka, 2009).
Teoria cykliczna to konstrukcja w budowie, jedyna w swoim rodzaju, i jako taka stawia opór. Nie ma np. pewności, jak matematycznie przeprowadzić Wszechświat przez wielką osobliwość, czyli dramatyczne zderzenie bran. Nie wiadomo, jak skończy się starcie z konkurencyjnymi modelami kosmologicznymi i jak zniesie konfrontację z wynikami obserwacji astronomicznych. Zaglądamy Steinhardtowi przez ramię w naprawdę wyjątkowej chwili.

Karol Jałochowski: – Jak się pan czuje jako współautor nowej kosmogonii?
Paul J. Steinhardt: – Cóż... Nie myślę o sobie w ten sposób. Uważam to, czym się zajmuję, za bardzo pragmatyczną naukę. Może sprawiać wrażenie wymyślnej, ale w rzeczywistości motywowana jest obserwacjami. Jej zasadniczym celem jest wyjaśnianie dotychczasowych pomiarów, przewidywanie nowych, weryfikowalnych eksperymentalnie po to, by sprawdzić, czy konwencjonalny model, mówiący o Wielkim Wybuchu jako początku czasu i przestrzeni, jest słuszny. Nie przyjmuję żadnego filozoficznego stanowiska. Przyjmuję stanowisko twardogłowego fizyka.
Neil Turok mawia, że wasza teoria to tylko intelektualne ćwiczenie. Też pan tak sądzi?
Neil używa słów, które prawdopodobnie przekazują ludziom spoza środowiska naukowego błędny sygnał. Moim zadaniem jest proponowanie różnych idei wyjaśniających funkcjonowanie Wszechświata. Byłem bardzo zaangażowany w rozwój modelu inflacyjnego [patrz słowniczek s. 90], zawsze jednak dręczyło mnie pytanie, czy można zaproponować wyjaśnienie wobec niego alternatywne. I, ku naszemu zaskoczeniu, udało się. Czy to oznacza, że model cykliczny jest słuszny? Jeszcze nie wiem.
Kiedy się dowiemy?
Jedynym sposobem jest rozwinięcie tej teorii do punktu, w którym można ją porównać do konkurencyjnej. Sprawdzimy, która wymaga większej liczby założeń, spełnienia specjalnych warunków. A potem zestawimy wynikające z nich przewidywania z wynikami pomiarów. To natura przesądzi o zwycięstwie.
Jakie doświadczenia dowiodłyby niezbicie słuszności teorii cyklicznego Wszechświata albo ją całkowicie obaliły?
Obie konkurencyjne teorie – inflacyjna i cykliczna – zostały wymyślone, by odpowiedzieć na trzy podstawowe pytania: Dlaczego Wszechświat jest niemal całkowicie jednorodny? Dlaczego przestrzeń, która mogłaby być zakrzywiona (ogólna teoria względności tego nie zabrania), jest płaska? I skąd we wczesnym Wszechświecie wzięły się zmarszczki w rozkładzie energii, które dały początek galaktykom, i dlaczego mikrofalowe promieniowanie tła [patrz słowniczek] ma obserwowane dziś nieregularności? Obie teorie odpowiadają na nie w inny sposób. Inflacyjna skupia się na bardzo wczesnych dziejach Wszechświata i wysokich energiach, podczas gdy teoria cykliczna – na zjawiskach zachodzących w zakresie niewielkich energii, ale trwających bardzo długo. Gdyby procesy wczesnego Wszechświata zachodziły szybko i z dużymi energiami, wygenerowałyby nie tylko fluktuacje gęstości materii, ale i zmarszczki samej czasoprzestrzeni, czyli tak zwane fale grawitacyjne. A te powinniśmy być w stanie odkryć, badając ich wpływ na mikrofalowe promieniowania tła. Z kolei w modelu cyklicznym fale grawitacyjne okazałyby się beznadziejnie wręcz znikome, niemożliwe do zaobserwowania.
Jednym z kluczowych przedsięwzięć ostatnich lat są właśnie próby wykrycia wpływu tych fal na promieniowanie tła. Ich odkrycie natychmiast potwierdzi trafność modelu inflacyjnego i uśmierci model cykliczny. Jeśli z kolei ich nie zauważymy, to najprostszym tego faktu wytłumaczeniem będzie model cykliczny.
Jest jeszcze inny sposób na sprawdzenie słuszności teorii, ale dużo subtelniejszy, polegający na pomiarze pewnych anomalii w rozkładzie materii i energii. Eksperymenty obu rodzajów zostaną przeprowadzone w ciągu najbliższych paru lat. Wkrótce więc poznamy odpowiedź.
Książka „Nieskończony Wszechświat” świadczy o pana ogromnym emocjonalnym zaangażowaniu w pomysł Wszechświata cyklicznego...
Oczywiście!
... ale z drugiej strony, musi pan na własną teorię patrzeć skrajnie krytycznie. Sprzeczność?
Nie, w żadnym razie. Chcąc zbudować teorię, początkowo musisz być jej wielkim entuzjastą, bo z pewnością już na wstępie napotkasz kolosalne problemy. Jeśli nie czujesz z nią emocjonalnego związku, jeśli nie pokładasz w niej nadziei, nie zdołasz tych problemów rozwiązać. Twój początkowy stan ducha jest więc niezwykle ważny dla dalszych losów teorii, bo będziesz musiał sam przeprowadzić ją od stanu surowego zalążka do pełnej, funkcjonalnej idei. Dopiero kiedy w pełni rozwiniesz teorię, możesz się odwrócić i powiedzieć: OK, teraz już wiem, że stoi na własnych nogach, i chcę się dowiedzieć, czy naprawdę jest poprawna. Bo o to w końcu chodzi.
Podobnie było z teorią inflacji. Brałem udział w jej narodzinach, pomogłem jej dojrzeć. Odkryłem też jej słabości. Byłem więc jej zwolennikiem, budowniczym, a następne krytykiem. A teraz myślę, czym można ją zastąpić. Ostatecznie nie interesuje mnie idea sama w sobie. Chcę się tylko dowiedzieć, która lepiej opisuje przyrodę. Badając teorię, przechodzi się więc różne fazy. Zawsze jest się z nią emocjonalnie związanym. To ludzkie. Ale pytania mają naturę obiektywną. Bardzo ciekawa kombinacja.
Jak wyglądały narodziny modelu cyklicznego?
Najpierw było chyba przeczucie, że coś interesującego kryje się w teorii strun [patrz słowniczek]. W 1999 r. zorganizowaliśmy z Neilem w brytyjskim Cambridge warsztaty poświęcone związkom teorii strun i kosmologii. To były dawne czasy – fizycy zajmujący się strunami i kosmologowie dopiero zaczynali ze sobą współpracować. To właśnie wtedy pojawiły się idee bran, M-teorii [patrz słowniczek]. Wydawało się, że nowych pomysłów jest na tyle dużo, że warto się zastanowić, czy mogą mieć jakiś wpływ na kosmologię. Jednym z prelegentów był Burt Ovrut z University of Pennsylvania. Dał piękny wykład o M-teorii. I to było kluczowe wydarzenie. Naszkicował obraz wielkich bran, oddzielonych przestrzenią dodatkowych wymiarów. Neil i ja siedzieliśmy w przeciwległych końcach sali i obaj wpadliśmy na ten sam pomysł: Kurczę, a co by było, gdyby te brany mogły się zbliżać i oddalać od siebie? Dlaczego nie miałyby się zderzać? Może Wielki Wybuch był właśnie takim zderzeniem? Cóż za ekscytujący pomysł! Po wykładzie wybiegliśmy na kawę, nie pamiętam już, kto wypowiedział pierwsze zdanie, ale pamiętam, że ten drugi je dokończył.
Co by wynikało z faktu, że Wielki Wybuch był zderzeniem bran?
Nagle zmieniłaby się natura czasu. Czas przestałby mieć początek – miałby i przyszłość, i przeszłość.
Tak się złożyło, że po wykładzie jechaliśmy wspólnie z Neilem do Londynu, do teatru. W pociągu zaczęła się prawdziwa burza mózgów. Zdecydowaliśmy, że jeśli mamy wypróbować ten nasz pomysł, musi on być zupełnie inny od standardowego modelu kosmologicznego.
Zasadniczym elementem modelu inflacyjnego jest trwający ułamek sekundy okres, w którym Wszechświat gwałtownie się rozszerza. Zapytaliśmy więc, czy możemy go wyeliminować. Plan był następujący: spróbujmy przekonstruować Wszechświat, używając idei zderzających się bran; potem zastanowimy się nad tym, jak wytworzyć zmarszczki w rozkładzie energii, które staną się zalążkami przyszłych galaktyk. Dojeżdżając do Londynu mieliśmy już omówioną całą ideę. W ogólnym zarysie była tym, co dziś nazywamy modelem Wszechświata cyklicznego. Musieliśmy tylko przetłumaczyć pomysł na język matematyki. I to zajęło parę lat.
Uda się go naszkicować w pięć minut?
Ha! Przede wszystkim chodzi o naturę Wielkiego Wybuchu. W klasycznym ujęciu to początek czasu i przestrzeni. To niedowiedzione założenie. Jeśli Wielki Wybuch miałby być początkiem, to musiałby być areną gwałtownych procesów kwantowych, pozostawiających go w stanie nieuporządkowania, chaosu. Ale z obserwacji wiemy, że już sekundę po narodzinach ten Wszechświat staje się wysoce uporządkowany. W tym krótkim czasie musiałoby się więc wydarzyć coś potężnego! To zmusiło fizyków do wymyślenia inflacji, idei krótkiego okresu gwałtownego rozszerzania się kosmosu, zachodzącego przy udziale ogromnych energii. Jeśli jednak Wielki Wybuch nie jest początkiem, jeśli czas istniał już wcześniej, nie trzeba niczego podobnego wymyślać. Można zastanowić się nad mechanizmem zastępującym inflację. Jeśli Wielki Wybuch jest tylko Wielkim Krachem, Wielką Transformacją, cała struktura Wszechświata może istnieć wcześniej.
Wpadliśmy też na pomysł, że brany nie zderzyły się tylko raz, ale zderzają się regularnie, na przykład co bilion lat. Żeby jednak było to możliwe, trzeba dodać niewystępującą w modelu inflacyjnym ciemną energię [patrz słowniczek] – element uważany za kluczowy dla losów Wszechświata. Pięknie do niej pasuje.
Skąd pomysł, żeby zaprząc ją do pracy?
Jedynym sposobem na pozbycie się problemu z ciemną energią było jej spożytkowanie do napędzania cykli. Na brany działa siła, z siłą musi być związana jakaś energia potencjalna. W równaniach M-teorii energia ta działa dokładnie tak jak ciemna energia. Kiedy brany dzieli dystans, pojawia się między nimi sprężynująca siła. Kiedy ta sprężyna kurczy się, brany się zderzają, a ciemna energia znika.
Ciemna energia pasuje do obrazu cyklicznego w sposób naturalny. Rozszerza Wszechświat do stanu pełnej jednorodności, w którym nie ma żadnych galaktyk, żadnych kosmicznych grud. Przekształca go w niemal doskonałą próżnię. Trzeba potem tylko odgadnąć, jak zgromadzoną w niej energię przekształcić z powrotem w gorącą materię i promieniowanie. I to wszystko. W modelu cyklicznym ciemna energia nie jest jakimś dodatkiem do Wszechświata. Jest absolutnie zasadnicza dla zrozumienia jego początków; tego, co wydarzyło się podczas Wielkiego Wybuchu. Połączyła wszystkie elementy opowieści.
Złożone struktury, takie jak galaktyki, pojawiają się w każdym cyklu?
Uśrednione warunki panujące we Wszechświecie są jednakowe w każdym cyklu, więc można się spodziewać pojawiania się podobnych galaktyk i innych struktur kosmicznych. Gdybyśmy więc sprawdzili Wszechświat 14 mld lat po następnym Wielkim Wybuchu, zapewne wyglądałby podobnie do tego, który obecnie obserwujemy.
Życie nie ma specjalnego statusu w takim modelu?
Nie ma. Żaden model kosmologiczny nie powie nam wprost, dlaczego życie jest czy go nie ma. To domena chemii. Jednak gdyby się okazało, że życie jest we Wszechświecie czymś powszechnym, to można się spodziewać form życia w każdym cyklu. Niekoniecznie takich jak pan czy ja, ale jakichś na pewno tak.
Steven Weinberg mawiał tak: „Możliwe, że przyroda jest fundamentalnie paskudna, chaotyczna i nieuporządkowana. Ale jeśli tak jest, to ja nie chcę mieć z nią nic wspólnego”. Jak to jest z prawami przyrody: odkrywa je pan czy wynajduje?
Sądzę, że odkrywam. Choć metoda naukowa to bardzo ludzki proces. Ludzie usiłują odkrywać prawa przyrody. Poznane przez nas prawa nie muszą jednak być tymi prawdziwymi. Dochodzimy do nich w skomplikowanym procesie przybliżeń.
Pytanie, czy zbliżamy się do jakiegoś prostego zestawu praw?
Wierzę, że w tej chwili rzeczy zdają się zbiegać do jednego celu. W myśleniu o nauce naczelną zasadą jest dla mnie prostota i wydajność teorii. Jeśli w obliczu przeszkód teoria staje się barokowa, jest to dla mnie sygnał, żeby ją porzucić i poszukać innej. Co ciekawe, ma to związek z toczącą się właśnie w kosmologii dyskusją. Teoria strun i teoria inflacyjna mocno się zagmatwały. Można to zaakceptować. To jedno stanowisko. Można też, i jest to moje zdanie, powiedzieć: Nie! Albo teorię naprawiamy, albo zastępujemy inną. Nie można jej zostawić w obecnym stanie!
Princeton, czyli matecznik zwolenników teorii strun, jądra panów teorii, to może nie najlepsze miejsce do wspominania, że jest ona przedmiotem ostrej krytyki. Mówi się, że to tylko zlepek przeczuć i hipotez.
Debatę publiczną, i po części również naukową, zdominowały opinie skrajne. A mnie się wydaje, że jest to po prostu wymyślona przez ludzi idea, która podlega ewolucji, którą rozumiemy na zaledwie umiarkowanym poziomie, porównywalnym zapewne do tego, jak w latach 20. ubiegłego wieku rozumiano mechanikę kwantową. Trzeba było wielu lat pracy, żeby ją rozpracować.
Myślę, że teoria strun jest bardzo obiecująca. Zawiera wszystkie interesujące składniki dotychczasowej fizyki teoretycznej oraz nowe elementy i ma potencjał zjednoczenia wszystkich oddziaływań podstawowych. To bardzo ambitna teoria.
Kiedy uznamy, że za bardzo ambitna dla fizyków?
Cóż... Mechanika kwantowa wyklarowała się w czasie dekady czy dwóch. Teoria strun prawdopodobnie wymaga więcej czasu. W pierwszym przypadku ułatwienie stanowiły wyniki licznych eksperymentów. My jesteśmy takiej pomocy (na razie) pozbawieni. To trudna ścieżka, można się zgubić. Ale kiedy za jakieś sto lat przyjrzymy się obowiązującej wówczas teorii, najpewniej będzie ona zawierać mnóstwo elementów dzisiejszej teorii strun.
Początki mechaniki kwantowej były dość wyjątkowe, bo fizycy często wówczas rozmawiali z filozofami. Podobnie jest teraz?
Nie. Myślę, że system edukacji był wtedy inny. Wiele ówczesnych osiągnięć dokonano w Europie, gdzie filozofii uczono równolegle z naukami ścisłymi. Środowiska komunikowały się ze sobą i wzajemnie inspirowały. W drugiej połowie XX w., szczególnie kiedy w nauce zaczęły dominować Stany Zjednoczone, przyjęto bardzo pragmatyczny punkt widzenia: Nie myśleć o filozofii! Policzyć coś użytecznego i to zmierzyć! Związki z filozofią zostały zerwane.
Żałuje Pan?
Czasem wydaje mi się, że moglibyśmy ich użyć, bo gdyby niektórzy fizycy spojrzeli na rzeczywistość nieco bardziej filozoficznie, byliby bardziej sceptyczni wobec idei takich jak wszechświaty równoległe, czy zasada antropiczna. Myślę, że filozofowie byliby w stanie wykazać, jak ułomne z punktu widzenia logiki są to idee. Mogliby nam pomóc. Trochę się pogubiliśmy.
Skoro mowa o filozofii, wspomnę Einsteina, który był bardzo przywiązany do idei kosmosu statycznego, nie rozszerzającego się. Stanowiła ona dla niego pewnego rodzaju źródło wewnętrznego spokoju. Czy cykliczny Wszechświat – bez początku, i bez końca – mógłby  mu się spodobać?
Sprawa jest frapująca! Kiedyś ciekawiło mnie, dlaczego Einstein tak bardzo interesował się modelem statycznego Wszechświata. Okazuje się, że kiedy już porzucił ten właśnie model, zaczął rozmyślać o rodzaju cyklicznego Wszechświata. Próbowałem nawet odnaleźć ślad tej myśli w jego zapiskach. Czy zrobił to szukając jakiegoś ukojenia? A może był jakiś powód związany z samą fizyką? Trudno powiedzieć.
Idea kosmologicznego odbicia generuje nowe pytania, ale jeszcze bardziej fundamentalne problemy stwarza pomysł Wielkiego Wybuchu rozumianego jako początek czasu i przestrzeni. Tak mi się wydaje, choć wielu moich kolegów z tym się nie zgodzi. Mam kłopot z ideą początku. Einstein też ją miał. Nawet Aleksander Friedmann, fizyk rosyjski, współtwórca teorii Wielkiego Wybuchu, miał ten kłopot. Dlatego poważnie rozważał pomysł Wszechświata periodycznego. Wyobrażał sobie, że przestrzeń się rozszerza, kurczy, a potem znowu rozszerza. Rzeczy nie mają początku ani końca. W jakiś sposób czas biegnie zawsze.
Dlaczego właściwie zakładamy, że prawa fizyki nie zależą od czasu, że są wieczne?
Mówiąc to, należy zachować ostrożność. Wszystko zależy od tego, co nazwiemy prawem fizyki. Czy na przykład siła oddziaływań słabych i elektromagnetycznych była zawsze taka sama? Wiemy już, że nie. Kiedy Wszechświat był gorący, była inna niż dziś. Można by było więc powiedzieć, że to prawo – jeśli zdefiniujemy je jako siłę oddziaływań słabych – uległo  zmianie. Ale można też wycofać się i powiedzieć: Och nie, na pewno nad tym prawem, nad tą teorią jest jakaś teoria nadrzędna, meta-teoria, która wyjaśnia, dlaczego prawa niższego rzędu się zmieniają. I ta pozostaje niezmienna. Wiemy jednak, że to niemożliwe, bo kiedy do naszych teorii dokładamy inne oddziaływania, grawitacyjne i silne, więcej rzeczy okazuje się zmieniać. Potrzebowalibyśmy meta-meta-meta-teorii.
Jest jakiś zestaw absolutnych praw fizyki?
Tego właśnie chcemy się dowiedzieć. Można to zrobić jedynie w następujący sposób: próbować ten zestaw odkryć, a następnie go przetestować. Tak wyglądało ostatnie 300 lat historii fizyki. Dodajmy – bardzo udanych lat. Staraliśmy się upraszczać nasze rozumienie Wszechświata. Odkrywaliśmy niezwykłe związki i korelacje właśnie dzięki temu założeniu. Czy nasza wiedza zbiega się do jakiegoś punktu? Nie wiemy. Dowiemy się tego tylko prąc uparcie naprzód, aż do chwili, gdy utkniemy; kiedy Wszechświat okaże się, w pewnym sensie, dalej nieprzewidywalny, albo wynajdując jakąś potężniejszą teorię. Będąc fizykiem twardogłowym, a jednocześnie optymistą, tak właśnie zamierzam czynić z teorią cyklicznego Wszechświata.
Rośnie grupa fizyków postulujących, by wielkości i pojęcia uważane dotąd za podstawowe, takie jak czas czy przestrzeń, traktować jako emergentne – czyli będące efektem bardziej pierwotnych zjawisk. Jest pań wśród nich?
Wszystko sprowokowała teoria strun. Według niej siłę grawitacji (czyli dynamikę czasu i przestrzeni) na poziomie kwantowym można  interpretować jako wibrujące struny, pętle i tym podobne obiekty. Emergentna przestrzeń nie wydaje mi się czymś specjalnie dziwnym. Ale już z pojęciem czasu mam kłopot. Być może zabrzmi to głupio, ale nie rozumiem nawet, jak można te dwa słowa – "czas" i "emergentny" – ustawić obok siebie. Wyłaniający się czas? Zawsze, kiedy słyszę, jak ktoś mówi coś takiego, pytam: Ale co właściwie masz na myśli? Być może jestem nazbyt tępy, żeby zrozumieć odpowiedź, ale nie usłyszałem jeszcze niczego, co by brzmiało przekonywająco.
Poza tym, jak już wspominałem, fizyka zajmuje się śledzeniem procesów rozgrywających się w czasie. Nie wiem, jak mielibyśmy rozumieć to przejście od poziomu, w którym nie ma czasu, do tego, w którym czas jest. Mielibyśmy procesy, które się zdarzyły, ale nie zdarzyły się w czasie... Sam Pan widzi, że nawet mówiąc o tym, trudno nie utknąć. Po prostu tego nie rozumiem. Bardziej odpowiada mi przyjęcie założenia (przynajmniej w celu zrozumienia tego, jak działa Wszechświat), że czas płynie przez całą jego historię, włączając w nią Wielki Wybuch. Chciałbym, by dowiedziono, że to niemożliwe, zanim zostanę zmuszony do uwierzenia w emergentną naturę czasu. To zresztą jeden z tematów debaty między zwolennikami teorii inflacji i Wszechświata cyklicznego. Chodzi o to, czy Wielki Wybuch był odbiciem, czy nie? Jeśli obserwacje niezbicie dowiodą, że Wielki Wybuch był początkiem – wtedy ok, będę się musiał nauczyć języka zjawisk emergentnych. Ale jeśli dane wskażą inny kierunek, zamierzam trwać przy swoim.
Model cykliczny powstał 10 lat temu, ale nie zdołał przebić się do powszechnej świadomości. Dlaczego?
Dobre pytanie. Ma to więcej wspólnego z socjologią nauki niż nauką per se. Jest parę powodów. Zawsze mija kilka lat, zanim teoria przyciągnie uwagę – zwyczajnie dlatego, że kiedy się pojawia, zwykle powoduje wiele nieporozumień. Z czasem teoria staje się prostsza – nie tylko do zrozumienia, ale i do wytłumaczenia.
Poza tym model cykliczny musi zmierzyć się z hipotezą inflacyjną, która jest powszechnie akceptowana i nie została obalona doświadczalnie. Pomiary astronomiczne zgodziły się z przewidywaniami sprzed 20 lat, wydaje się więc, że wszystko przemawia na korzyść inflacji. Po co więc rozważać alternatywę? Mamy do czynienia z bardzo subtelnym i interesującym zjawiskiem. Idea inflacji, której zawdzięczamy te przewidywania, została pojęta w bardzo naiwny sposób. Przewidywania potwierdzono doświadczalnie, ale dziś sądzimy, że z teoretycznego punktu widzenia ten sposób rozumienia inflacji jest błędny. Model rozwinął się bowiem do punktu, w którym w dziwaczny sposób się załamał i stracił moc przewidywania.
Kiedy to sobie uświadomiliście?
W zasadzie wiedzieliśmy od samego początku. Próbowaliśmy i próbujemy to naprawić. Ale astronomowie nie chcieli o tym słuchać. Teraz, kiedy coraz głośniej mówi się o teorii strun i modelu cyklicznym, prawdopodobnie zaczną. Świadomość będzie rosła. Trzeba tylko cierpliwie czekać.

Słowniczek teorii (w porządku chronologicznym)
Teoria Wielkiego Wybuchu (standardowa) – o korzeniach w latach 20. ubiegłego wieku, mówiąca, że Wszechświat wyłonił się 14 mld lat temu z punktu o nieskończonej gęstości (zwanego osobliwością). Była teoretyczną reakcją na odkrycie galaktyk oddalających się od Ziemi. Nie wyjaśnia detali kształtu obecnego kosmosu, uniemożliwia też logicznie dyskusję o tym, co działo się przed Wielkim Wybuchem.
Teoria inflacyjna – sformułowana przez Alana Gutha hipoteza ewolucji Wszechświata tuż po Wielkim Wybuchu. Mówi ona, iż w ułamku sekundy od osobliwości czasoprzestrzeń przeszła nadzwyczajnie gwałtowny proces ekspansji (od ziarenka miliard razy mniejszego niż proton do rozmiarów porównywalnych z obecnymi). Teoria ta rozwija model Wielkiego Wybuchu, wyjaśnia zasadniczy obraz kosmosu, ale opiera się na arbitralnych założeniach i nie tłumaczy np., dlaczego Wszechświat wciąż się rozszerza.
Mikrofalowe promieniowanie tła – wypełniająca całą przestrzeń poświata po Wielkim Wybuchu. Pozostałość, swego rodzaju dokumentacja, po wczesnych etapach rozwoju Wszechświata, kiedy powstawały atomy. Odkryta w 1965 r., przypadkiem, przez Arno A. Penziasa i Roberta W. Wilsona, astronomów z Bell Labs w New Jersey.
Teoria strun – kontrowersyjna i skomplikowana matematycznie propozycja, pretendująca do miana teorii obejmującej wszystkie oddziaływania fizyczne. W jej ujęciu cząstki elementarne są jak swego rodzaju tony wygrywane na mikroskopijnych, osadzonych w wielowymiarowej przestrzeni obiektach zwanych strunami. Niesprawdzona doświadczalnie.
Ciemna energia – hipotetyczna forma energii, wymyślona w latach 90. przez Michaela Turnera z University of Chicago po to, by jakoś nazwać, a docelowo wytłumaczyć, nieustanne rozszerzanie się Wszechświata. Stanowi trzy czwarte jego całkowitej energii.
M-teoria – rozszerzenie teorii strun autorstwa (1995 r.) najwybitniejszego ponoć żyjącego fizyka teoretyka Edwarda Wittena. Zakłada istnienie 11-wymiarowej hiperprzestrzeni, środowiska naturalnego obiektów, wśród których są brany, czyli wielowymiarowe membrany o kosmologicznych rozmiarach. W tej interpretacji Wszechświat może być niczym innym jak właśnie braną wchodzącą w interakcje z innymi branami.
Teoria Wszechświata cyklicznego – idea rozważana ogólnie jeszcze przez Alberta Einsteina, ale opracowana teoretycznie 10 lat temu przez Neila Turoka i Paula Steinhardta. Inspirowana hipotezą ciemnej energii, oparta na teorii strun i M-teorii. Nadaje sens Wielkiemu Wybuchowi, eliminuje niedoskonałości modelu inflacyjnego. Wyjaśnia ekspansję Wszechświata.

22 grudnia 2010

Cenzura kiedyś i dziś

Doprawdy ręce mi opadają, bo albo nie rozumiem informacji gazetowo-radiowych, albo żyję w innym wymiarze. Chodzi mi o projekt cenzury mediów publicznych na Węgrzech. Piszę "CENZURY", bo w istocie idzie to w tym kierunku. To jakaś paranoia. Przypomina mi się jedynie, co pisał w swym Dzienniku Stefan Kisielewski o powrocie cenzury w Czechosłowacji roku pamiętnego 1968. Otóż po owej Praskiej Wiośnie i interwencji zbrojnej wojsk Układu Warszawskiego (w tym Polski :( ) wracała w owym kraju "upragniona" stabilizacja socjalistyczna. I wróciła szybko - jako jedna pierwszych - cenzura! Polskie media prasowe ("gorsze od socjalizmu" - pisał Kisiel) okrzyknęły ów wielki powrót jako wspaniały gwarant swobód demokratycznych, których Czechosłowacji brakowało podczas przewrotu 68! Chyba chodzi moim skromnym zdaniem o następujące rozumowanie: bez cenzury panuje samowola, więc potrzeba regulatora, zasad panujących nad społeczną anarchią - oczywiście "regulator" to socjalistyczny... Orwell w całej krasie.


"Węgierska wolność prasy przeżyła 21 lat". Parlament przyjął ustawę medialną

PAP 2010-12-21,

Węgierski parlament przyjął nad ranem drugą część kontrowersyjnej ustawy medialnej, która zdaniem Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie może ograniczyć niezależność prasy. Część ustawy wymagająca co najmniej 2/3 głosów w 386-osobowym parlamencie została przyjęta 256 głosami za, przy 87 głosach przeciwnych, zaś fragmenty wymagające zwykłej większości - 248 głosami za, przy 35 przeciwnych i 16 wstrzymujących się. W obecnym parlamencie rządząca centroprawicowa partia Fidesz ma 263 miejsca.

W momencie rozpoczęcia imiennego głosowania posłowie liczącej 15 osób frakcji partii Polityka Może Być Inna na znak protestu zakleili sobie usta, a dwóch z nich rozwinęło transparent z napisem "Węgierska wolność prasy przeżyła 21 lat". Jeden z deputowanych Węgierskiej Partii Socjalistycznej podczas głosowania podniósł kaganiec.

Ustawa powołuje Radę ds. Mediów, której członków będzie wybierać parlament, a szefa powoływać na dziewięcioletnią kadencję sam premier.

Kary za publikacje, które "nie są zrównoważone politycznie"

Rada będzie mogła wymierzać mediom dotkliwe kary za publikacje, które m.in. "nie są zrównoważone politycznie". Kary mogą wynosić do 200 mln forintów (700 tys. euro) w przypadku mediów elektronicznych i 25 mln forintów (89 tys. euro) w przypadku dzienników lub publikacji internetowych.

Rada ma też prawo kontrolować wszystkie dokumenty mediów jeszcze przed stwierdzeniem wykroczenia. Według ustawy dziennikarze będą zobowiązani ujawniać swoje źródła w sprawach dotyczących bezpieczeństwa narodowego.

Ustawa była ostro krytykowana przez organizacje węgierskie i międzynarodowe, których zdaniem będzie ona skłaniać media do autocenzury.

Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) zwracała rządowi węgierskiemu uwagę na zagrożenia dla wolności słowa, jakie niesie ze sobą reforma medialna w tej postaci.

"To spowoduje zamarcie wolności słowa"

"Jeśli projekt reformy medialnej zachowa obecną postać, poważnie ograniczy pluralizm mediów i niezależność prasy, zlikwiduje autonomię misji publicznej mediów, spowoduje zamarcie wolności słowa i debaty publicznej, a wszystko to są kluczowe wartości w demokracji" - pisała na początku września przedstawicielka OBWE ds. wolności mediów Dunja Mijatović w liście do węgierskiego ministra spraw zagranicznych Janosa Martonyiego.

W poniedziałek wieczorem blisko 1500 osób protestowało przeciwko ustawie w pobliżu węgierskiego parlamentu w Budapeszcie. Manifestację zorganizowano spontanicznie za pośrednictwem internetowego portalu społecznościowego Facebook.

Węgierski parlament pod koniec lipca przyjął pierwszą część krytykowanej reformy, dotyczącą zmiany struktury nadzoru mediów publicznych.

3 grudnia 2010

Operararaz kozie śmierć

W mijającym tygodniu miałem rzadką okazje słuchać Muzycznego Kanonu Dwójki - audycji od 9:00 do 12:00. Prowadził Aleksander Laskowski! Pomyślałem: znam tego Pana z XVI Konkursu Chopinowskiego no i oczywiście z Poranków Dwójki w niedziele, czyli opera opera i jeszcze raz opera! I rzeczywiście - OPERA. I to jaka?! Ze starożytnych taśm warszawskiego teatru: długość 350 m, nagrywane dwustronnie w latach 60. Bagatela.No dobra, myślę w pracy (bo tam słuchałem), zmierzymy się z operą, bo w końcu to nie niedziela i może będzie inaczej. I było! Panie Aleksandrze dzięki wielkie za opery! troszkę mnie Pan zaraził zimowo operowo moniuszkowo jontkowo wodiczkowo... Zrozumiałem dzięki tym taśmom (wcale dobra jakość) oraz dzięki Pana Gościom (super pomysł!), że warto słuchać arii, warto zatrzymać się nad fenomenem głosu człowieka, dać się ponieść emocjom i ruchowi scenicznemu i liryce melodii etc. Rozpisałem się. Wiem dlaczego nie lubię (nie bardzo lubię lepiej) oper. Bo prawie nic o nich nie wiem. Chyba trzeba dla takich jak ja laików i niedowiarków zwykłej wiedzy, jakiejś żywej prezentacji i okazji do posłuchania opery z Mistrzem.
A wieczorem włączyłem TVP Kulturę i co? Wodiczko.

2 grudnia 2010, godz. 19:00 - "Film prezentuje burzliwe życie wybitnego dyrygenta. Ukazuje postać Bohdana Wodiczki, twórcy orkiestr filharmonicznych i założyciela Warszawskiej Opery Narodowej, a także dyrygentai pedagoga, który pracował w Polsce i w Islandii. Na film składają się wypowiedzi współpracowników B. Wodiczki, archiwalia, materiały ikonograficzne, a także fragmenty recenzji i wywiady. Zawiłe losy B. Wodiczki pomaga rozwikłać interesujący komentarz. Artysta - mało znany w Polsce - jest w Islandii otaczany wielką czcią za wkład w kulturę muzyczną tego kraju. Bohdan Wodiczko przebywał w Islandii wielokrotnie, pobyty były wynikiem jego dramatycznych doświadczeń w kraju. Bohatera filmu przybliżają widzowi wspaniali artyści, znane postacie świata polskiej kultury.
W wypowiedziach archiwalnych zobaczymy m. in. Jerzego Waldorffa i Stefana Kisielewskiego. Seria: Ludzie muzyki - Wodiczko. Reżyseria: Janusz Sijka, scenariusz: Janusz Sijka". TVP Kultura, Islandia/Polska, 2009.