22 sierpnia 2010

Nieśmiertelny Zimoch

Lubię ten wywiad, od początku gdy przeczytałem go w DF GW (co za skrót?!). Jest pełen emocji i autentyczny. To nic, że dawno po Mistrzostwach w RPA. Jeszcze raz...

Jak na wariata

...

Wojciech Staszewski 2010-06-14

Z polską reprezentacją i kibicami jest jak na randce chłopaka z dziewczyną. Oboje marzą, czym by ta randka miała się zakończyć, ale pewnie do tego nie dojdzie. Rozmowa z Tomaszem Zimochem, komentatorem sportowym Programu I Polskiego Radia



Pańskich relacji z mundialu w RPA nie będzie. Ale gdyby... Jest finał, drużyny wychodzą na murawę...

- No dobrze. 11 dzień lipca 2010 roku. Chłodny niedzielny wieczór. Stadion miejski w Johannesburgu. 64. mecz piłkarskich mistrzostw świata w RPA. Mecz ostatni. Najważniejszy. Brazylia - Holandia. Dla Brazylii szansa na szósty tytuł, dla Holandii na pierwszy. Wypełniony po brzegi stadion. Rytm brazylijskich bębnów, śpiew holenderskich kibiców.

Od 11 czerwca piłkarze Holandii porwali nas swą grą. Fala emocji rozruszała nawet nieczynne od lat wiatraki. Od miesiąca Brazylia nie gra, ale tańczy sambę na boiskach RPA. Holandia odkurzyła piłkarskie obrazy z roku 1974 i 1978. Ten z 2010 roku Robbena i jego kolegów ma przypominać "Wymarsz strzelców" Rembrandta. Brazylia niczego odkurzać nie musi. Pięć arcydzieł wisi w tamtejszej piłkarskiej galerii. Przygotowane miejsce na szóste dzieło.

Holandio, nadszedł czas, by wasi piłkarze nie byli nazywani tylko mężami przepięknych kobiet. Żony Holendrów w jednym z rzędów loży VIP-owskiej. Aż żal oderwać oczy od tych piękności.

Brazylio - tobie piłkarskie mistrzostwo świata powinno być nadawane z urzędu. Ale demokracja wymaga jednak walki o trofeum. Kopiuj więc wyczyny Pelego, Garrinchy, Dungi czy Ronaldo.

Rozpoczyna się wyprawa w krainę piłkarskiej szczęśliwości. Pomarańczowym samochodem, na którym nie ma już wieloletniej rdzy, i żółto-zieloną ciężarówką, na której taniec i swoboda. Zapinamy pasy bezpieczeństwa. Tomasz Zimoch, dobry wieczór, zapraszam na tę wyprawę - odlatujemy futbolowo...

Może tak będzie.

- Właściwie pierwszy raz w życiu komentowałem coś, co się - jeszcze - nie zdarzyło.

A ten but to przeszłość. Odległa?

- Patrzy pan: pod spodem jest trawa ze stadionu w Guadalajarze. Długo była zielona, a teraz nawet nie przypomina siana, skamieniała. Cztery kołki z przodu, trzy z tyłu. But był czarno-żółty, ale dzień przed meczem żółte fragmenty zapastowano czarną pastą. I domalowano paski Adidasa: pastą do zębów i czerwoną pastą do butów. Polska reprezentacja miała wtedy podpisany kontrakt z Adidasem, ale zawodnicy dostawali je w ostatniej chwili, a buty trzeba rozbić. Woleli grać w swoich. Ale musieli je przemalować na adidasy. Kamera różnicy nie wychwyci.

Skąd pan go ma?

- Po meczu z Brazylią, podczas mistrzostw świata w Meksyku w 1986 roku, znalazłem się w pokoju Zbigniewa Bońka. Boniek był wściekły, bo przegraliśmy 0:4, chociaż ten mecz wcale nie był taki jednostronny, Tarasiewicz trafił w poprzeczkę. Ale Boniek ze złością powtarzał, że nie tak chciał kończyć grę w reprezentacji. Wyjął z torby buty i cisnął nimi o ścianę. Spojrzał na mnie i pyta: - Chcesz? Pewnie, że chciałem.

To był koniec złotych lat polskiej piłki.

- Kiedy w meczu z Portugalią Włodzimierz Smolarek strzelił w końcu bramkę, a ja ten mecz komentowałem dla radia, to wyniosło mnie na wysoką orbitę. Po tamtych mistrzostwach było jeszcze kilka dobrych meczów polskiej reprezentacji, ale nawet jak w końcu znów pojechaliśmy na mundial, to piłkarze sprawiali wrażenie odrzuconych dzieci. Jakby ktoś zabrał tlen. Nie dorównali tamtemu fajnemu pokoleniu.

Ja oczywiście też chciałem zostać piłkarzem...

A nie komentatorem?

- Nie, prawdziwym sportowcem. Ale poza turnieje dzikich drużyn nie wyszedłem. Graliśmy na trawniku między dwiema ulicami, bramki z teczek albo z bluz od dresu.

Miłością do sportu zaraził mnie ojciec. Jeździliśmy siedemnastką na stadion ŁKS. Inne kibicowanie. 40 tys. ludzi, wielu ze swoimi transparentami, kwitła poezja stadionowa. Podstawowym wyposażeniem kibica była gazeta, w której się chowało butelkę wódki. Piło się na meczu, ale nikomu to nie przeszkadzało. Była kiełbaska, kaszanka. Chodzili sprzedawcy z piwem, lodami, dropsami. Nie było awantur.

Lubiłem przychodzić na mecze dużo wcześ-niej. Mówiłem ojcu, że muszę iść do toalety, a szedłem na boisko treningowe, gdzie drużyny się rozgrzewały. Pamiętam, jak Górnik przyjeżdżał, miałem Lubańskiego, Huberta Kostkę bliziutko i tylko dla siebie. Radocha nie z tej ziemi.

Potem robił pan wywiady z ojcem.

- Podstawiałem mu patyk jako mikrofon, a on odgrywał różnych sportowców. Na klasówce z języka polskiego napisałem wypracowanie na 20 stron o Szurkowskim - jak na mistrzostwach Polski oddał rower Hanusikowi. Mistrzostwo przegrał, ale dostał nagrodę fair play.

Później nagrywałem meldunki z Wyścigu Pokoju, na szpulowym magnetofonie. Wtedy relacja z Wyścigu Pokoju była wydarzeniem, transmisja co pół godziny, ludzie regulowali zegarki. Ja dla zmylenia nie o trzeciej, tylko 15 po puszczałem przez okno sygnał wyścigu i nagrany komentarz z radia albo własne próby.

Uwielbiam kolarstwo, to bardzo trudna dyscyplina, chociaż teraz trawiona przez doping. Ale mam kolarza, za którego podstawiłbym głowę pod gilotynę - Lance Armstrong. Gdyby okazało się, że on przyjmował doping, przestałbym wierzyć w czysty sport.

Pamiętam jego piękny atak w deszczu, kiedy miał 18 lat i zdobywał mistrzostwo świata w Oslo. A potem w Atlancie, kiedy był faworytem, a zdobył tylko brązowy medal - rozmawiał z żoną, pokazywał, że coś go boli. To był już początek jego nowotworu.

Na górskie etapy Tour de France często brałem urlop, żeby w telewizji oglądać w spokoju walkę Armstronga. To znaczy ja nie byłem wtedy spokojny. Ja wariowałem. Jak dziecko na karuzeli albo zajadające watę z cukru na odpuście. Zawsze sobie przypominałem moje pierwsze relacje z Wyścigu Pokoju. Dawniej się mówiło, że nikt nie zostaje dziennikarzem w radiu, jak raz nie był na Wyścigu Pokoju.

Dlaczego?

- To była lekcja dziennikarstwa radiowego. W jednym samochodzie reporterskim jechało trzech dziennikarzy: Polak, Niemiec i Czech. Z jednego wozu nadawaliśmy meldunki, po kolei. Najpierw pięciominutowe, a czym bliżej mety, tym krótsze, po minucie, po 30 sekund, jeszcze krócej - i przekazywaliśmy następnemu mikrofon. Nad nami leciał samolot ze wspólnym nadajnikiem.

Wyścig w 1985 roku, jak Piasecki wygrywał, a trenerem był Szurkowski, mój idol z dzieciństwa. Piasecki wygrał wtedy prolog w Pradze, potem kilka etapów. Jak finiszował w alei Najświętszej Marii Panny pod Jasną Górą, było tam sto tysięcy ludzi. Na dachach stali, żeby zobaczyć.

Z tranzystorami w ręku.

- Może. Diody mi się przepalały, patrzyłem, czy Piasecki ucieka, czy Mierzejewski. A czeski korespondent Karol Malina, ich znany dziennikarz, miał pożółkłe już nieco kartki z poprzednich lat. Jak jechaliśmy przez Czechy, to w ogóle się nie rozglądał, tylko czytał z nich, jak ulice pozdrawiają wodza narodu Gustáva Husáka, który akurat w czasie wyścigu pokoju miał urodziny.

To, że był jeden wóz reporterski, a nie trzy, miało też taką zaletę, że sędziowie dopuszczali nas bardzo blisko kolarzy. Niemiecki kierowca Günter Wieczorek czuł wyjątkowo kolarstwo, podjeżdżał na kilka metrów do ucieczki albo peletonu. Z Jaskułą albo Halupczokiem robiłem wywiad przez okno.

Był pan bliżej czołówki, niż gdyby pan jechał jako kolarz w peletonie. A zapach murawy pan czuł?

- Ostatnie mistrzostwa świata, na których można było być blisko piłkarzy, to Meksyk 1986 roku. Wchodziliśmy do pokojów piłkarzy, można było z nimi porozmawiać, poczuć zapach...

A teraz na igrzyskach w Vancouver zabroniono dziennikarzom nawet wstępu do wioski olimpijskiej. W RPA będzie pewnie podobnie. Wielu nie zobaczy nawet meczów.

Jak to?

- W 1990 roku, podczas mistrzostw we Włoszech, mogłem być jednego dnia na dwóch meczach. Z Genui jechałem samochodem do Mediolanu i zdążyłem.

Dziś to niemożliwe - komputer pana nie wpuści. Dostęp do oglądania meczów jest limitowany, bo teraz na mistrzostwa przyjeżdża kilka tysięcy dziennikarzy. Oprócz akredytacji trzeba jeszcze zdobyć bilet na mecz. Większość korespondentów wielu spotkań nie ogląda, bo nie ma biletów.

A ja pamiętam jeszcze, jak przed meczem można było nawet porozmawiać z sędziami.

Z Ahmedem Sakarem też pan rozmawiał?

- Nie, a szkoda.

Przyznam się, że znów dziś płakałem przez pana, odsłuchując transmisję meczu Widzewa z Brondby w internecie. Sam nie wiem, czy ze śmiechu, czy ze wzruszenia.

- To miłe, że ta transmisja żyje. Stawiam szampana osobie, która to pierwsza wrzuciła do internetu. Ludzie mi piszą, że do dziś puszczają to sobie dla poprawy humoru.

Polaków w Kopenhadze zlekceważono. Ja tam nie miałem kabiny, siedziałem na otwartym miejscu na stadionie, a wokół mnie tłum ludzi przygotowanych na wielkie święto. Wielkie party przygotowywano za moimi plecami. Kiedy wynik był dla nas niekorzystny, widziałem, jak wnoszono butelki wina, półmiski. Feta rozpoczęła się też na stadionie, kibice rozłożyli wielką koszulkę Brondby. I ten niedoceniany Widzew sprawił taką niespodziankę.



Stąd pana emocje?

- Chyba tak, z tego lekceważenia.

Miałem swój sprzęt rozłożony w loży, w czasie relacji któryś z Duńczyków chciał przejść, uderzył mnie, od razu to w transmisji powiedziałem: "Duńczyku, nie przeszkadzaj! On mnie teraz uderzył".

Wie pan, w takich momentach wchodzi się na taką orbitę, że się niczego nie pamięta. Nie lubię odsłuchiwać swoich transmisji, wstydzę się, co ja znowu naplotłem.

A poza tym po takich transmisjach jest się wykończonym. Ból przechodzi od głowy do nóg. I nie można się uspokoić, po tym meczu do rana praktycznie nie spałem.

Kiedy pan dostawał amoku, to obok byli kibice?

- Tak, i pewnie patrzyli na mnie jak na wariata. Zdarzało się tak. W Predazzo w 2003 roku, kiedy Małysz zdobywał mistrzostwo świata w skokach, patrzę, a przed moją kabiną stoi grupka ludzi. Powiększa się. Nikt nie patrzy na skocznię, wszyscy są odwróceni w moim kierunku. Ja komentuję, ale zastanawiam się, czy czegoś nie przeoczyłem, czy coś jest nie tak z kabiną. A oni patrzyli na wariata, czyli na mnie.

Podobnie jak Halupczok wygrał w 1989 roku mistrzostwo świata w kolarstwie, to wskoczyłem na pulpit. Nawet nie wiedziałem, dopiero nieodżałowany Maciek Biega mi powiedział.

Pamiętam też ćwierćfinałowy mecz Francja - Brazylia w 1986 roku, który komentowałem w radiu. Bardzo blisko mnie była dziewczyna, która kibicowała Brazylii. Śliczna, jak amazonka ubrana w barwy wojenne. Byłem w nią wpatrzony jak w piłkarzy. Ona płakała, ten tusz, ten puder, wszystko spływało. A ja się darłem, bo też kibicowałem Brazylii. Po tym meczu zaniemówiłem na trzy dni.

Czy komentator nie powinien być obiektywny?

- Są zasady, których nie można przekraczać. Ale w radiu mam do pokazania nie tylko obrazki z meczu, także emocje. Radio to teatr wyobraźni. Dziennikarz ma być okiem, uchem, nosem słuchacza. Przecież meczu nie ogląda się beznamiętnie. Muszę docenić klasę rywala, ale często serce mam tam, gdzie kibice.

Przecież akurat w tym meczu Polska nie grała.

- Nieraz widowisko potrafi wciągnąć, jakby grała.

Nie żałuje pan, że nie poszedł pan do telewizji?

- Nie. W 1994 roku, na mistrzostwach w Stanach Zjednoczonych, żeby pojechać na całą imprezę, musiałem połowę meczów relacjonować dla telewizji. Radio jest lepsze, jest wdzięczniejsze, jest intymne. Dobre radio! Ale mam pewne telewizyjne pomysły

Radio jest archaiczne.

- Oglądał pan igrzyska w Vancouver?

Tak. A potem słuchałem pana komentarza do finiszu Justyny Kowalczyk w biegu na 30 km.



- Dlaczego?

Bo chciałem te emocje usłyszeć.

- Właśnie. Na tym polega radio: żeby babcię, która robi na drutach w Pcimiu Dolnym, na finisz Justyny Kowalczyk oderwać od tej robótki. I ja to robię sam, własnym głosem. Jestem od początku do końca autorem tego przekazu.

A w telewizji - jaki to tabun ludzi. Dźwiękowiec, oświetleniowiec, kamerzysta. W radiu ja sam tę dziewczynę trzymam za rękę, ja ją całuję, przytulam, pocieszam. Jak w 1986 roku wylądowaliśmy po mistrzostwach na Okęciu, to Darek Szpakowski od razu wystrzelił do mojej żony: "Słuchaj, ale pomiędzy Tomkiem a tą Brazylijką naprawdę nic nie było". A i tak nie od razu uwierzyła.

Piłkarze imprezują?

- Pokolenie Bońka i Młynarczyka - oni aniołkami nie byli. Można opisać nieprawdopodobne historie z ich życia pozaboiskowego.

Jedną poproszę.

- Pewne sprawy to często nasze wspólne przeżycia. Nie trzeba tego wyciągać z albumu wspomnień. Ale jeden z zawodników tak się bawił w nocnej knajpie, że został zaatakowany nożem. Stoliki latały, ale on dał sobie radę z gangsterami, bo miał charakter. Następnego dnia przyszedł na trening jak gdyby nigdy nic.

Dla innego piłkarza raz wyszedłem z pokoju, żeby mógł spotkać się z dziewczyną. Innego widziałem, jak wymiotuje po zabawie.

My chcemy zrobić z piłkarzy zakonników, a jak to się nie udaje, to ich krytykujemy: "Wypił piwo, przetańczył pół nocy". Ci, co mają charakter do sportu, czasem zaszaleją, ale wiedzą kiedy.

Piłkarz powinien mieć jaja. To, że się bawi po meczu, to jego sprawa. Przecież nie tylko piłkarz, ale adwokat, polityk, piosenkarz - każdy się chce rozładować po okresie stresującej pracy.

Byłem z piłkarzami Widzewa w klubie Cavern w Liverpoolu, tam, gdzie zaczynali Beatlesi, a teraz młode zespoły grają ich piosenki. Dzień przed meczem. Ale następnego dnia Widzew wyeliminował Liverpool.

A ten piłkarz, któremu pan oddał pokój, dobrze potem zagrał?

- On zawsze dobrze grał.

Zaraz mi pan poda receptę na uzdrowienie polskiej piłki: rozpić całą drużynę!

- Proszę mnie nie rozśmieszać. Ale wolę tych, co są do tańca i do różańca, od tych, co grają tylko życiową rolę świętoszków. Oczywiście, że jest przykro, kiedy bardzo utalentowani sportowcy marnują kariery przez hazard, pijaństwo. Chociażby Stasio Burzyński, bramkarz, który przyszedł do Widzewa z Arki, grał wspaniale i zginął tragicznie. Znam zawodników, którzy zmarnowali sobie kariery. Ale byli też wielcy sportowcy, którzy byli alkoholikami, nie stronili od pięknych kobiet, nie prowadzili ascetycznego trybu życia. Choćby George Best, Paul Gascoigne. To mnie nie oburza.

A co pana oburza?

- Hipokryzja. Obłuda ze strony tych, co krytykują i moralizują. A sami mają Atlantyk grzechów.

Ale absolutnie mnie oburzyło to, co się działo z polską drużyną na mistrzostwach świata w 2006 roku. Ta atmosfera, grobowy nastrój, zamknięte konferencje prasowe, na które trener potrafił przysyłać w zastępstwie kucharza. Nie mam pretensji do Pawła Janasa, bo on w oficjalnych sytuacjach jest antymedialny, nie potrafi dobrze mówić, ma szczękościsk. Ale mam pretensje do PZPN-u, że mu nie pomógł. Szkoda, że nie brano przykładu z Holendrów.

Kilka lat temu na ME stanowili wzór otwartości. Była jedna ogólna konferencja z trenerem i zawodnikami, a potem rozmowy w podgrupach, dostęp do zawodników był swobodny.

Za Leo Beenhakkera to się zmieniło.

- Pogorszyło. W Mariborze polscy piłkarze spacerowali w obstawie ochroniarzy. Tak jakby w Słowenii gościła kanclerz Merkel czy premier Putin.

Do Beenhakkera mam ogromny żal za to, że nas mamił. Oszukiwał, że czeka nas wielki sukces. Nie. Nie mamy drużyny na wielkie sukcesy. Na ostatnich mistrzostwach Europy Polacy grali toporną, męczącą piłkę. Winił wszystkich wokół. Miał wychować następcę. Proszę policzyć, ilu miał przez te kilka lat współpracowników. I co?

Mam żal do Beenhakkera, że nie nadał żadnego stylu drużynie. Żeby przez trzy lata nie można było nauczyć zawodników schematu rozgrywania rzutu wolnego albo rożnego? Albo nauczyć czegoś piłkarzy, żebyśmy mogli powiedzieć np. "O! Naszą specyfiką jest gra skrzydłami".

Była, kiedy na skrzydłach wymieniali się Krzynówek i Smolarek.

- To zagrało właściwie w dwóch meczach - z Portugalią, kiedy ta drużyna akurat była w dołku, i z Czechami. Beenhakker nas mamił, że mamy świetną drużynę.

Może Franek Smuda to zmieni. Dużo zależy od trenera, czy potrafi porwać zespół. Jak pan ma kierownika fajnego, porywającego, który zasypie pomysłami, będzie wiedział, jak wykorzystać czyjeś zdolności - to chce się pracować. Ale jak ma się kierownika słabego, zakompleksionego, zazdrosnego, tępiącego indywidualności - to ciągle chce się łykać aviomarin. Są tacy szefowie, co wierzą, że namalują "Giocondę", a nie potrafią nawet dobrze trzymać pędzla. Smuda może porwać drużynę. Może nadać jej uśmiech Mony Lisy.

Dziś jest bigos. Niektórzy piłkarze są niedowartościowani. Innym wydaje się, że są Messimi, choć nigdy nimi nie będą.

To dlatego tak kroczą jak anioły?

- Trener Wojciech Łazarek mawiał, że to przez pęcherze pod pachami tak chodzą. Może to symptom czasów: żel we włosach, prześciganie się, kto ma lepszą marynarkę.

A do sportu trzeba mieć głowę. Żałuję, że tacy ludzie, jak Szurkowski w kolarstwie, Kulej w boksie albo Boniek, Młynarczyk, Lubański w piłce urodzili się za wcześnie. Bo dziś byliby wielkimi gwiazdami nie tylko w polskim, ale w światowym sporcie. Mieli jaja, mieli charakter.

Ani jednego takiego pan dziś nie widzi?

- W Polsce teraz trzęsiemy się nad Lewandowskim - a takich Lewandowskich w piłkarskim bukiecie jest więcej niż goździków na złote gody. Może on zostanie wielkim piłkarzem, może będzie jednym z 15 słoneczników van Gogha, ale na razie nie jest. Lubię Tomka Kuszczaka, to chłopak z charakterem. Puścił babola z Kolumbią, to prawda, ale się nie załamał, tylko twardo walczy o swoje. W sporcie ważne jest i to, by podnieść się nawet po nokaucie. Nawet jak szczęka wygląda tak, jakby ktoś włożył ją w imadło.

Ale wie pan, co teraz widzę? Ostatni mecz mistrzostw Europy z Chorwacją - mecz tępy jak nóż do papieru. Jak muzykowi albo dziennikarzowi zabraknie talentu na miarę Zimermana albo Kapuścińskiego, zrobi wszystko, żeby naostrzyć ten kozik. A to byli nie maklerzy, tylko chłopcy w szelkach, którym wydawało się, że są maklerami.

Bo można przegrać 0:6, ale trzeba grać. A nie zwalać wszystko na Howarda Webba.

Wróg Polski numer jeden, sędzia, który przyznał gospodarzom karnego przeciwko Polsce w doliczonym czasie gry.

- Ale Howard Webb nie popełnił błędu, rzut karny był.

Powiedział pan to od razu w transmisji?

- Nie mówiłem, że nie było. To nie było jasne nawet w powtórkach.

Nie lubię korzystać z monitora, chociaż po największym kancie roku, bramce strzelonej ręką przez Thierry'ego Henry'ego, uważam, że FIFA powinna wprowadzić telewizyjne powtórki. Trzeba iść wzorem tenisa, wprowadzić "sokole oko". Na wielkich imprezach jest wystarczająco dużo kamer. Każda drużyna mogłaby w jednej połowie sprawdzać powtórkę dwa albo trzy razy, a cały stadion by to przeżywał. Zaproponowałem to już wiele miesięcy temu. I wcale nie opóźniałoby to gry! Zagranie Francuza to sportowy kant stulecia. Zniszczył piękno piłki nożnej jak mało kto. Piłka stała się już tylko flakiem. Henry okradł nie tylko Irlandczyków, ale miliony ludzi na całym świecie. Ale listu gończego nie wysłano za nim.

Błąd sędziego jest wprawdzie wkalkulowany w piłkę nożną. Nawet dodaje jej uroku. Błędy stają się pięknymi legendami. Ale legendą nie może być historia z celowym łamaniem przepisów. Dla Henry'ego najwyższy wymiar kary. Dla FIFA też, za bierność, brak odwagi. To był przecież stan wyjątkowy w światowej piłce! Trzeba było podjąć decyzję o powtórzeniu meczu. To, czego dokonał Henry, to hipokryzja, zaprzeczenie zasad, odebranie nam wszystkim nadziei, że sport jest - choćby chwilowo - oazą szlachetności, czystości.

Ma pan takie nadzieje? To jest biznes.

- Ja się jednak łudzę, że pewne zasady obowiązują. Dlatego poręczyłem w sądzie za piłkarskiego arbitra Grzegorza Gilewskiego.

Pan chyba jeszcze pamięta te emocje z podwórka.

- Najgorsze było nawet nie to, że Henry oszukał, ale że on jeszcze się cieszył. Tą radością nas oszukiwał. Sympatię do oszukiwania to czuliśmy u Roberta Redforda w "Żądle".

To demoralizujące dla młodych ludzi. Przychodzi potem młody piłkarz na trening i mówi: "Muszę tak samo grać".

Widział pan taką scenę?

- W kolarstwie byłem świadkiem, jak młody zawodnik mówił do trenera: "Widzi pan, jak ja nie wezmę, nie łyknę, to nie mam szans wygrać".

To powinno być przez wszystkich potępione. Warto walczyć o czystość sportu.

A brudy z bliska pan widział?

- W październiku 1990 roku pojechaliśmy polonezem na rewanżowy mecz Lecha Poznań z Olympique Marsylia w Pucharze Europy. Na terenie NRD złapaliśmy gumę, a nie mieliśmy zapasu, turlaliśmy koło do wulkanizacji. Dotarliśmy nad ranem do Marsylii i od razu było widać, że coś jest nie tak. Lech przegrał 1:6, ale grał praktycznie w rezerwowym składzie, wielu piłkarzy miało rozwolnienie i ich podstawowym wyposażeniem był papier toaletowy. Nie wyszli na boisko. Pamiętam, jak Mirosław Trzeciak siedział w ciepłej kurtce i trząsł się z zimna. Wielu sobie drwiło wtedy z piłkarzy Lecha. A ja nie miałem wątpliwości, że coś jest nie tak. Późniejsze śledztwa wykazały, że właściciel klubu Bernard Tapie dopuszczał się wielu nieczystych zagrań. Obawy lekarzy, że coś naszym zawodnikom dosypano do jedzenia, nie są bezpodstawne.

Na mistrzostwa do RPA pan nie jedzie, nie będzie w ogóle transmisji radiowych na żywo. Komu pan będzie kibicować?

- Brazylii będę kibicował zawsze. Ale chciałbym, żeby Holendrzy wreszcie wygrali. W 1974, w 1978 byli o krok. To kopalnia piłkarskich diamentów, ale jak już je wykopią, to zawsze spaprzą kolię. A może Hiszpania? To porywający futbol. Jak letnia kolorowa sukienka kobiety. Szkoda, że w mistrzostwach nie może zagrać Barcelona, która gra najpiękniejszą piłkę świata. Guardiola, Messi, Xavi, Pedro, Iniesta - tworzą najpiękniejszy tomik poezji.

Ale mam cichego faworyta, może jeszcze nie na te mistrzostwa. Ale na mistrzostwach Europy zobaczyłem Szwajcarię i zmieniło mi się spojrzenie na sport. Mówi się, że my nie osiągamy sukcesów, bo mamy mało pieniędzy. A Szwajcaria też ma mało pieniędzy? Nie. A mają właściwie tylko Federera.

I Ammana.

- No jeszcze i Fabiana Cancellarę, przed laty był jeszcze Pirmin Zurbriggen i Vreni Schneider. Ale szwajcarskiego batalionu asów nie zbierzemy. Czyli same pieniądze nie robią wyniku sportowego. Potrzebny jest system, zwłaszcza w piłce nożnej.

Podczas mistrzostw Europy odwiedziłem polskiego trenera Darka Skrzypczaka, który pracuje w Szwajcarii z juniorami. Zobaczyłem świetny system szkolenia. Jak piłkarz przechodzi z jednej grupy wiekowej do drugiej, to wie, jak ma grać. Trener go nie musi uczyć taktyki od podstaw.

My ich tak lekceważymy. A na mistrzostwach u siebie wcale tak źle nie grali. I zdobyli mistrzostwo Europy juniorów. Mogą teraz sprawić niespodziankę.

A co pan powie o polskiej drużynie?

- To jest jak randka chłopaka z dziewczyną. Oboje marzą, czym by ta randka miała się zakończyć, ale pewnie do tego nie dojdzie.

Kończymy, panie Tomku?

- Ja uwielbiam rozmawiać z ludźmi. To zboczenie zawodowe. Nawet jak do sklepu wchodzę, to zaczynam rozmowę. Ostatnio w sklepie rybnym zagadywałem o ryby albo o pogodę, nie pamiętam.

Kiedyś w Anglii zauważyłem, że jak Anglik wchodzi do sklepu, to mówi dzień dobry, pyta, jak się spało, zagaduje, jaki dziś dzień.

A my jesteśmy tacy smutni. Nie rozmawiamy ze sobą. Jak ktoś się do nas w pociągu czy autobusie odezwie, to czujemy się zagrożeni.

Zabrakło panu kiedyś języka w gębie?

- Raz, jak zapytałem sprzedawczynię: po ile ma pani jajka? A ona: a pan?

Za mikrofonem nie, ale byłem parę razy na takich obrotach, że mi serce waliło jak bokser. Aż mi zabrakło oddechu. Na pewno w transmisji z Małysza w Predazzo. Złapała mnie myśl: "Stary, uspokój się, bo umrzesz przy mikrofonie". Przy wyczynach Justyny Kowalczyk czułem się chwilami tak, jakbym siedział w statku Apollo. Brak oddechu z wrażenia. Przepona nie nadążała, tak jak pompa wodna przy powodzi. Albo na ostatnich mistrzostwach Europy na meczu Holendrów z Włochami: Pirlo strzela, van der Sar to obronił, wyrzucił daleko piłkę i van Bronckhorst strzelił gola. To był piłkarski orgazm. Aż mnie przydusiło.

A nieraz brakuje słów, bo człowiek się zakałapućka. Mówię, a tu nagle robi się jak w dorzeczu Missisipi - tyle odnóg. Trzeba to potem zgarniać w jeden nurt.

Powiedział pan coś głupiego?

- Tak, ale to opowiem na emeryturze. Ale będę bronił każdego komentatora, któremu zdarzą się wpadki, bo to się dzieje na żywo. Bronię tych komentatorów, którzy mają w sobie dużo pokory. Na mistrzostwach w Meksyku komentator meczu Dania - Węgry nie zauważył gola, był mocno krytykowany, a ja wiem, że dojechał na stadion w ostatniej chwili, po nieprzespanej nocy, bo koczował na lotnisku, na którym wcześniej rozbił się jakiś samolot.

Drugi z komentatorów w meczu Meksyk - Niemcy przegapił dwie czerwone kartki. Ale to też była wyjątkowa sytuacja, on zawsze jest przygotowany. Jak się potem spotkaliśmy - po powrocie do hotelu - był załamany: "Tomek, jestem zawodowo skończony".

I co?

- Dziś to świetny komentator i jest już w RPA.

21 sierpnia 2010

Znów książki

Kto czyta, ten frajer


Donata Subbotko 2010-08-21 

Nasi politycy potrafią publicznie się przyznać, że nie czytają książek. A gdyby tak zacytowali Słowackiego w Roku Słowackiego i Miłosza w Roku Miłosza i zainteresowali się, dlaczego Polacy właściwie nie znają tych pisarzy, i wyciągnęli z tego wnioski? Rozmowa z Beatą Stasińską*
Donata Subbotko: W najbliższym czasie Komisja Europejska ma zdecydować, czy od 2011 r. w Polsce zostanie utrzymany zerowy podatek VAT na książki. Mówi się, że książki zostaną jednak opodatkowane VAT-em w wysokości od 5 do 8 proc. Co to praktycznie oznacza?

Beata Stasińska: W krajach, w których wprowadzono VAT na książki, ich sprzedaż spadła okresowo o podobny punkt procentowy. Możemy zatem oczekiwać 5-8-procentowego spadku sprzedaży. To uderzy w cały łańcuch, który zaczyna się od autora, tłumacza, redaktora, a kończy na księgarzu i czytelniku, który kupi mniej książek. Ceny wzrosną, wszyscy mniej zarobią, a Polak będzie jeszcze mnie czytał. Polska nie jest przygotowana na opodatkowanie książek.

Ktoś powie, że dzięki pieniądzom wpływającym z tego podatku do budżetu można w kryzysie pomóc biednym.

- Biednym najbardziej pomaga się, nie skazując ich i ich dzieci na bycie niewykształconymi pariasami we współczesnym świecie. Rządy zachodnie nie oszczędzają w kryzysie na nauce i edukacji. Pytanie do polskich polityków: dlaczego?

PO właściwie bez społecznej debaty - bo ta za sprawą mediów od dłuższego czasu dotyczy wyłącznie krzyża - podniosła VAT. W kilku ostatnich latach liczba urzędników państwowych wzrosła w naszym kraju o 60 tys. Jeden z ekonomistów, który ponoć doradza obecnemu rządowi, twierdzi, że kosztują oni tyle, ile zyskuje budżet państwa na tym 1 dodatkowym procencie VAT. Czy dzięki tej rzeszy urzędników państwo jest sprawniejsze?

W Polsce najłatwiej oszczędza się na edukacji i kulturze. Zamknąć kilka tysięcy przedszkoli, dwa tysiące bibliotek, ograniczyć pieniądze na zakupy biblioteczne przychodzi polskim politykom łatwo i, co dziwne, obywatele się z tym godzą. Gdyby Polska była krajem, w którym inwestuje się w biblioteki i nowoczesne szkolnictwo, przywiązuje wagę do umiejętności czytania i wysławiania się, to lepiej byśmy sobie poradzili z VAT-em na książki. I być może spadek sprzedaży byłby krótkotrwały. Ale Polska takim krajem nie jest.

Dlatego ministrowie kultury Bogdan Zdrojewski i finansów Jacek Rostowski ciągle zabiegają w UE o utrzymanie zerowego VAT-u.

- Kibicuję im i czekam na czasy, kiedy deklaracje polityczne zostaną poparte działaniami na rzecz walki z funkcjonalnym analfabetyzmem. Potrzebujemy - na wzór innych społeczeństw - narodowego programu upowszechniania książki i czytelnictwa adresowanego do różnych grup wiekowych. Na razie nie widzę woli politycznej, żeby się tym zająć. W USA programy takie od przeszło 60 lat inicjują prezydenci i gubernatorzy stanów.

Polska od 20 lat ma inne problemy.

- Tak, wiem, pielęgniarki i górnicy. Ale i te pielęgniarki, i ci górnicy mają dzieci. Unikanie myślenia dziś o tym, jak kolejne pokolenia Polaków dadzą sobie radę w świecie, jest szkodliwe. Czekam na takiego męża stanu, który będzie się bił o edukację, naukę i kulturę w Polsce jak o niepodległość.

Z badań Biblioteki Narodowej wynika, że w ciągu roku ponad połowa Polaków nie ma kontaktu nawet z jedną książką. Może nasi "mężowie stanu" też nie czytają?

- Nasi politycy potrafią, zresztą wzorem Berlusconiego i Sarkozy'ego, publicznie się przyznać, że nie czytają książek. A gdyby tak zacytowali Słowackiego w Roku Słowackiego i Miłosza w Roku Miłosza i zainteresowali się, dlaczego Polacy właściwie nie znają tych pisarzy, i wyciągnęli z tego wnioski? Zrozumieliby, dlaczego amerykańscy prezydenci raz na jakiś czas na oczach całej Ameryki czytają dzieciom w przedszkolu bajki.

Na razie panuje u nas neoliberalny, prymitywny dyktat, że rodacy jakoś sobie poradzą (zacisną pasa i wyślą dziecko do prywatnej szkoły albo na studia do miasta bez szans na stypendium), a jak sobie nie poradzą, to znaczy, że nie zdali egzaminu z kapitalizmu. Wówczas najwyżej staną pod krzyżem i się pomodlą.

Mamy coraz więcej "orlików" i coraz mniej bibliotek z coraz uboższymi księgozbiorami. Życzyłabym sobie jako obywatelka niezainteresowana piłką nożną, by traktować kulturę fizyczną jako ważną część kultury - ale z zachowaniem właściwych proporcji.

Polska potrzebuje programu promocji czytelnictwa na poziomie przedszkolnym i nauczania początkowego rozpisanego na przynajmniej 15 lat. By był on skuteczny, potrzebuje także kampanii społecznej uświadamiającej rodzicom, nauczycielom i politykom znaczenie umiejętności czytania ze zrozumieniem i wysławiania się w rozwoju krytycznego i twórczego myślenia. Edukacji kulturalnej i dostępu do kultury potrzebujemy bardziej niż festiwalowej karuzeli, kongresów, akademii ku czci i fajerwerków.

Zwłaszcza że część tej garstki czytających Polaków sięga tylko po tzw. bestsellery, które trudno traktować jako literaturę.

- Gdy byłam na oddziale położniczym w 1988 r., umęczone porodem kobiety nic nie czytały. Cztery lata później prawie wszystkie miały w rękach harlequiny. Dobre i to, bo podtrzymuje zdolność czytania. I sprawia, że dziecko widzi rodzica z książką. Badania mówią, że lepsze wyniki w testach osiągają dzieci, w których domach są książki i których przynajmniej jeden rodzic ma średnie lub wyższe wykształcenie. Biblioteka w domu oznacza, że dziecko będzie miało więcej szans w życiu. Pytanie: czy biblioteka z samymi sezonowymi bestsellerami wystarczy?

Powieść wymaga skupienia, tymczasem przez telewizję, internet przyzwyczajamy się do lakonicznych informacji, zatracamy powoli tę zdolność koncentracji. Może to nieunikniony kierunek ewolucji?

- Internet sprawił, że człowiek wrócił do alfabetu, ćwiczy sztukę czytania. Problemem jest co innego. Polscy politycy obciążyli podatnika wprowadzeniem np. religii do szkół, a nie mają woli, żeby - wzorem społeczeństw zachodnich - wprowadzić lekcje biblioteczne czy inwestować w księgozbiory bibliotek. Przecież w Polsce istnieją biblioteki, które mają pieniądze na zakup ledwie siedmiu książek rocznie! Jeśli wejdzie VAT, będą kupować jeszcze mniej.

Większość państw europejskich - z wyjątkiem Wlk. Brytanii, Irlandii i Norwegii - ma książki mniej lub bardziej opodatkowane, Dania ma aż 25-procentowy VAT.

- I fantastyczne czytelnictwo, a biblioteki - jedne z najlepszych w Europie. W krajach skandynawskich - o czym pisała ostatnio w "Tygodniku Powszechnym" prof. Jadwiga Kołodziejska - biblioteki publiczne i czytelnictwo od stu lat są priorytetem polityki kulturalnej. Społeczeństwo duńskie jest świadome znaczenia kultury w jego rozwoju. Jest też zamożniejsze i może taki VAT unieść. Podobnie jest w Niemczech, w których 7-proc. VAT nie zachwiał pierwszym miejscem Niemców na świecie, jeśli chodzi o zakup książek na głowę mieszkańca. Statystyczny Polak nie kupuje nawet pół książki rocznie, a Niemiec aż trzy, cztery. Mamy za sobą 20 lat ignorancji. I nie stać nas na więcej.

Jednak niemiecki czytelnik zarabia kilka razy więcej niż statystyczny Polak.

- Ma też inną kulturę książki. To kraj, w którym spotkanie z pisarzem jest wydarzeniem, tak jak pójście do kina czy teatru, Niemcy płacą za spotkania autorskie i uważają, że to jest jak najbardziej na miejscu. U nas ludzie są ubożsi, ale też nie mają zwyczaju inwestowania w książki. Nie mamy też takich edukatorów bibliotecznych, jakich dorobił się Zachód. Przecież tam także mówi się o kryzysie czytelnictwa, ale oni postanowili się ratować.

Państwa zachodnie mają specjalne programy edukacyjne, kampanie społeczne i inny podział pieniędzy budżetowych. Np. we Francji jest ustawa o książce i cena katalogowa, czyli ta, którą na książce drukuje wydawca, i nikt nie ma prawa jej zmieniać, chyba że książkę przeceni sam wydawca. Odrębne prawa regulują górne granice marż hurtowników i księgarzy i nie można ich podnosić. Tego w polskim prawie nie ma. Dalej: Francja, widząc, że duże sieci niszczą małe księgarnie, wprowadziła prawo, która te mniejsze chroni. Tam nie można z dnia na dzień zamknąć księgarni, która działa 50 lat, a władzom zależy na tym, żeby na mapie miasteczka były nie tylko bank i sklep telefonii komórkowej.

Jak zachowa się polski rynek, jeśli VAT wejdzie?

- Do końca nie wiadomo. Najpewniej cena książki wzrośnie o VAT, być może niektórzy wydawcy zdecydują się na jakiś czas zmniejszyć jej rentowność. To byłoby ryzykowne, bo polski rynek jest płytki. Być może paleta tytułów zubożeje - o klasykę i książki ambitne, bo wydawnictwa chętniej będą sięgać po literaturę popularną, światowe bestsellery.

Są wśród wydawców opinie o Vacie jako narzędziu porządkowania rynku, czyli eliminowania małych i średnich wydawnictw. To zgubne myślenie. Mali i średni wydawcy bywają zdolni do dużego ryzyka, przykładem wspaniałe małe polskie oficyny skoncentrowane na literaturze dziecięcej, które wyznaczają jej wysoki poziom edytorski.

Inne prognozy dotyczą relacji cenowej między książką elektroniczną i papierową. VAT miałby ceny te wyrównać. Dzisiaj mamy w Polsce 22-procentowy VAT na audiobooki i e-booki, co jest kolejną aberracją. Ujednolicenie podatku do tych 5-8 procent mogłoby wywołać skokowy rozwój rynku książki elektronicznej. Ale do tego też potrzebna jest wola polityczna.

Pozostaje jeszcze pytanie: czy wzrost cen podręczników o VAT, często jedynych książek, jakie trafiają do polskich domów i mają - z nie do końca dla mnie zrozumiałych powodów - jednoroczny żywot, zmieni politykę zakupów? W Kalifornii uczniowie korzystają z podręczników zakupionych ze stanowych funduszy w drodze przetargu i umieszczonych w internecie. W ten sposób oszczędza się pieniądze m.in. na biblioteki szkolne. Dla nas to jest pieśń przyszłości.

Jestem tym, co czytam - mawiał Brodski. A pani mówi, że wizerunek człowieka z książką to w Polsce kiepski wizerunek.

- U nas książka jest nieobecna w życiu publicznym. Celebryci, VIP-y niechętnie pokazują się z książką. Ile jest postaci w naszych serialach, które czytają książkę, żartują, spierają się na jej temat? Amerykanie robią zabawne filmy o klubach czytelniczek Jane Austen. BBC w sobotnim prime-timie puszcza godzinny program o książkach, który nie spada, dlatego że drgnęły wyniki oglądalności, bo konkurencja transmitowała mecz piłki kopanej. W Polsce ten, kto czyta, stał się w medialno-ludowym odbiorze jakimś, za przeproszeniem, frajerem, który nie wie, na czym polega prawdziwe życie, gdzie są pieniądze i, jak to się teraz elegancko mówi, fun.



*Beata Stasińska współzałożycielka wydawnictwa W.A.B. W 2002 roku wraz ze wspólnikami otrzymała od "Polityki" wyróżnienie Kreator Kultury. W 2006 - Order Kawalera Zasługi od prezydenta Francji za promowanie literatury francuskiej i europejski program wydawniczy. W 2008 - Brązowy Medal "Zasłużony Kulturze Gloria Artis", w tym samym roku "Polityka" przyznała jej pierwsze miejsce w rankingu najbardziej wpływowych postaci w dziedzinie promowania literatury polskiej.


Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA

Zagajewski o osobie w GW

"Jestem pływakiem wybrednym"

...

Katarzyna Kubisiowska 2010-06-14

Trzeba było wiejskiego atlety, by wyswobodzić dwóch krakowskich opozycjonistów. Rozmowa z Adamem Zagajewskim

Istnieje miejsce, w którym czuje się pan bezpiecznie?

- Wystarczy, żeby było ciepło i sucho, i cicho. I żeby na ulicach nie toczyły się walki powstańcze. Nie jestem wymagający, potrafię pracować w różnych miastach i mieszkaniach.

Teraz mieszka pan w Krakowie przy ulicy Pawlikowskiego, dwa kroki od Rynku.

- Na piechotę idę osiem minut. Z czasem zapewne zrobi się dziewięć, potem może dziesięć, jedenaście. Lubię Kraków, w ogóle lubię średniowieczne miasta posiadające centrum, wokół którego organizowana jest urbanistyczna przestrzeń. Takie miasto to model kosmosu, wszystko tu można znaleźć: rzekę i łąkę, dom i drzewa, kościoły i mury obronne.

To pańskie drugie własne mieszkanie w Krakowie. Pierwsze znajdowało się przy Chrobrego - też świetne miejsce, nad samą rzeczką Białuchą.

- To była klitka i o mały włos jej nie straciłem. W połowie lat 70. spółdzielnia oddała blok tzw. młodym twórcom. Ale właśnie podpisałem "List 59". Ci znajomi, którzy stali w pół drogi między partią a młodymi twórcami, mówili mi wtedy, że komitet wojewódzki rozważał, czy mi nie odebrać mieszkania za karę. Jakoś nie odebrał.

Moimi sąsiadami był m.in. Julian Kornhauser i Jerzy Radziwiłowicz. W czasie stanu wojennego w bloku panował duch solidarności, wspieraliśmy się nawzajem.

A jeszcze wcześniej był dom rodzinny w Gliwicach.

- W całkiem sporym, bo czteropokojowym gliwickim mieszkaniu ja jeden nie miałem swojego pokoju. Był gabinet ojca, w którym znikał on na wiele godzin, starsza siostra też miała swój pokój. A ja odrabiałem lekcje i słuchałem muzyki w jadalni. Tam wygospodarowano dla mnie kąt do pracy i spania. Czułem się jak gość, nieustannie wizytowany przez resztę rodziny Może nie duża trauma, ale mała to mi została. Gdy później już przyjechałem na studia do Krakowa, przez trzy lata dzieliłem pokój sublokatorski z innym studentem.Więc ten stan mieszkania kątem znów wydłużył się, dopiero pod koniec studiów wynająłem własny pokój.

A to lwowskie mieszkanie, w którym spędził pan pierwsze cztery miesiące życia w roku 1945, widział pan na rodzinnych zdjęciach?

- Nie mam takich zdjęć. Ale kilka lat temu pojechałem do Lwowa i mogłem je zobaczyć na własne oczy. Należy teraz do bardzo miłego dermatologa. To było mocne emocjonalne przeżycie, na które nigdy nie zdobyli się moi rodzice.

Zbigniew Herbert też się na to nie zdobył.

- Nikt z całej mojej rodziny nie pojechał do Lwowa, choć wszyscy tęsknili za nim. I w duchu bardzo cierpieli. Może to zabrzmi śmiesznie, ale z tym opuszczeniem wiąże się rodzaj bólu: niemowlę, które zostaje wywiezione ze Lwowa i potem tęskni za czymś, czego właściwie nie znało. To też sprawiało, że nigdy nie mogłem spoufalić się z żadnym innym miastem. No, może trochę z Krakowem. A w Gliwicach, w których przeżyłem pierwsze 18 lat, stała nade mną cała rodzina i mówiła: "To miejsce jest tylko przejściowe".

Gdy w 1945 roku rodzice opuszczali Lwów, mieli po trzydzieści kilka lat, byli jeszcze młodzi, łatwiej przyszło im zaaklimatyzować się w nowych warunkach. Najtrudniej mieli ci ze starszego pokolenia, oni nie znajdowali już w sobie siły, by zmieniać cokolwiek w swoim życiu. Nasz sąsiad, mieszkający o piętro niżej, w ogóle nie wychodził z domu, czasem tylko w piżamie pojawiał się na podwórku. To była jego forma protestu przeciw "repatriacji" i w ogóle przeciw komunizmowi. Z wysiedleniem nie pogodził się nigdy dziadek ze strony ojca, humanista, w młodości tłumacz na niemiecki młodopolskich poetów. Twardy mężczyzna o tubalnym głosie, nieznoszący sprzeciwu, patriarchalny, ale dla mnie niezwykle dobry. Kiedy wyruszaliśmy razem na spacery, ja szedłem ulicami Gliwic, on - Lwowa.

Pana mama opowiadała o tym, jak się pan urodził?

- Wiem, że urodziłem się w domu. Mamie najpierw asystowała położna, później przyszedł pediatra, który przez całe dzieciństwo towarzyszył też mojej siostrze, choć mnie zdecydowanie częściej, bo więcej chorowałem. Jak i nasza rodzina doktor Kochanowski został przesiedlony ze Lwowa do Gliwic. I to on mnie uratował w trakcie tygodniowego transportu. W drodze poważnie chorowałem, mogłem nie przeżyć podróży.

Postać mamy w pana pisaniu pojawia się rzadziej niż taty. Wiemy o niej tyle, że miała zwyczaj zaglądać, jak kończy się książka, w połowie lektury.

- Z mamą miałem pewien konflikt, o którym ona nawet nie wiedziała. Kłopot polegał na tym, że mój ojciec ustanowił bardzo wysoki poziom wiarygodności. Należał do ludzi prawdziwie skromnych, na jego tle właściwie wszyscy źle wypadali, przedstawiał sobą absolutny biegun uczciwości. Mama pochodziła z zupełnie innej rodziny, lubiła się trochę chwalić, była egocentryczna. Dzieci to świetnie widzą, czułe są na samoprezentację innych. Ale to jest jedynie ułamek tej sytuacji, przecież bardzo złożonej. Byłem nadzieją mojej mamy, a to trudna sytuacja dla dziecka.

Nadzieją na co?

- Że zrobię coś, czego ona nie zrobiła. Mama skończyła prawo we Lwowie, dużo czytała i spodziewała się, że coś z tego kiedyś wyniknie. A nic nie wynikło: po wojnie nie pracowała i miała nadwyżkę niespełnionych ambicji. Lokowała je we mnie. I jednocześnie przed maturą nawet bardziej niż ojciec naciskała, żebym zdawał na politechnikę, a nie na uniwersytet. Więc z czasem zdławiła własne humanistyczne marzenia.

Ojciec na panu nigdy nie wywierał presji?

- Rzadziej. Bywało, że abdykował po dyktatem mamy w rodzinnych sprawach. Wtedy mówili jednym głosem.

Ale przecież chciał zaszczepić w panu inżynierską pasję. Zbudowaliście razem radio kryształkowe.

- To on budował, ja się tylko przyglądałem. Pamiętam jego rozczarowanie, kiedy się okazało, że nie mam tego typu umysłu. Lubiłem bardzo radio jako słuchacz, nie jako inżynier. Jeśli ojciec usiłował mnie rzeczywiście do czegoś werbować, to do chodzenia po górach, uwielbiał wycieczki górskie. Do szlaku dojeżdżaliśmy autobusem lub pociągiem, bo przecież nigdy nie mieliśmy samochodu. Przeszedłem z ojcem prawie wszystkie polskie góry, nawet zdobyłem złotą odznakę GOT. Posiadałem książeczkę, która w każdym schronisku była podbijana, po przejściu trasy zdobywałem punkty. I suma tych punktów prowadziła najpierw do odznaki brązowej, potem do srebrnej, na końcu do złotej. Najpierw małej, potem dużej. Ojciec chytrze wymyślił tę odznakę - wiedział, że kilkunastolatek będzie łasy na jakiś znaczek.

Miłość do gór panu została?

- Gdzie tam. Mnie się podoba morze i pływanie w morzu, najlepiej Śródziemnym.

Pański ojciec został prorektorem gliwickiej Politechniki, mimo że nie należał do partii. A w marcu 1968 roku, kiedy był dziekanem, na znak solidarności ze studentami opuścił zebranie senatu uczelni.

- Później studenci przynieśli mu bukiet z dwustu róż. Po wielu latach spotkałem jednego z nich, mówił, że niesienie tylu kwiatów wcale nie było łatwe. Oni wiedzieli, że ojciec zapłacił za swoją postawę. Z uczelni nie został wyrzucony, ale przestał pełnić funkcję dziekana.

W grudniu pana ojciec skończy 98 lat i coraz częściej pojawia jako bohater pańskich wierszy.

- Ale mentalnie nie jest już obecny.

Pan za moment skończy 65 lat. To dobry wiek?

- Nie istnieje coś takiego jak wiek absolutny. Człowiek zamieszkuje w swoim wieku, definiuje go. Jeśli nie chorujemy, to naprawdę sporo zależy od naszej decyzji. W okolicach sześćdziesiątki można uznać się za człowieka zrezygnowanego czy zmęczonego, a można też wciąż odkrywać świat.

Pan intensywnie odkrywał ten świat w Krakowie, gdzie jako osiemnastolatek przyjechał pan studiować psychologię, którą zresztą szybko porzucił pan dla filozofii. Dziwny wybór: lata 60. to epoka, w której królowała filozofia marksistowska.

- Ale nie w Krakowie, który należał do wyjątków na całym obszarze od Łaby do Pacyfiku. Kiedy po 1956 roku pozwolono Romanowi Ingardenowi wrócić do zajęć ze studentami, to marksizm praktycznie przestał istnieć na krakowskiej filozofii. Niedawno rozmawiałem z przyjacielem Niemcem, który studiował w tym samym czasie filozofię w NRD i mówił, że musiał przeczytać wszystkie dzieła Lenina. Ja na studiach nie przeczytałem z nich ani jednej linijki. Pod tym względem krakowska filozofia był wyspą niezależności.

W takim razie czego pan uczył już jako akademicki wykładowca AGH na zajęciach z podstaw filozofii marksistowskiej?

- Prowadziłem ćwiczenia. I zwykle nie dochodziłem nawet do marksizmu, tylko czytałem Platona, Kartezjusza, Kanta i Kołakowskiego. Studiowanie tekstów tego ostatniego mogło uchodzić za działalność wywrotową, autor przebywał już na emigracji. Nikt mnie jednak nie kontrolował, mógłbym czytać nawet Orwella

A po co zgłosił się pan do Towarzystwa Ateistów i Wolnomyślicieli?

- Wygłosiłem tam chyba dwa odczyty. Pamiętam jeden, w jakiejś fabryce w Kętach niedaleko Krakowa. Mówiłem, zdaje się, o teorii moralności do słuchaczy o zmęczonych, wręcz popielatych twarzach, którzy w trakcie mojego godzinnego monologu drzemali albo wpatrywali się w okna.

Lubi pan wykładać?

- Nie. Od 20 lat uczę amerykańskich studentów, najpierw na uniwersytecie w Houston prowadziłem zajęcia z creative writing, czyli radziłem, jak pisać wiersze, a teraz na uniwersytecie w Chicago prowadzę seminaria, na których czytamy poezję, oczywiście nie moją. To bardzo dobry wydział, wykładał tam Kołakowski, Eliade, Bellow, Coetzee. Ale właściwie jestem antytalentem pedagogicznym, jak wszyscy ludzie małomówni. Z tym że Coetzee, który uczył tam przede mną, jest jeszcze bardziej ekstremalny, jako nauczyciel słynął z milczenia. Opowiadał mi znajomy, który prowadził z nim wspólne zajęcia, że Coetzee zadał kiedyś klasie pytanie, które musiało być trudne, gdyż zapadła cisza. Przez 17 minut nikt się nie odezwał, a Coetzee cierpliwie czekał. Gdy zapytałem mojego znajomego, kto w końcu zabrał głos, on powiedział: "Ja! Tej ciszy nie mogłem dłużej wytrzymać".

Wróćmy na moment do Krakowa. Trudno nie myśleć o Krzysztofie Oremusie, bohaterze "Ciepło, zimno", pana powieści z połowy lat 70., jako o pańskim alter ego. Po zdaniu matury Oremus tak jak pan jedzie na studia do Krakowa, gdzie, jak i pan w tamtym czasie, czuje się bezdomny. Na egzaminach wstępnych poznaje piękną dziewczyną, w której rozpoznaję pana żonę.

- Ale to kompilacja wątków autobiograficznych i fikcji. W "Ciepło, zimno" jest wątek ojca Oremusa, który popełnia samobójstwo, pozostawiając pogrążoną w rozpaczy żonę. Jeszcze w latach 70. Wiktor Woroszylski, z którym się przyjaźniłem, zapytał mnie kiedyś o samopoczucie mojej mamy. Zdziwiłem się, że nie pyta o ojca, więc od razu powiedziałem, zgodnie zresztą z prawdą, że i ojciec czuje się świetnie. "Jak to, przecież twój ojciec popełnił samobójstwo" - zdumiał się Wiktor.

Oremus zawiera kompromitujący kompromis z rzeczywistością. W pewnym klubie dyskusyjnym zostaje obsadzony w roli "dyżurnego dialektyka" mającego łagodzić wybuchające tam spory. Zaczyna pośrednio służyć totalitaryzmowi. Ile pod tym względem jest w tej postaci z pana?

- Oremus kończy tak, jak i ja mogłem skończyć. To moja karykatura. On jest przykładem zwykłego oportunizmu, chociaż przystrojonego pewnego typu intelektualizmem. W ogóle jest to problem, który dotyczył ludzi z mojego pokolenia, urodzonych już do zafałszowanego komunistycznego świata. Skazanych na dżunglę małego totalitaryzmu, nieznających żadnej innej rzeczywistości. Każdy z nas z osobna toczył dramatyczną walkę z samym sobą, jeśli chciał się wydobyć z totalitarnego kłamstwa. Dość długo na przykład byłem przekonany, że cenzura jest czymś normalnym, dopiero później zrozumiałem, że jest ona pogwałceniem wolności człowieka. Postać Oremusa można potraktować jako medyczny eksperyment: chciałem się pozbyć tej mojej cząstki, której nie lubiłem.

Czyli pana działalność w opozycji demokratycznej to był rodzaj moralnej terapii.

- To była dla wszystkich szansa zrobienia czegoś więcej. Powiększenia obszaru wolności, mówiąc patetycznie. Po październiku 1956 roku Polska należała do krajów bloku komunistycznego zdecydowanie bardziej otwartych na świat niż NRD czy Związek Radziecki. Dostępne były znakomite książki zachodnie, z wyjątkiem tych jawnie antykomunistycznych, a w kinach wyświetlano filmy Felliniego czy Bergmana. Dlatego na przykład ktoś taki jak Andrzej Walicki sprzeciwiał się opozycji, bał się, że Polska straci tę nadwyżkę socjalistycznej wolności.

W latach 70. mnożyły się seminaria, odczyty, istniał Uniwersytet Latający. Były organizowane spotkania z Andrzejem Kijowskim, Adamem Michnikiem, Wiktorem Woroszylskim, Stanisławem Barańczakiem.

Jako poeta pewnie z marszu został pan przydzielony do pracy twórczej

- Eeee, nie tylko. W roku 1980 przebywałem na stypendium w Berlinie i kontaktowałem się z Jackiem Pałasińskim, który był kurierem KOR-u i któremu przekazywałem zakupiony na Zachodzie atrament do powielaczy i inne drobiazgi. Gdy po latach spotkałem go w Rzymie, to był chyba 2000 rok, Jacek mi powiedział: „Wiesz, bez ciebie nie byłoby »Solidarności «”. Ładna historia, pomyślałem. Jacek przypomniał mi coś, co mi całkiem wyleciało z głowy. Otóż w lecie 1980 roku dostał z Warszawy zamówienie na przenośną drukarską maszynę. Kupiłem ją, ale oczywiście nie mogłem sam jej przenieść przez granicę.Musiałem w Berlinie poszukać kogoś, kto by się tego podjął. Zwróciłem się o pomoc do grupy osób, które uczyłem języka polskiego i które wybierały się na wakacje na Mazury. I ci ludzie przewieźli maszynę bez żadnego kłopotu. Problemy zaczęły się później, gdy została już przejęta przez opozycję Okazało się, że jej najważniejsza część została u tych Niemców. Zaczęły się ich poszukiwania: wiadomo było tylko tyle, że jeżdżą po Mazurach zielonym busem volkswagenem. Cudem zostali odnalezieni. Gdy w końcu ta maszyna została skompletowana, wybuchł strajk w Gdańsku, więc pojechała prosto do stoczni, gdzie drukowano na niej pierwsze odezwy strajkowe.

Filmowa historia.

- To opowiem pani jeszcze jedną, równie filmową. Którejś zimy, pod koniec lat 70., wybraliśmy się z Jackiem Woźniakowskim jego "garbusem" na zebranie Uniwersytetu Latającego, które odbywało się w Warszawie. Było dużo śniegu, w połowie drogi zjechaliśmy na jedną z polnych dróg, zrobiliśmy krótki postój. Gdy chcieliśmy ruszyć dalej, okazało się, że samochód ugrzązł w zaspie. Na nic zdały się nasze wysiłki, "garbus" nie chciał ruszyć z miejsca. Byliśmy zrozpaczeni, czas upływał, mogliśmy się spóźnić, a przecież jechaliśmy z poważną misją. Jednak w pewnym momencie na ścieżce pojawił się atletycznie wyglądający mężczyzna. I my zwróciliśmy się do niego z prośbą o pomoc. On zakasał rękawy i podniósł auto, uwolnił je ze śnieżnej pułapki. Zawstydzeni podziękowaliśmy: trzeba było miejscowego atlety, by wyswobodzić dwóch krakowskich opozycjonistów.

Do końca chyba nie utożsamił się pan z opozycją.

- Z opozycją się utożsamiałem, to był mój prawdziwy dom polityczny. Ale nie potrafiłem w sobie do końca zaakceptować roli poety wyrażającego jej nastroje. Odczuwałem niewygodę, tworząc wiersze, które mogły stać się bronią polityczną. Mało wtedy pisałem.

I w grudniu 1982 roku wyjechał pan do Paryża

- Pojechałem do ukochanej, dzisiaj mojej żony.

Zawsze mówiłem, że w Paryżu znalazłem się z wyboru, bo już o wyborze nie mogli mówić na przykład Ewa Bieńkowska, Waldemar Kuczyński czy Sewek Blumsztajn, którym stan wojenny uniemożliwił powrót do kraju. Nie zmieniłem poglądów politycznych, ale nie chciałem udawać "politycznego" Do dzisiaj zresztą nie rozumiem pewnego zdarzenia. W Paryżu istniała polska nieformalna sieć samopomocy. Ktoś stamtąd znalazł dla mnie niedrogie i dobre mieszkanie Gdy zadzwoniłem do właścicielki, ona mi tylko powiedziała: "Ale pan oszukuje!", i odłożyła słuchawkę.

Oszukuje?

- Chyba ktoś jej powiedział, że w gruncie rzeczy nie jestem "prawdziwym emigrantem".

Wtedy za Zachodzie dysydenci zza żelaznej kurtyny witani byli z honorami.

- Ja tych honorów nie pamiętam. Francuzi mieli taki system, że z każdej części świat wybierali sobie ambasadora. W latach 80. na absolutnym wierzchołku sławy był Milan Kundera. I jeszcze ceniony był Danilo Kiš, którego bardzo lubiłem jako człowieka i pisarza.

Był jeszcze Andriej Siniawski, więzień łagru, który wyemigrował do Francji w 1971 roku i wykładał na Sorbonie.

- Ale Siniawski był bardziej obecny w latach 70. On zresztą nigdy nie nauczył się francuskiego, mieszkał na obrzeżach Paryża, mówił wyłącznie po rosyjsku, francuska opinia publiczna mało o nim wiedziała. W latach 80. bardziej znany był Zinowiew, właściwie meteor literatury, wtedy świetny diagnosta systemu komunistycznego, dzisiaj autor zapomniany.

We Francji już w latach 80. bardziej od poezji ceniło się prozę. Ten stan utrzymuje się do dzisiaj.

- Życie w ówczesnej Francji było przekleństwem dla poety. Wyjechałem z Polski, gdzie do kościołów na czytanie poezji ciągnęły tłumy, a znalazłem się w państwie, w którym nie istniała instytucja wieczorów autorskich, tomiki ukazywały się w mikroskopijnych nakładach, a słowo "poeta" uchodziło nieomal za obraźliwe. Miesiąc po moim przyjeździe do Paryża byłem na kolacji u Pomianów, od lat tam mieszkających. Pytałem ich, czy sądzą, że dam sobie tutaj radę. A oni na to - z przyjacielską szczerością - że to wykluczone, że głodują nawet poeci francuscy we własnej ojczyźnie, a co dopiero poeta obcojęzyczny.

Z czego pan żył?

- Przetłumaczyłem kilka książek dla Polonia Book, to była całkiem dobrze płatna praca. Potem ukazała się moja książka w Niemczech, a Niemcy sprzyjają autorom. Teraz zbiednieli, ale jeszcze w latach 80. rząd niemiecki spory budżet przeznaczał na sztukę. Nierzadko zapraszano mnie na wieczory autorskie. Niemieckie radio było wtedy bardzo hojne - za przeczytanie kilkunastu wierszy płacono wysokie honoraria. Jasne, wszystko to była łatanina, nigdy stały zarobek, ale jakoś mnie to ratowało.

Nie żal było panu tej sławy, którą zostawił pan w Polsce?

- Tylko w filmach każdy pisarz jest szalenie przystojny, ma willę, sportowy samochód, kilka kochanek i wydaje książkę za książką W rzeczywistości jest inaczej. W Polsce zostawiłem kilku wiernych czytelników, ale jednocześnie nie mogę mówić o jakiejś sławie. Tym bardziej stała się ona niemożliwa, kiedy związałem się z ruchem opozycyjnym, za karę wstrzymywano mi wydawanie książek. Co prawda we Francji miałem dobrego wydawcę - Claude Durand z Fayarda napisał do mnie ciepły list, w którym zapewniał, że wyda wszystko, co napiszę. Nie potrafił jednak zapewnić tego, aby moje książki nie tonęły w kompletnej prawie ciszy.

Gdzie się spotykała polska emigracja?

- W sali palotynów, niedużym pomieszczeniu z witrażami Jana Lebensteina i rzeźbą Chrystusa Aliny Szapocznikow. Tam odbywały się niezapomniane spotkania z Miłoszem, Herbertem, Kisielem, Turowiczem, Woźniakowskim... Do palotynów przybywali ludzie, którzy niekiedy prywatnie nienawidzili się, zdarzało się, że łączyła ich tylko polskość i przynależność do inteligencji. Nieraz dało się słyszeć złośliwe syki. Byłe żony artystów z niechęcią patrzyły na obecne żony swoich byłych mężów - niesłychane seanse psychoterapeutyczne. To znaczy terapii nie było, ale psyche na pewno.

Słynne było u palotynów spotkanie z Wałęsą, które się odbyło jeszcze przed jego debatą z Miodowiczem w 1988 roku.

- To było ogromne spotkanie z udziałem tysiąca osób, dlatego zostało przeniesione do dużej sali przy pobliskim kościele. Wałęsa wniósł wtedy dużo optymizmu, dawał nadzieję, powtarzał: "Nie zawiodę was". Ja lubię tak komuś zaufać. Ale mój przyjaciel, z którym tam byłem, zachowywał już sceptycyzm

Pan w ogóle wierzył, że system komunistyczny kiedyś upadnie?

- Nie wierzyłem. Ale nigdy też nie starałem się o paszport francuski, z najwyższym trudem przedłużałem polski. Moja żona twierdzi, że to nie z patriotyzmu, tylko z czystego lenistwa. Aby go uzyskać, trzeba było zgromadzić masę dokumentów, m.in. o niekaralności w rodzimym kraju.

Ale jakoś zadomowił się pan w Paryżu. Widziałam pańskie zdjęcie ze ślubu z panią Mają. Obok młodej pary stoi m.in. Zbigniew Herbert, Josif Brodski, Wojciech Pszoniak

- To był piękny dzień, nawet pogoda dopisała: najpierw było pochmurnie, później słonecznie. Było sporo przyjaciół.

Wtedy właśnie Zbigniew Herbert po raz pierwszy spotkał się z Brodskim. Ale Herbert nie poszedł z nami na weselny obiad, czuł się nie najlepiej.

Pisał pan często o Herbercie, a o Brodskim rzadko. A on tak bezgranicznie wierzył w poezję.

- Brodski urodził się z dziką wiarą, że poezja jest czymś najważniejszym w życiu, coś absolutnie rewelacyjnego. Są przecież poeci, którzy deklarują, że w nią nie wierzą, choćby Różewicz. I jednocześnie Brodski wyciągał z tej wiary wnioski nie do przyjęcia. Mówił np.: kierowcy dlatego zatrzymują się na czerwonym świetle, bo czytali wiersze. Co oznaczało, że estetyka jest matką etyki. Gdyby tak miało być, gdyby liczyć tylko na czytelników poezji, nasze drogi byłyby jeszcze bardziej zasłane trupami.

Spierał się pan z Brodskim na ten temat?

- Zaciekle. On lubił ze mną rozmawiać, bo ja mu się nieustannie sprzeciwiałem, usiłowałem podważyć jego niepodważalne teorie. I tak na okrągło wracaliśmy do punktu wyjścia naszej dyskusji, po miesiącu, po pół roku, po roku. Brodski w tym czasie szlifował swoje argumenty, aby w kolejnej rozmowie je ponownie wykorzystać. Josif nieustannie myślał o swojej twórczości, wracał do tematów, które właśnie opracowywał, nawet w prywatnych rozmowach. Kiedyś zadzwoniłem do niego z Houston, byłem trochę przygnębiony i chciałem się pożalić, jak to przyjacielowi. Ale on nic nie dał mi powiedzieć, tylko od razu zapytał, co sądzę o Horacym, bo właśnie pisał o nim esej. Ja natychmiast zapomniałem o swojej melancholii i zacząłem mówić o Horacym, więc nawet pod względem psychologicznym dało to znakomity efekt. Brodski był jednym z najwspanialszych ludzi, jakich poznałem. Nietypowy poeta, bo poeci są często zatopieni w swojej introwersji i nie należą do zbytnio błyskotliwych. A Josif był fenomenalnym rozmówcą.

Praca na uniwersytecie w Houston, mimo że wiązała się rok w rok z opuszczeniem domu na trzy miesiące, była chyba solidnym zastrzykiem finansowym.

- Nie tylko finansowym, ale także psychicznym. W Paryżu miałem kilku przyjaciół, byłem związany z "Zeszytami Literackimi", ale kompletnie nie znałem francuskiego środowiska literackiego. W kraju się na mnie dąsano za "Solidarność i samotność", nie miałem za dużo wsparcia idącego znad Wisły, to wszystko było trudne. A w Stanach w krótkim czasie poznałem wybitnych pisarzy, poetów. W 1986 roku odbył się w Nowym Jorku zjazd PEN Clubu, byłem zaproszony jako jeden z gości honorowych, akurat ukazał się tam pierwszy zbiór moich wierszy. We Francji musiałem się tłumaczyć, że w ogóle żyję, a w Ameryce stanąłem niemal w blasku reflektorów, zostałem dobrze przyjęty przez środowisko. Ukułem nawet taką teorię, że poeci amerykańscy są dla innych poetów przyjaźni, ponieważ stworzono im przyzwoite warunki materialne. A poeci europejscy skazani są na darwinowską walkę o byt

W Ameryce pana książki chwaliła Susan Sontag, która zresztą pomogła zaistnieć za oceanem wielu autorom ze wschodniej Europy. A Francja nie miała swojej Sontag.

- Susan Sontag miała w ogóle entuzjazm dla pisarzy europejskich, nie tylko dla tych zza żelaznej kurtyny. Np. bardzo ceniła Sebalda, entuzjastycznie popierała go swoimi wypowiedziami. Można mówić o Susan różne rzeczy, także krytyczne, ale bez wątpienia była wielką damą literatury, osobą wielkoduszną, potrafiła powitać w literaturze innych pisarzy. Gdy jestem teraz w Nowym Jorku, to smutno mi, że nie zobaczę już nigdy Susan i Josifa.

To właśnie w Stanach napisał pan jeden z ulubionych moich wierszy: "Oglądając Shoah w pokoju hotelowym w Ameryce".

- Ten wiersz napisałem w Paryżu, po powrocie ze Stanów, gdzie byłem zaproszony na wieczór autorski na uniwersytecie w Berkeley. Miłosz wpisał mi wtedy w jednej ze swoich książek żartobliwą dedykację: "dostojnemu gościowi...". Dwie noce spędziłem w hoteliku uniwersyteckim. W telewizji szła druga część "Shoah", wcześniej widziałem tylko część pierwszą. W tym samym czasie z pokoju obok dobiegały mnie odgłosy urodzinowej imprezy. "Happy Birthday to You" zagłuszało relacje świadków Holocaustu w filmie Lanzmanna.

Co roku widuję pana na Marszach Pamięci, które wyruszają z krakowskiego Podgórza, terenu gettaw czasie II wojny światowej, a docierają do dawnego obozu w Płaszowie. Czy to forma odkupienia winy za antysemityzm pana babki oraz tego, że pana rodzina niechętnie przyjęła do klanu jedną z pańskich ciotek, z pochodzenia Żydówkę?

- Odkupienie winy - nie. Może trochę... W mojej rodzinie spotkały się dwie połowy przedwojennej Polski, endecka i piłsudczykowska, obecne do dzisiaj, tylko w innych przebraniach. Rodzice mojej mamy byli aktywnymi endekami, rodzice ojca nie mieli żadnych uprzedzeń rasowych. W pewnym sensie małżeństwo moich rodziców było politycznym mezaliansem. Gdy staliśmy się już czteroosobową rodziną, to na szczęście przeważyła w niej Polska mojego ojca.

A ciocię Busię, która była Żydówką, moja rodzina przyjmowała przez kilkanaście lat - jej rodzina też zresztą zerwała z nią kontakty. Busia nigdy nie mówiła o swoim pochodzeniu, uprawiała rodzaj mimikry. Jeśli już coś wspominała, to I wojnę światową, którą na wszelki wypadek, z mężem, wujem Józiem, spędziła w Wiedniu. Mówiła, że jak opuszczała lwowskie mieszkanie, to na stole zostawiła słoik konfitur z morelami, one miały zadowolić ewentualnych najeźdźców i powstrzymać przed większą grabieżą. Podobno po powrocie do Lwowa na stole rzeczywiście nie było słoika, brakowało też paru innych cennych rzeczy.

Wiem, ale nie od niej, że podczas II wojny światowej ukrywała się w jednej z podkrakowskich wsi. Dożyła prawie stu lat, dość wcześnie owdowiała, ale nieugięcie próbowała podkreślać normalność swojego życia. Niemal do końca jeździła na wakacje, pokazywała sobie i innym, że należy do tej lepszej warstwy, w której rytualnie wyjeżdża się na wypoczynek. A babci, matki mamy, zwyczajnie nie znosiłem, nie tylko ze względu na jej antysemityzm. Prawdę mówiąc, prawie nikt jej nie lubił.

Pan mówił wcześniej, że za "Solidarność i samotność" był pan w Polsce krytykowany. Julian Kornhauser, jako współautor, nie mógł panu darować, że odwraca się pan od postulatów "Świata nieprzedstawionego", książki mocno publicystycznej, z połowy lat 70., w której znalazło się miejsce na ostrą krytykę poetów z pokolenia '56. Czyli wszystko się toczy po kolei: pan krytykował starszych kolegów, a teraz pan jest krytykowany przez młodszych, choćby przez Marcina Świetlickiego

- Oczywiście nie jest miło być krytykowanym, czasami psuje mi to humor na dzień, ale tydzień ma jeszcze sześć dni, więc źle nie jest. Ale to jest tylko powierzchnia Ja naprawdę lubię godziny pracy, kiedy o tym zapominam, kiedy ten cały świat giełdy literackiej przestaje istnieć.

Przy czym jeszcze przestaje on istnieć?

- Przy dobrej herbacie i muzyce.

A co z pływaniem, o którym pan mówił?

- To jedyny moment, kiedy istniejemy jakoś ina-czej, trochę jak w śnie, horyzontalnie, nie wertykalnie. Siła grawitacji jest jakoś złagodzona. Należę do wybrednych pływaków, nie lubię basenów. Najchętniej pływam w Morzu Śródziemnym - to bardzo przyjazne morze, nie ma przypływów ani odpływów. A dookoła świat Homera. W ostatnich latach problem stanowią wyłącznie meduzy

20 sierpnia 2010

Architektura muzyki

Obiecane powroty do subiektywnie ciekawych art. nie tylko w GW.


Anna Cymer 2010-06-21

Goethe mówił, że architektura jest jak zamrożona muzyka. Jak nazwałby imponujące gmachy sal koncertowych, które powstają dziś na całym świecie?

Z inicjatywy Narodowego Centrum Kultury pod koniec maja odbyła się w warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych debata na temat finansowania instytucji kultury. Jej uczestnicy podkreślali, że na kulturze dobrze się dziś zarabia - w Danii, Wielkiej Brytanii czy we Francji jej udział w krajowym PKB przekracza 3 proc. W Polsce jest on trzykrotnie mniejszy, zwiększa się za to wykorzystanie środków europejskich na inwestycje.

Z dużym udziałem funduszy - m.in. z regionalnych programów operacyjnych, programu "Infrastruktura i środowisko", Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego - powstaje w Polsce kilkanaście nowych sal koncertowych. Filharmonie i orkiestry, które przez lata miały się najgorzej, sprawnie korzystają z możliwości zamiany dotychczasowych ciasnych sal o złej akustyce na audytoria na światowym poziomie.

Unia buduje nam filharmonie

W Białymstoku powstaje Europejskie Centrum Muzyki i Sztuki - Opera i Filharmonia Podlaska. W 2005 r. rozstrzygnięto konkurs na projekt, w przyszłym budowa ma być zakończona. Konkurs wygrał prof. Marek Budzyński znany z niekonwencjonalnego łączenia architektury z roślinnością. Gmach, który pomieści nawet 1,5 tys. widzów, będzie miał nowoczesną obrotową scenę dostosowaną i do koncertów, i do spektakli teatralnych oraz salę kameralną, ale pomieści też galerie sztuki, restauracje oraz część rekreacyjną - bo obok powstanie amfiteatr. Zieleń wokół budynków, na ścianach i dachu stanie się elementem architektury. Architekt wykorzystał tu położenie budynku, wkomponowując go w zbocze zielonego Wzgórza Marii Magdaleny. Koszt budowy to aż 200 mln zł - dwukrotnie więcej, niż zakładano. W tym roku do funduszy z Ministerstwa Kultury i od marszałka województwa doszło 100 mln dotacji z unijnego programu „Infrastruktura i środowisko”. Do miękko wyginającego się kształtu skrzypiec nawiązuje formą Narodowe Forum Muzyki budowane na wrocławskim placu Wolności według projektu pracowni APA Kuryłowicz & Associates. Elewacje będą wykończone materiałami charakterystycznymi dla instrumentów muzycznych - drewnem i miedzią. Specjalna konstrukcja, szczeliny w elewacjach, oddzielenie sali koncertowej od części biurowej oraz posadowienie budynku na specjalnych podkładkach mają odseparować wnętrze od hałasu i drgań gruntu wywołanych ruchem ulicznym i tym samym zapewnić doskonałą akustykę. Otwarcie planowane jest na jesień 2012 r. Oddana do użytku w 2008 r. Opera Krakowska według projektu Romualda Loeglera rok temu otrzymała od mieszkańców Krakowa tytuł Archi-Szopy, czyli najbrzydszego budynku w mieście. Złożona z trzech kolorowych, niepasujących do siebie brył przypomina podmiejskie centrum handlowe. Ten sam architekt jest autorem lepiej wpisującego się w miejską tkankę gmachu Filharmonii im. A. Rubinsteina w Łodzi. Stanęła ona w 2004 r. w miejscu nieistniejącej kamienicy - i do jej wyglądu nawiązuje. Na szklanej elewacji wykonano w technice sitodruku rysunek przypominający elementy dekoracji XIX-wiecznej zabudowy.

Być może jeszcze w tym roku ogłoszony zostanie przetarg na budowę Filharmonii Szczecińskiej. Budynek znajduje się na liście tzw. projektów kluczowych i sporą część kosztów pokryje Unia. Ogłoszony w 2007 r. międzynarodowy konkurs wygrała pracownia Estudio Barozzi Veiga z Barcelony, proponując gmach złożony ze spiczastych świetlistych segmentów. „Dynamika światła i cienia symbolizuje rozwój miasta” - mówił członek jury konkursowego architekt Marek Dunikowski.

Niedaleko - w Koszalinie - powstanie w 2012 r. filharmonia według projektu poznańskiego architekta Jacka Bułata. Już dziś budynek porównuje się do bursztynu w stalowo-szklanej oprawie. Sala na 500 osób (szczecińska będzie dwa razy większa) oraz scena dla orkiestry i chóru będą dwoma przeszklonymi ścianami otwierać się na zabytkowy park. Planowany koszt - 42 mln zł - mają pokryć regionalny program operacyjny woj. zachodniopomorskiego, Ministerstwo Kultury oraz miasto. Aż 85 proc. kosztów budowy nowej siedziby Warmińsko-Mazurskiej Filharmonii im. Feliksa Nowowiejskiego w Olsztynie pokryją fundusze unijne. Budynek, który ma być ukończony w przyszłym roku, zaprojektowała poznańska pracownia Consultor.

Natomiast rozbudowa Akademii Muzycznej w Katowicach o dużą salę koncertową znalazła się na prestiżowej liście 40 najlepszych ceglanych budynków świata roku 2008. Architekt Tomasz Konior stworzył prosty budynek o podłużnych oknach, który doskonale dopasował do wąskiej działki między zabytkowymi gmachami Akademii.

Ten sam architekt zaprojektował też największą przestrzeń koncertową w Polsce - nową siedzibę Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach. W dużej sali zmieści się tu 1,7 tys. widzów, w kameralnej - 300. Ma być gotowa w 2013 r. i kosztować 160 mln zł (w tym 122 mln ze środków unijnych); jej powstanie ma pomóc Katowicom w ubieganiu się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Na elewacjach pojawią się cegła, beton i jasny piaskowiec; jak mówi architekt, inspiracją były z jednej strony słynne familoki z pobliskiego Nikiszowca, z drugiej - kształt książki z nutami.

Budynek Filharmonii Świętokrzyskiej im. O. Kolberga w Kielcach będzie złożony z dwóch brył: przeszklonej i obłożonej lśniącym kamieniem - taką wizję przygotowała gdańska pracownia PIW-PAW Architekci. Ma być ukończony w grudniu 2011 roku i kosztować 70 mln zł. W tym samym roku powstanie sala koncertowa na toruńskich Jordankach, w pobliżu wpisanej na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO średniowiecznej starówki. Architekci z hiszpańskiej pracowni Menis Arquitectos wzięli to sąsiedztwo pod uwagę. Cztery nieregularne, połączone świetlikami moduły z białego betonu i czerwonej cegły kryją salę o chropowatych i jakby „połamanych” ścianach. Z jednej strony taka forma wnętrza zapewni dobrą akustykę, z drugiej - malowniczą grę świateł i faktur. Toruńską salę koncertową także w połowie sfinansuje regionalny program operacyjny.

Filharmonia w dokach

Mimo że nowe polskie filharmonie i opery to najczęściej przykłady dobrej architektury, daleko im do oryginalności rozwiązań zagranicznych.

Wpisana w 2007 r. na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Opera w Sydney należy do najbardziej rozpoznawalnych budynków świata na równi z egipskimi piramidami i rzymskim Koloseum. Otwarta w 1973 r., jest dziełem wówczas 38-letniego duńskiego architekta Jörna Utzona. Mimo że nigdy więcej Utzon nie zbudował nic tak spektakularnego (projektował domy i osiedla), w 2003 r. otrzymał Nagrodę Pritzkera - właśnie za stworzenie „ikony XX wieku”. O miano ikony XXI w. może ubiegać się oddana do użytku trzy lata temu Opera w Oslo. Norweska pracownia Snöhetta otrzymała za nią grad nagród, w tym prestiżową Mies van der Rohe Award dla najlepszego europejskiego budynku. Rozłożony na kilku ukośnych platformach biały budynek z trzech stron otoczony jest wodą. Jego prosta forma nie przytłacza, a zaplanowana razem z nim otaczająca go ogólnodostępna przestrzeń zachęca do spędzania tam czasu. Do końca tego roku ma być oddana do użytku warta 240 mln euro filharmonia w Hamburgu. Jej budowa jest częścią wielkiego przedsięwzięcia Hafencity, które ma przemienić stare portowe doki w nowoczesną dzielnicę. Szwajcarski duet Herzog & de Meuron zaprojektował spiczastą górę lodową na otoczonym wodą cyplu - na istniejący tu ceglany magazyn nałożono szklaną świecącą czapę. Potężny, widoczny z daleka budynek nadaje charakter całej nowo budowanej dzielnicy.

W Porto w 2005 r. holenderska pracownia OMA zbudowała Casa da Musica - siedzibę Narodowej Orkiestry Portugalii. Według szefa pracowni Rema Koolhaasa gmach miał być twórczym przekształceniem tradycji sal koncertowych w formie „pudełek na buty”. Sam budynek zachował prosty kształt przypominający sklejoną z tektury przez dziecko bryłę geometryczną. Dla projektantów ważniejsze było otwarcie na przestrzeń wokół - gmach stanął na jednym z głównych placów Porto - co osiągnęli poprzez liczne przeszklenia i wejście zaplanowane na szeroko otwartej na plac platformie.

Największa sala koncertowa Europy powstała trzy lata temu w Strasburgu. Zaprojektowali ją Massimiliano i Doriana Fuksas. Pomieści aż 10 tys. widzów, z zewnątrz przypomina lekko pochylający się na jedną stronę intensywnie pomarańczowy walec. Konstrukcja ze zbrojonego betonu wspiera się na 20 stalowych słupach, a eliptyczne wnętrze zapewnia doskonałą widoczność z każdego punktu widowni. Sala Zénith należy do sieci podobnych obiektów, budowanych we Francji w celu popularyzacji muzyki - od klasycznej do popu.

Centrum Muzyki Pop w Taipei to zaś pierwsze centrum kulturalne w Azji poświęcone muzyce popularnej. Ma zostać zbudowane w 2014 r. według projektu nowojorskiej pracowni Reiser i Umemoto. Będzie to kompleks budynków, w którym znajdą się sale koncertowe, multimedialne biblioteki, Muzeum Sławy, sklepy, a także teren na koncerty pod gołym niebem przeznaczony dla 15 tys. widzów. Budynki centrum połączono platformami, po których teatralna scena będzie się mogła przemieszczać. Centrum zostanie uzbrojone we wszystkie nowinki techniczne, od najnowocześniejszego systemu nagłośnienia czy świateł po elewacje przystosowane do projekcji filmowych. Dzięki temu każdy koncert będzie oddziaływał na wszystkie zmysły.

Znany brytyjski architekt Nicholas Grimshaw powiedział kiedyś, że marzy o zaprojektowaniu sali koncertowej (jak dotąd nie dostał takiego zamówienia), bo to jedyny budynek, który zawsze projektuje się "od środka" - najpierw trzeba opracować wnętrze z poszanowaniem zasad akustyki i funkcjonalności, dopiero później można myśleć o powłoce zewnętrznej. Taka kolejność pracy zmusza do pokory i zapewnia efekt w formie jasnej, zrozumiałej konstrukcji. Bo przecież w architekturze sal koncertowych najważniejsza jest muzyka.

18 sierpnia 2010

"Za długie, nie przeczytam..."





Spośród tradycyjnych sposobów odbioru kultury, czytanie jest jedynym, do którego człowiek nie został przystosowany ewolucyjnie.
Słuchanie muzyki, oglądanie obrazów, sztuk teatralnych opiera się na sprawnościach ludzkich zmysłów i mózgu doskonalonych przez miliony lat. Do lektury natomiast nie wystarczy zdolność dostrzegania znaków na papierze – zachodzi tu nadto skomplikowany proces transformowania symboli w znaczenia. Jest on efektem treningu, który każdy człowiek z osobna musi przejść, zanim przekroczy granicę imperium książki.

Ten trening oraz powtarzane doświadczenia czytelnicze zmieniają strukturę kognitywną w sposób jak najbardziej mierzalny. Skany neurologiczne ujawniają obszary mózgu aktywowane w trakcie lektury; uwidaczniają się różnice w skali makro i mikro. Eksperymenty pokazały, że już samo wyobrażenie sobie liter zapala neurony w innych rejonach mózgu, gdy są to małe litery (a), i w innych rejonach, gdy wielkie (A).

Wtrenowanie się w biegłość w danym języku oznacza bowiem najzupełniej dosłowne przeformatowanie mózgu, tj. wykształcenie w nim neuronowych połączeń i trybów aktywności najlepiej odpowiadających specyfice danego języka. Maryanne Wolf w „Proust and the Squid. The Story and Science of the Reading Brain” przytacza multum fascynujących przykładów. I tak: osoby anglojęzyczne (posługujące się alfabetem łacińskim) wykorzystują prawie wyłącznie lewą półkulę, zwłaszcza jej tylną część. Osoby posługujące się alfabetem chińskim (logosylabowym) używają zaś do lektury obu półkul. Przypadek czytelników japońskiego jeszcze uwypukla tę specyfikę: mamy tam sylabiczne pismo kana, stosowane do nazw własnych, słów obcych, technicznych itp., i mamy logograficzne pismo kanji, bliższe chińskiemu. Na skanach widać, jak mózg Japończyka „przeskakuje” między aktywnościami właściwymi chińskiemu lub angielskiemu, nawet gdy odczytuje te same słowa zapisane w kana i kanji.

Czy różnice zależą wyłącznie od języka, czy także od sposobu posługiwania się nim? W historii ludzkości doświadczyliśmy tu co najmniej jednej rewolucji: przejścia z kultury słowa mówionego do kultury słowa pisanego. Grzegorz Jankowicz („TP” 31/10) przywołuje słynne obawy Sokratesa z Platońskiego „Fajdrosa” – że pismo spowoduje osłabienie pamięci – jako przykład bezpodstawnych lęków wobec przemian cywilizacyjnych. Czy Sokrates nie miał jednak racji?

Fałszywe rozumienie

Zmiana nastąpiła. Ludzie wychowani w kulturze słowa pisanego (zwłaszcza – w kulturze druku) inaczej mówią, inaczej myślą, inaczej zapamiętują i inaczej postrzegają świat.

Już nie uczymy się słuchowo, w rozmowie, kształtowani przez osobowe relacje z nauczycielem (mistrzem); uczymy się wzrokowo, z martwego, niezmiennego tekstu, „od nikogo”.
Dla Sokratesa myślenie to był dialog – z kimś albo z sobą samym. W grece homeryckiej nie da się właściwie opisać procesów myślowych, tak jak to czynimy dzisiaj: „czytając” swój umysł.

W kulturze oralnej pamięć jednostkowa pełniła rolę biblioteki publicznej. Zastanówmy się: ile stron (poezji, prozy) znamy teraz na pamięć? Ludzie z pokolenia moich dziadków recytowali z głowy długie ustępy klasyki, i to w podeszłym wieku.

Kiedy uczysz się ze słuchu i polegasz wyłącznie na pamięci, nie masz odruchu kwestionowania usłyszanego – najważniejsze, by wpierw wiernie zapamiętać przekaz. Nastawienie interpretacyjne i całe instrumentarium nowożytnego myślenia krytycznego powstały dopiero dzięki upowszechnieniu pisma.

Ważniejszą niż zarzut uwiądu pamięci była jednak obiekcja Sokratesa dotycząca „fałszywego rozumienia”: możesz przeczytać kompendium danej nauki i uważać się za wyedukowanego w niej, w istocie niewiele pojąwszy z tego, co przeczytałeś. Kształcąc się w żywej interakcji z rozmówcą-nauczycielem, nie pospieszysz do następnego etapu dyskursu, nie przyswoiwszy istoty uprzedniego. Twój rozmówca potrafi rozpoznać, gdy nie rozumiesz, o czym mówisz; książka – nie. Różnice dają się obiektywnie zmierzyć. Badania portugalskich neurologów (skany MRI rozmaicie wykształconych 60-latków) pokazały, że analfabeci wykonują zadania językowe – także podczas rozmowy – w płacie czołowym, a czytający – w płacie skroniowym.

Przejście do kultury opartej na cyfrowych technologiach komunikacji (i do człowieka o mózgu przez nie sformatowanym) oznacza zmianę co najmniej tak samo doniosłą jak ta, której świadkiem był Sokrates.

Myślę w rytmie staccato

Medialna kariera „klątwy lektury internetowej” zaczęła się od publikacji artykułu Nicholasa Carra „Is Google Making Us Stupid?” w „The Atlantic” (lipiec 2008 r.). Carr rozwija go następnie w książkę („The Shallows”). Media podjęły ten temat ochoczo. Przytaczano m.in. rozpropagowane przez Carra wyniki eksperymentu przeprowadzonego przez Gary’ego Smalla z UCLA. Small wpakował do skanera MRI dwie grupy ochotników: doświadczonych internautów oraz nowicjuszy. Wyraźnie uwidoczniła się różnica ich aktywności mózgowej w trakcie korzystania z internetu: struktury aktywności „starych” internautów były znacznie bardziej rozbudowane, zwłaszcza w ośrodkach podejmowania decyzji i rozwiązywania problemów w korze przedczołowej. Small następnie dał ochotnikom sześć dni przerwy, w trakcie których nowicjusze mieli spędzać godzinę dziennie na przeszukiwaniu internetu. Kolejne skany ujawniły dramatyczną zmianę we wzorcach aktywności świeżych internautów: ich mózgi właściwie nie różniły się od mózgów internetowych weteranów. Byli już trochę innymi ludźmi, trochę inaczej myśleli.
Eksperymenty kliniczne nie są konkluzywne, lecz potwierdzają osobiste doświadczenia, które w mniej konkretny sposób opisywali użytkownicy sieci; Carr zaś jako pierwszy zebrał i nagłośnił te relacje.

„Kiedyś potrafiłem zagłębić się w lekturze na długie godziny – dzisiaj walczę, by skupić się na kilku stronach. Czuję niemal fizycznie, jak coś wyrywa mnie z lektury: mój umysł przeskakuje z tekstu do innego strumienia informacji, nawet gdy nie ma żadnego innego strumienia informacji”.

„Myślę w rytmie staccato. Umiem odbierać »równolegle« krótkie przekazy z wielu źródeł, ale nie jestem już w stanie przeczytać »Wojny i pokoju«”.

Nawet gdy chcą, nie potrafią „przełączyć” sobie mózgu z powrotem: nabycie biegłości internetowych wyklucza zachowanie starej zdolności do lektury.

Głód bodźców

Zauważyłem u siebie następujący objaw: sama m o ż l i w o ś ć dostępu do sieci (wejścia w tryb myślenia ? la Google) czyni niezwykle trudnym skupienie się i pracę nad tekstem w tradycyjny sposób. Muszę fizycznie odciąć się od dopływu informacji, żeby umysł przestawił się na „myślenie książkowe”, przestał skakać po skojarzeniach i domagać się coraz to nowych bodźców uwagi. Ale nie wystarcza zamknięcie przeglądarki czy odejście parę kroków od komputera – bo nadal w i e m, że od strumienia informacji dzieli mnie jedna decyzja, jedna sekunda; umysł czeka w gotowości.

To samo dotyczy prób czytania głębszych narracji przy włączonym komputerze z dostępem do sieci, nawet jeśli sam monitor został wyłączony. Stąd coraz popularniejszy sztywny podział na komputer z internetem i komputer bez internetu, przeznaczony wyłącznie do pracy.

Może jednak to wyłącznie kwestia formy i te same dane przyswoimy sobie równie dobrze, gdy podane zostaną w „trybie internetowym”? Jeszcze w 2001 r. przeprowadzono następujący test: jedna grupa czytała opowiadanie w tradycyjnej formie, a druga – przedstawione na sposób internetowy (hipertekstowo). Czytaczom internetowym lektura nie tylko zabrała więcej czasu, ale na koniec siedmiokrotnie częściej zgłaszali niezrozumienie tego, co właśnie przeczytali.

Prowadzono też badania masowe, podglądające aktywność internautów. Statystyczny użytkownik nie wytrzymuje w jednym tekście dłużej niż kilka akapitów, po czym przeskakuje do następnego. Czasami zapisuje dłuższe dokumenty, ale czy kiedykolwiek później do nich wraca?

Biznes dawno rozpoznał te prawidłowości: teksty zamieszczane w komercyjnych portalach dzieli się na maleńkie strony-porcje.

Powstał sieciowy akronim na ów nieprzezwyciężalny odruch ucieczki ze zbyt rozbudowanego wywodu: TL;DR. Too Long; Didn’t Read. Zbyt długie; nie przeczytałem.
Bez wynikania

Zachodzą jednak zmiany głębsze, sięgające poza sposób zdobywania informacji, do samego rdzenia procesów myślowych. Znajomi nauczyciele akademiccy opowiadają mi o rosnącej różnicy między studentami z roczników „wychowanych na Google” i dawniejszych. Z tymi pierwszymi coraz trudniej wejść w intelektualny dialog opierający się na formach wnioskowania właściwych dla „kultury książki”.

Rozumowania wymagające utrzymania w głowie długich łańcuchów implikacji (A ? B ? C ? D ? E) okazują się coraz trudniejsze. Umysły zguglowane sprawnie natomiast rozumują „przez sąsiedztwo”, operując wtedy nawet na bardzo dużych zbiorach danych ({A, B, C, D} {E, F, B} {A, C, E, G, H, I}).

Rozumowania asocjacyjne zastępują inferencje i implikacje właściwie we wszystkich dziedzinach życia. W reklamie dawno stały się normą – ale również w debacie publicznej i coraz częściej w artykułach prasowych przemawia się do nas porzuciwszy argumentacje, w których jedna myśl wynika z drugiej, na rzecz huraganowych salw niepowiązanych stwierdzeń: „Polska jest piękna”; „Trzy razy trzy równa się dziewięć”; „Mój przeciwnik to cham”. Implikacja nie pełni nawet roli retorycznej. Np. były minister Kaczmarek frazy „w związku z powyższym” używa zamiast przecinka – żadne związki logiczne tam nie występują, ale któż to dostrzega?

Google zgwałciło nam mózgi.

Rytuały mózgu

Czytający także piszą. (A może: piszący także czytają?)

Google to oczywiście symbol i soczewka ogółu procesów cywilizacyjnych i nowoczesnych technologii, które po rewolucji komputerowej zmieniają nasze życie. A zależności biegną w obie strony: znaczenie ma nie tylko sposób, w jaki odbieramy treści, ale też to, jak je tworzymy.

Wielokrotnie przytaczano anegdotę o przygodzie Nietzschego z maszyną do pisania: przymuszony stanem zdrowia, „przesiadł się” na nią w 1882 r. Znajomi natychmiast spostrzegli różnicę: Nietzsche stał się myślicielem jeszcze bardziej zwięzłym, aforystycznym. Heidegger wyklinał maszynę do pisania z zasady: jako przyczynę nawet brutalniejszego oderwania przedmiotu pisarstwa (słowa) od podmiotu (piszącego). Rytuały twórców literatury pięknej dla laika sprawiają wrażenie zgoła magicznych. Vladimir Nabokov pisał na stojąco, na tysiącach fiszek, rearanżując je potem w dowolnych konfiguracjach – co odbijało się w zawikłanej strukturze jego powieści. Truman Capote z kolei pisał na leżąco, co więcej: pierwszą i drugą wersję – ręcznie ołówkiem, trzecią – na maszynie. Neal Stephenson, przechodząc od science fiction do historycznej epopei, zamienił komputer na wieczne pióro i ryzy papieru czerpanego.
Ale to nie puste rytuały, to naturalne uwarunkowanie mózgu. Wittgenstein (późny) ujmował myślenie w kategoriach bardzo praktycznych czynności fizycznych. Myślenie to operowanie znakami – lecz operujemy nimi ręką (gdy piszemy), ustami i krtanią (gdy mówimy) itd. „Mają zatem sens wyrażenia: »myślimy naszymi ustami«, »myślimy ołówkiem i kartką papieru«”.

Dzisiaj zaś myślimy edytorami tekstu, e-mailami, tweetami, sms-ami, klawiaturami komputerów i komórek.

Rozmycie

Pisząc w edytorach tekstu, doświadczamy języka jako czegoś nieskończenie płynnego. Znakiem takiej literatury jest woda, podczas gdy znakiem literatury papierowej było drewno. E-tekst rozlewa się w czasie i przestrzeni.

W czasie – bo nie zamarza nigdy do postaci konkretnej, niezmienialnej. Otwórz w Wordzie Biblię, naciśnij klawisz – już zmieniłeś Pismo Święte. W pewnym sensie oznacza to koniec myślenia interpretacyjnego rozwiniętego w tradycyjnej kulturze pisma – słowo znów utraciło stałą, obiektywną postać.

W przestrzeni – bo prosta operacja w edytorze wycina, mnoży, przekleja całe bloki tekstu. Ta zgubna łatwość przesuwania i zmieniania toku opowieści przenosi się wprost na rytm narracji we współczesnej literaturze. Redaktorzy i korektorzy walczą z nowym rodzajem błędów powtórzenia: dublują się nie pojedyncze słowa, a długie fragmenty – autor tyle razy stosował „kopiuj-wklej”, że zapomniał, co gdzie przekleił. Nawet w jego umyśle tekst się roztopił i rozpłynął.

Co ważne: ponieważ pisząc w edytorze, nie jesteśmy w stanie obejmować myślą i wzrokiem więcej niż ten wycinek tekstu, który akurat znajduje się na ekranie, okno „uwagi fabularnej” jest znacznie mniejsze niż w narracjach tradycyjnych tworzonych na papierze. Ta cecha wiąże się bezpośrednio z zanikiem rozległych rozumowań implikacyjnych na rzecz lokalnych rozumowań asocjacyjnych. Wykształcił się oto nawyk lektury „szczelinowej”, „punktowej”.

Proszę sobie przedstawić czytanie jako proces: lampa umysłu oświetla pogrążony w mroku fresk językowy. Dziś czytamy inaczej, bo wymontowano nam z głów reflektory, zastępując je chirurgicznymi latarkami.
Autorom się wydaje

Jak to wszystko odbija się na tworzonej współcześnie literaturze? O jasną diagnozę bynajmniej niełatwo. W praktyce – u autorów i czytelników – na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z dwoma przeciwnie skierowanymi trendami.

Z jednej strony, istnieje silne przekonanie, iż zmiany warunków życia i uczestniczenia w kulturze wymuszają zmianę form literackich. Owszem, w pewnym momencie prawie cała literatura polska składała się z powieści nieprzekraczających dwustu stron – i taki jej kształt uważano za historyczną konieczność. Najprostsze byłyby wyjaśnienia następujące: (1) autorzy piszą tak, bo inaczej już nie potrafią (umysły pisarzy uległy przeformatowaniu); (2) autorzy piszą tak, bo czytelnicy nie potrafią już inaczej czytać (umysły czytelników uległy przeformatowaniu). Wariant 2 rozbija się znowuż na dwie możliwości: (2a) przekonanie autorów jest zgodne z prawdą (czytelnicy istotnie się w ten sposób zmienili); (2b) przekonanie autorów jest niezgodne z prawdą (autorzy tylko sobie wyobrażają, że czytelnicy się w ten sposób zmienili).

Z drugiej bowiem strony, nieprzerwanie od PRL-u obecny był trend odwrotnie skierowany – ku epice w rozmiarach XXL. To nieprawda, że takie książki pojawiły się dopiero niedawno, „w reakcji” na kulturę Google’a. Zachodnia literatura popularna preferuje coraz dłuższe powieści co najmniej od lat 70. Niemal każda rozmowa o moim „Lodzie” zaczynała się od zdziwienia dziennikarza-krytyka: dla kogo właściwie napisałem taką cegłę? Przecież w i a d o m o, że „dzisiaj grubych książek nikt nie czyta”. Takie myślenie stanowi odpowiednik fenomenu Unii Wolności: „nie znam nikogo, kto nie głosowałby na Unię, więc jak mogłaby przegrać?”. Środowiska opiniotwórcze bardzo łatwo otorbiają się w swoich ekosystemach kulturowych i projektują własną normalność na całość społeczeństwa. Co naturalne: one zazwyczaj są najdalej wysunięte na froncie cywilizacyjnym i najmocniej doświadczają tych zmian.

Z pozoru najbardziej prawdopodobny wydaje się więc wariant 2b.

Powieść guglowa

Czy to jednak oznacza, że ostatecznie te procesy ogarną wszystkich i jeszcze trochę, a z przyczyn czysto neurologicznych nikt już nie będzie w stanie – nie zbiegłszy do jakiejś pustelni bez internetu – przeczytać tekstu dłuższego niż blog-notka?
Sądzę, że to rozpoznanie zbyt proste, zbyt czarno-biała alternatywa. Książki się zmieniają, to prawda, ale inaczej. „Wojnę i pokój” może trudniej przeczytać, lecz chętnie czytamy utwory równie długie – tylko że odmiennie skonstruowane.

Mamy do czynienia ze specyficznym połączeniem cech klasycznej epiki wagi ciężkiej z literaturą pokoleń Google’a. Metodą prób i błędów powieść wypracowała formułę skutecznie rozbrajającą w mózgu czytelnika odruch TL;DR.

I nie jest w tej ewolucji osamotniona: połączenie długich form narracyjnych z wrażliwością guglową uznaję wręcz za symbol kultury pierwszej dekady XXI wieku – bo to także czas niebywałego wzrostu popularności telewizyjnych form serialowych: te tasiemce ogląda się w wielogodzinnych maratonach; seriale stały się dla nas domyślną metodą „opowiadania świata”. Również sesje gier komputerowych trwają godzinami (niekiedy przez całą noc).

Przede wszystkim „literatura Google’a” operuje mikromodułami narracji. Rzuca się to w oczy już w graficznym układzie tekstu. Proszę otworzyć w dowolnym miejscu któryś z tomów serii „Millenium” Stiega Larssona, tego wzorca współczesnego bestsellera (a każdy tom to ponad 600 stron). Mamy tu bloki tekstu wprost odpowiadające scenom z nowocześnie montowanego serialu: ujęcie, ujęcie, dialog, cięcie.

Z tym wiąże się druga cecha wspólna z serialami: symultaniczność. Akcja rozbita zostaje na kilka (a niekiedy – jak u Kinga, w technothrillerach czy sagach fantasy – kilkanaście lub kilkadziesiąt) wątków, lokalizacji, wiodących postaci. W ten sposób powieść (i serial) sztucznie zaspokaja owo wdrukowane w zguglowany mózg pragnienie przeskakiwania do wciąż nowych strumieni danych: nie mogę na kartkach książki otworzyć kolejnego okna przeglądarki czy wejść na kolejny kanał czatu, ale zanim ten odruch bezwarunkowy wyrwie mnie z lektury – jestem już w innym wątku, w innej scenografii, z innymi bohaterami. I znowu. I znowu. I znowu...

Wspólna dla tej literatury i seriali jest też zasada fragmentacji, dzięki której umysł nie musi sięgać poza wąski obszar oświetlony przez latarkę uwagi. Nawet gdy oglądasz ciągiem pół sezonu, gdy czytasz gruby tom, to dla orientacji w opowieści wystarcza ci utrzymanie w głowie zaledwie jednego odcinka, kilkudziesięciu stron. W serialu odpowiada za to zamknięta struktura scenariusza każdego odcinka oraz telegraficzne streszczenia zdarzeń uprzednich doklejane przed czołówką. W przypadku powieści guglowej czytelnicy ze starszych pokoleń – i jakże wielu recenzentów! – narzekają na wodolejstwo i zbędne repetycje. Ale właśnie ta technika powtórzenia zabezpiecza czytelników zguglowanych przed zagubieniem. Książka to nie blog, lecz wedle powyższych założeń nie powinna żądać większego wysiłku w lekturze niż blogi.
Słowa, słowa i po słowach

Tak naprawdę jednak to nie blogi określają dzisiaj kierunki rozwoju komunikacji sieciowej. Jej ciężar przeniósł się na komunikatory jeszcze szybsze i skrótowe, jak Twitter czy Blip, które mają im właściwe modele narracji („opowiedz swój stan ducha w 140 znakach”); a także na tekstowe i pozatekstowe aplikacje serwisów społecznościowych.

Internet bowiem istotnie spowodował nadzwyczajną obfitość produkcji słowa pisanego. Nigdy w historii ludzkości statystyczny człowiek nie pisał tyle listów, co w szczycie użyteczności e-maila – który mamy już za sobą.

Gdyż wszystko wskazuje, że dominacja słowa w sieci to etap przejściowy, bo stanowiący bezpośredni skutek ograniczeń technologicznych w metodzie wprowadzania i prezentacji danych, a zwłaszcza zarządzania nimi, organizacji, przeszukiwania itp. Po prostu operacje na dźwiękach, grafice, filmach były i nadal są trudniejsze do zaklęcia w tani i wygodny dla użytkownika software i hardware – niż operacje na tekście. Wszelako branża pompuje tu w badania i rozwój coraz potężniejsze sumy i należy się spodziewać, że formaty audio i wideo stopniowo przejmą większość użytkowo-komunikacyjnych funkcji tekstu.

Jak wtedy zmienią się nam mózgi? W jaki sposób do tych zmian przystosuje się książka? Tego nie sposób jeszcze przewidzieć – jednak optymistycznie nastraja sama ta plastyczność literatury, żywotność wobec ofensywy nowych mediów nawet gatunku tak konserwatywnego jak powieść.

Inny mózg czyta, trochę inaczej i trochę inne książki – ale mimo wszystko czyta.

I cóż, że piszesz?

Idąc wszak za Lemem, nawet jeśli „piszą wszyscy”, to nikt nie czyta, a jak czyta, to nie rozumie, a jak rozumie, to nie pamięta. W wielu wypowiedziach – choć akurat nie w dyskusji na łamach „TP” – pobrzmiewa obawa przed potopem słowa pisanego i deprecjacją, wręcz sprofanowaniem literatury przez tę masowość. (Wystarczy chwila z Google’em, by znaleźć tuziny forów i serwisów poświęconych treningowi pisarskiemu i sposobom wydania książki). Biorę te strachy za przejaw błędnego rozumienia literatury jako sztuki – za fetyszyzację samego aktu pisania.
Czy rzeczywiście istotą literatury pięknej jest produkcja słowa pisanego – czy też to, co w nim przekazujemy, co nim wywołujemy w umysłach czytelników? Tak samo jak zwalczenie analfabetyzmu nie uczyniło ze wszystkich pisarzy-artystów, tak i nie uczyni ich nimi możliwość powszechnej publikacji. Wydawnictwa drukujące dzieła grafomanów na ich koszt nie są nowym wynalazkiem. Każdy, kto chce, może się mienić pisarzem i przedstawiać na dowód sążniste publikacje. I cóż z tego?

Absolutna wolność publikowania w internecie powinna zadziałać wręcz oczyszczająco, uwalniając akt twórczy z ornamentyki rytuałów.

Nie jesteś nikim wyjątkowym dlatego, że umiesz pisać. Nie jesteś wyjątkowym dlatego, że napisałeś opowiadanie czy powieść. Istotna będzie dopiero ich jakość, oryginalność. Moc.

JACEK DUKAJ (ur. 1974) jest pisarzem. W swoich powieściach i opowiadaniach tworzy kompletne światy, z własną nauką, historią, filozofią i teologią. Laureat m.in. nagrody im. Janusza A. Zajdla (pięciokrotnie), Nagrody Kościelskich – za „uniwersalne wartości jego twórczości, sprawność językową i narracyjną oraz rozmach jego powieści” oraz Europejskiej Nagrody Literackiej. Wydał m.in. powieści „Xavras Wyżryn” (1997), „Czarne oceany” (2001, 2008), „Inne pieśni” (2003), „Perfekcyjna niedoskonałość” (2004, 2008), „Lód” (2007), najnowszą jego powieścią jest „Wroniec”, przekładający na dziecięcą wyobraźnię czas stanu wojennego w Polsce ’81.

17 sierpnia 2010

Bobbi kontra GW

Oczywiście tytuł żartobliwy, chociaż... w tym momencie słucham na Dwójce koncertu z Sali Kongresowej PKiN w ramach 6. Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego „Chopin i jego Europa”: Bobby McFerrin i NDR Big-Band pod dyrekcją Gila Goldsteina (opracowania utworów Fryderyka Chopina oraz m.in. Charlie Parkera, Jorge Prado, Zbigniewa Seiferta, Antonia Carlosa Jobima i Claude'a Debussy'ego). Po prostu palce i uszy lizać.

A ostatnio dużo jazzu we mnie. Klasyki także jak zawsze. Ostatnie "odkrycie" to Lars Danielsson & The Signature Edition. Polecam na YT Song for E.

PS.
Dlaczego kontra Gazeta Wyborcza? Zapomniałbym. Bo zamierzam zacząć pseudopublikacje najciekawszych dla mnie art. z ostatnich kilku miesięcy... i nie zacząłem przez - nie! - DZIĘKI Bobbiemu.