20 sierpnia 2010

Architektura muzyki

Obiecane powroty do subiektywnie ciekawych art. nie tylko w GW.


Anna Cymer 2010-06-21

Goethe mówił, że architektura jest jak zamrożona muzyka. Jak nazwałby imponujące gmachy sal koncertowych, które powstają dziś na całym świecie?

Z inicjatywy Narodowego Centrum Kultury pod koniec maja odbyła się w warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych debata na temat finansowania instytucji kultury. Jej uczestnicy podkreślali, że na kulturze dobrze się dziś zarabia - w Danii, Wielkiej Brytanii czy we Francji jej udział w krajowym PKB przekracza 3 proc. W Polsce jest on trzykrotnie mniejszy, zwiększa się za to wykorzystanie środków europejskich na inwestycje.

Z dużym udziałem funduszy - m.in. z regionalnych programów operacyjnych, programu "Infrastruktura i środowisko", Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego - powstaje w Polsce kilkanaście nowych sal koncertowych. Filharmonie i orkiestry, które przez lata miały się najgorzej, sprawnie korzystają z możliwości zamiany dotychczasowych ciasnych sal o złej akustyce na audytoria na światowym poziomie.

Unia buduje nam filharmonie

W Białymstoku powstaje Europejskie Centrum Muzyki i Sztuki - Opera i Filharmonia Podlaska. W 2005 r. rozstrzygnięto konkurs na projekt, w przyszłym budowa ma być zakończona. Konkurs wygrał prof. Marek Budzyński znany z niekonwencjonalnego łączenia architektury z roślinnością. Gmach, który pomieści nawet 1,5 tys. widzów, będzie miał nowoczesną obrotową scenę dostosowaną i do koncertów, i do spektakli teatralnych oraz salę kameralną, ale pomieści też galerie sztuki, restauracje oraz część rekreacyjną - bo obok powstanie amfiteatr. Zieleń wokół budynków, na ścianach i dachu stanie się elementem architektury. Architekt wykorzystał tu położenie budynku, wkomponowując go w zbocze zielonego Wzgórza Marii Magdaleny. Koszt budowy to aż 200 mln zł - dwukrotnie więcej, niż zakładano. W tym roku do funduszy z Ministerstwa Kultury i od marszałka województwa doszło 100 mln dotacji z unijnego programu „Infrastruktura i środowisko”. Do miękko wyginającego się kształtu skrzypiec nawiązuje formą Narodowe Forum Muzyki budowane na wrocławskim placu Wolności według projektu pracowni APA Kuryłowicz & Associates. Elewacje będą wykończone materiałami charakterystycznymi dla instrumentów muzycznych - drewnem i miedzią. Specjalna konstrukcja, szczeliny w elewacjach, oddzielenie sali koncertowej od części biurowej oraz posadowienie budynku na specjalnych podkładkach mają odseparować wnętrze od hałasu i drgań gruntu wywołanych ruchem ulicznym i tym samym zapewnić doskonałą akustykę. Otwarcie planowane jest na jesień 2012 r. Oddana do użytku w 2008 r. Opera Krakowska według projektu Romualda Loeglera rok temu otrzymała od mieszkańców Krakowa tytuł Archi-Szopy, czyli najbrzydszego budynku w mieście. Złożona z trzech kolorowych, niepasujących do siebie brył przypomina podmiejskie centrum handlowe. Ten sam architekt jest autorem lepiej wpisującego się w miejską tkankę gmachu Filharmonii im. A. Rubinsteina w Łodzi. Stanęła ona w 2004 r. w miejscu nieistniejącej kamienicy - i do jej wyglądu nawiązuje. Na szklanej elewacji wykonano w technice sitodruku rysunek przypominający elementy dekoracji XIX-wiecznej zabudowy.

Być może jeszcze w tym roku ogłoszony zostanie przetarg na budowę Filharmonii Szczecińskiej. Budynek znajduje się na liście tzw. projektów kluczowych i sporą część kosztów pokryje Unia. Ogłoszony w 2007 r. międzynarodowy konkurs wygrała pracownia Estudio Barozzi Veiga z Barcelony, proponując gmach złożony ze spiczastych świetlistych segmentów. „Dynamika światła i cienia symbolizuje rozwój miasta” - mówił członek jury konkursowego architekt Marek Dunikowski.

Niedaleko - w Koszalinie - powstanie w 2012 r. filharmonia według projektu poznańskiego architekta Jacka Bułata. Już dziś budynek porównuje się do bursztynu w stalowo-szklanej oprawie. Sala na 500 osób (szczecińska będzie dwa razy większa) oraz scena dla orkiestry i chóru będą dwoma przeszklonymi ścianami otwierać się na zabytkowy park. Planowany koszt - 42 mln zł - mają pokryć regionalny program operacyjny woj. zachodniopomorskiego, Ministerstwo Kultury oraz miasto. Aż 85 proc. kosztów budowy nowej siedziby Warmińsko-Mazurskiej Filharmonii im. Feliksa Nowowiejskiego w Olsztynie pokryją fundusze unijne. Budynek, który ma być ukończony w przyszłym roku, zaprojektowała poznańska pracownia Consultor.

Natomiast rozbudowa Akademii Muzycznej w Katowicach o dużą salę koncertową znalazła się na prestiżowej liście 40 najlepszych ceglanych budynków świata roku 2008. Architekt Tomasz Konior stworzył prosty budynek o podłużnych oknach, który doskonale dopasował do wąskiej działki między zabytkowymi gmachami Akademii.

Ten sam architekt zaprojektował też największą przestrzeń koncertową w Polsce - nową siedzibę Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach. W dużej sali zmieści się tu 1,7 tys. widzów, w kameralnej - 300. Ma być gotowa w 2013 r. i kosztować 160 mln zł (w tym 122 mln ze środków unijnych); jej powstanie ma pomóc Katowicom w ubieganiu się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Na elewacjach pojawią się cegła, beton i jasny piaskowiec; jak mówi architekt, inspiracją były z jednej strony słynne familoki z pobliskiego Nikiszowca, z drugiej - kształt książki z nutami.

Budynek Filharmonii Świętokrzyskiej im. O. Kolberga w Kielcach będzie złożony z dwóch brył: przeszklonej i obłożonej lśniącym kamieniem - taką wizję przygotowała gdańska pracownia PIW-PAW Architekci. Ma być ukończony w grudniu 2011 roku i kosztować 70 mln zł. W tym samym roku powstanie sala koncertowa na toruńskich Jordankach, w pobliżu wpisanej na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO średniowiecznej starówki. Architekci z hiszpańskiej pracowni Menis Arquitectos wzięli to sąsiedztwo pod uwagę. Cztery nieregularne, połączone świetlikami moduły z białego betonu i czerwonej cegły kryją salę o chropowatych i jakby „połamanych” ścianach. Z jednej strony taka forma wnętrza zapewni dobrą akustykę, z drugiej - malowniczą grę świateł i faktur. Toruńską salę koncertową także w połowie sfinansuje regionalny program operacyjny.

Filharmonia w dokach

Mimo że nowe polskie filharmonie i opery to najczęściej przykłady dobrej architektury, daleko im do oryginalności rozwiązań zagranicznych.

Wpisana w 2007 r. na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Opera w Sydney należy do najbardziej rozpoznawalnych budynków świata na równi z egipskimi piramidami i rzymskim Koloseum. Otwarta w 1973 r., jest dziełem wówczas 38-letniego duńskiego architekta Jörna Utzona. Mimo że nigdy więcej Utzon nie zbudował nic tak spektakularnego (projektował domy i osiedla), w 2003 r. otrzymał Nagrodę Pritzkera - właśnie za stworzenie „ikony XX wieku”. O miano ikony XXI w. może ubiegać się oddana do użytku trzy lata temu Opera w Oslo. Norweska pracownia Snöhetta otrzymała za nią grad nagród, w tym prestiżową Mies van der Rohe Award dla najlepszego europejskiego budynku. Rozłożony na kilku ukośnych platformach biały budynek z trzech stron otoczony jest wodą. Jego prosta forma nie przytłacza, a zaplanowana razem z nim otaczająca go ogólnodostępna przestrzeń zachęca do spędzania tam czasu. Do końca tego roku ma być oddana do użytku warta 240 mln euro filharmonia w Hamburgu. Jej budowa jest częścią wielkiego przedsięwzięcia Hafencity, które ma przemienić stare portowe doki w nowoczesną dzielnicę. Szwajcarski duet Herzog & de Meuron zaprojektował spiczastą górę lodową na otoczonym wodą cyplu - na istniejący tu ceglany magazyn nałożono szklaną świecącą czapę. Potężny, widoczny z daleka budynek nadaje charakter całej nowo budowanej dzielnicy.

W Porto w 2005 r. holenderska pracownia OMA zbudowała Casa da Musica - siedzibę Narodowej Orkiestry Portugalii. Według szefa pracowni Rema Koolhaasa gmach miał być twórczym przekształceniem tradycji sal koncertowych w formie „pudełek na buty”. Sam budynek zachował prosty kształt przypominający sklejoną z tektury przez dziecko bryłę geometryczną. Dla projektantów ważniejsze było otwarcie na przestrzeń wokół - gmach stanął na jednym z głównych placów Porto - co osiągnęli poprzez liczne przeszklenia i wejście zaplanowane na szeroko otwartej na plac platformie.

Największa sala koncertowa Europy powstała trzy lata temu w Strasburgu. Zaprojektowali ją Massimiliano i Doriana Fuksas. Pomieści aż 10 tys. widzów, z zewnątrz przypomina lekko pochylający się na jedną stronę intensywnie pomarańczowy walec. Konstrukcja ze zbrojonego betonu wspiera się na 20 stalowych słupach, a eliptyczne wnętrze zapewnia doskonałą widoczność z każdego punktu widowni. Sala Zénith należy do sieci podobnych obiektów, budowanych we Francji w celu popularyzacji muzyki - od klasycznej do popu.

Centrum Muzyki Pop w Taipei to zaś pierwsze centrum kulturalne w Azji poświęcone muzyce popularnej. Ma zostać zbudowane w 2014 r. według projektu nowojorskiej pracowni Reiser i Umemoto. Będzie to kompleks budynków, w którym znajdą się sale koncertowe, multimedialne biblioteki, Muzeum Sławy, sklepy, a także teren na koncerty pod gołym niebem przeznaczony dla 15 tys. widzów. Budynki centrum połączono platformami, po których teatralna scena będzie się mogła przemieszczać. Centrum zostanie uzbrojone we wszystkie nowinki techniczne, od najnowocześniejszego systemu nagłośnienia czy świateł po elewacje przystosowane do projekcji filmowych. Dzięki temu każdy koncert będzie oddziaływał na wszystkie zmysły.

Znany brytyjski architekt Nicholas Grimshaw powiedział kiedyś, że marzy o zaprojektowaniu sali koncertowej (jak dotąd nie dostał takiego zamówienia), bo to jedyny budynek, który zawsze projektuje się "od środka" - najpierw trzeba opracować wnętrze z poszanowaniem zasad akustyki i funkcjonalności, dopiero później można myśleć o powłoce zewnętrznej. Taka kolejność pracy zmusza do pokory i zapewnia efekt w formie jasnej, zrozumiałej konstrukcji. Bo przecież w architekturze sal koncertowych najważniejsza jest muzyka.

18 sierpnia 2010

"Za długie, nie przeczytam..."





Spośród tradycyjnych sposobów odbioru kultury, czytanie jest jedynym, do którego człowiek nie został przystosowany ewolucyjnie.
Słuchanie muzyki, oglądanie obrazów, sztuk teatralnych opiera się na sprawnościach ludzkich zmysłów i mózgu doskonalonych przez miliony lat. Do lektury natomiast nie wystarczy zdolność dostrzegania znaków na papierze – zachodzi tu nadto skomplikowany proces transformowania symboli w znaczenia. Jest on efektem treningu, który każdy człowiek z osobna musi przejść, zanim przekroczy granicę imperium książki.

Ten trening oraz powtarzane doświadczenia czytelnicze zmieniają strukturę kognitywną w sposób jak najbardziej mierzalny. Skany neurologiczne ujawniają obszary mózgu aktywowane w trakcie lektury; uwidaczniają się różnice w skali makro i mikro. Eksperymenty pokazały, że już samo wyobrażenie sobie liter zapala neurony w innych rejonach mózgu, gdy są to małe litery (a), i w innych rejonach, gdy wielkie (A).

Wtrenowanie się w biegłość w danym języku oznacza bowiem najzupełniej dosłowne przeformatowanie mózgu, tj. wykształcenie w nim neuronowych połączeń i trybów aktywności najlepiej odpowiadających specyfice danego języka. Maryanne Wolf w „Proust and the Squid. The Story and Science of the Reading Brain” przytacza multum fascynujących przykładów. I tak: osoby anglojęzyczne (posługujące się alfabetem łacińskim) wykorzystują prawie wyłącznie lewą półkulę, zwłaszcza jej tylną część. Osoby posługujące się alfabetem chińskim (logosylabowym) używają zaś do lektury obu półkul. Przypadek czytelników japońskiego jeszcze uwypukla tę specyfikę: mamy tam sylabiczne pismo kana, stosowane do nazw własnych, słów obcych, technicznych itp., i mamy logograficzne pismo kanji, bliższe chińskiemu. Na skanach widać, jak mózg Japończyka „przeskakuje” między aktywnościami właściwymi chińskiemu lub angielskiemu, nawet gdy odczytuje te same słowa zapisane w kana i kanji.

Czy różnice zależą wyłącznie od języka, czy także od sposobu posługiwania się nim? W historii ludzkości doświadczyliśmy tu co najmniej jednej rewolucji: przejścia z kultury słowa mówionego do kultury słowa pisanego. Grzegorz Jankowicz („TP” 31/10) przywołuje słynne obawy Sokratesa z Platońskiego „Fajdrosa” – że pismo spowoduje osłabienie pamięci – jako przykład bezpodstawnych lęków wobec przemian cywilizacyjnych. Czy Sokrates nie miał jednak racji?

Fałszywe rozumienie

Zmiana nastąpiła. Ludzie wychowani w kulturze słowa pisanego (zwłaszcza – w kulturze druku) inaczej mówią, inaczej myślą, inaczej zapamiętują i inaczej postrzegają świat.

Już nie uczymy się słuchowo, w rozmowie, kształtowani przez osobowe relacje z nauczycielem (mistrzem); uczymy się wzrokowo, z martwego, niezmiennego tekstu, „od nikogo”.
Dla Sokratesa myślenie to był dialog – z kimś albo z sobą samym. W grece homeryckiej nie da się właściwie opisać procesów myślowych, tak jak to czynimy dzisiaj: „czytając” swój umysł.

W kulturze oralnej pamięć jednostkowa pełniła rolę biblioteki publicznej. Zastanówmy się: ile stron (poezji, prozy) znamy teraz na pamięć? Ludzie z pokolenia moich dziadków recytowali z głowy długie ustępy klasyki, i to w podeszłym wieku.

Kiedy uczysz się ze słuchu i polegasz wyłącznie na pamięci, nie masz odruchu kwestionowania usłyszanego – najważniejsze, by wpierw wiernie zapamiętać przekaz. Nastawienie interpretacyjne i całe instrumentarium nowożytnego myślenia krytycznego powstały dopiero dzięki upowszechnieniu pisma.

Ważniejszą niż zarzut uwiądu pamięci była jednak obiekcja Sokratesa dotycząca „fałszywego rozumienia”: możesz przeczytać kompendium danej nauki i uważać się za wyedukowanego w niej, w istocie niewiele pojąwszy z tego, co przeczytałeś. Kształcąc się w żywej interakcji z rozmówcą-nauczycielem, nie pospieszysz do następnego etapu dyskursu, nie przyswoiwszy istoty uprzedniego. Twój rozmówca potrafi rozpoznać, gdy nie rozumiesz, o czym mówisz; książka – nie. Różnice dają się obiektywnie zmierzyć. Badania portugalskich neurologów (skany MRI rozmaicie wykształconych 60-latków) pokazały, że analfabeci wykonują zadania językowe – także podczas rozmowy – w płacie czołowym, a czytający – w płacie skroniowym.

Przejście do kultury opartej na cyfrowych technologiach komunikacji (i do człowieka o mózgu przez nie sformatowanym) oznacza zmianę co najmniej tak samo doniosłą jak ta, której świadkiem był Sokrates.

Myślę w rytmie staccato

Medialna kariera „klątwy lektury internetowej” zaczęła się od publikacji artykułu Nicholasa Carra „Is Google Making Us Stupid?” w „The Atlantic” (lipiec 2008 r.). Carr rozwija go następnie w książkę („The Shallows”). Media podjęły ten temat ochoczo. Przytaczano m.in. rozpropagowane przez Carra wyniki eksperymentu przeprowadzonego przez Gary’ego Smalla z UCLA. Small wpakował do skanera MRI dwie grupy ochotników: doświadczonych internautów oraz nowicjuszy. Wyraźnie uwidoczniła się różnica ich aktywności mózgowej w trakcie korzystania z internetu: struktury aktywności „starych” internautów były znacznie bardziej rozbudowane, zwłaszcza w ośrodkach podejmowania decyzji i rozwiązywania problemów w korze przedczołowej. Small następnie dał ochotnikom sześć dni przerwy, w trakcie których nowicjusze mieli spędzać godzinę dziennie na przeszukiwaniu internetu. Kolejne skany ujawniły dramatyczną zmianę we wzorcach aktywności świeżych internautów: ich mózgi właściwie nie różniły się od mózgów internetowych weteranów. Byli już trochę innymi ludźmi, trochę inaczej myśleli.
Eksperymenty kliniczne nie są konkluzywne, lecz potwierdzają osobiste doświadczenia, które w mniej konkretny sposób opisywali użytkownicy sieci; Carr zaś jako pierwszy zebrał i nagłośnił te relacje.

„Kiedyś potrafiłem zagłębić się w lekturze na długie godziny – dzisiaj walczę, by skupić się na kilku stronach. Czuję niemal fizycznie, jak coś wyrywa mnie z lektury: mój umysł przeskakuje z tekstu do innego strumienia informacji, nawet gdy nie ma żadnego innego strumienia informacji”.

„Myślę w rytmie staccato. Umiem odbierać »równolegle« krótkie przekazy z wielu źródeł, ale nie jestem już w stanie przeczytać »Wojny i pokoju«”.

Nawet gdy chcą, nie potrafią „przełączyć” sobie mózgu z powrotem: nabycie biegłości internetowych wyklucza zachowanie starej zdolności do lektury.

Głód bodźców

Zauważyłem u siebie następujący objaw: sama m o ż l i w o ś ć dostępu do sieci (wejścia w tryb myślenia ? la Google) czyni niezwykle trudnym skupienie się i pracę nad tekstem w tradycyjny sposób. Muszę fizycznie odciąć się od dopływu informacji, żeby umysł przestawił się na „myślenie książkowe”, przestał skakać po skojarzeniach i domagać się coraz to nowych bodźców uwagi. Ale nie wystarcza zamknięcie przeglądarki czy odejście parę kroków od komputera – bo nadal w i e m, że od strumienia informacji dzieli mnie jedna decyzja, jedna sekunda; umysł czeka w gotowości.

To samo dotyczy prób czytania głębszych narracji przy włączonym komputerze z dostępem do sieci, nawet jeśli sam monitor został wyłączony. Stąd coraz popularniejszy sztywny podział na komputer z internetem i komputer bez internetu, przeznaczony wyłącznie do pracy.

Może jednak to wyłącznie kwestia formy i te same dane przyswoimy sobie równie dobrze, gdy podane zostaną w „trybie internetowym”? Jeszcze w 2001 r. przeprowadzono następujący test: jedna grupa czytała opowiadanie w tradycyjnej formie, a druga – przedstawione na sposób internetowy (hipertekstowo). Czytaczom internetowym lektura nie tylko zabrała więcej czasu, ale na koniec siedmiokrotnie częściej zgłaszali niezrozumienie tego, co właśnie przeczytali.

Prowadzono też badania masowe, podglądające aktywność internautów. Statystyczny użytkownik nie wytrzymuje w jednym tekście dłużej niż kilka akapitów, po czym przeskakuje do następnego. Czasami zapisuje dłuższe dokumenty, ale czy kiedykolwiek później do nich wraca?

Biznes dawno rozpoznał te prawidłowości: teksty zamieszczane w komercyjnych portalach dzieli się na maleńkie strony-porcje.

Powstał sieciowy akronim na ów nieprzezwyciężalny odruch ucieczki ze zbyt rozbudowanego wywodu: TL;DR. Too Long; Didn’t Read. Zbyt długie; nie przeczytałem.
Bez wynikania

Zachodzą jednak zmiany głębsze, sięgające poza sposób zdobywania informacji, do samego rdzenia procesów myślowych. Znajomi nauczyciele akademiccy opowiadają mi o rosnącej różnicy między studentami z roczników „wychowanych na Google” i dawniejszych. Z tymi pierwszymi coraz trudniej wejść w intelektualny dialog opierający się na formach wnioskowania właściwych dla „kultury książki”.

Rozumowania wymagające utrzymania w głowie długich łańcuchów implikacji (A ? B ? C ? D ? E) okazują się coraz trudniejsze. Umysły zguglowane sprawnie natomiast rozumują „przez sąsiedztwo”, operując wtedy nawet na bardzo dużych zbiorach danych ({A, B, C, D} {E, F, B} {A, C, E, G, H, I}).

Rozumowania asocjacyjne zastępują inferencje i implikacje właściwie we wszystkich dziedzinach życia. W reklamie dawno stały się normą – ale również w debacie publicznej i coraz częściej w artykułach prasowych przemawia się do nas porzuciwszy argumentacje, w których jedna myśl wynika z drugiej, na rzecz huraganowych salw niepowiązanych stwierdzeń: „Polska jest piękna”; „Trzy razy trzy równa się dziewięć”; „Mój przeciwnik to cham”. Implikacja nie pełni nawet roli retorycznej. Np. były minister Kaczmarek frazy „w związku z powyższym” używa zamiast przecinka – żadne związki logiczne tam nie występują, ale któż to dostrzega?

Google zgwałciło nam mózgi.

Rytuały mózgu

Czytający także piszą. (A może: piszący także czytają?)

Google to oczywiście symbol i soczewka ogółu procesów cywilizacyjnych i nowoczesnych technologii, które po rewolucji komputerowej zmieniają nasze życie. A zależności biegną w obie strony: znaczenie ma nie tylko sposób, w jaki odbieramy treści, ale też to, jak je tworzymy.

Wielokrotnie przytaczano anegdotę o przygodzie Nietzschego z maszyną do pisania: przymuszony stanem zdrowia, „przesiadł się” na nią w 1882 r. Znajomi natychmiast spostrzegli różnicę: Nietzsche stał się myślicielem jeszcze bardziej zwięzłym, aforystycznym. Heidegger wyklinał maszynę do pisania z zasady: jako przyczynę nawet brutalniejszego oderwania przedmiotu pisarstwa (słowa) od podmiotu (piszącego). Rytuały twórców literatury pięknej dla laika sprawiają wrażenie zgoła magicznych. Vladimir Nabokov pisał na stojąco, na tysiącach fiszek, rearanżując je potem w dowolnych konfiguracjach – co odbijało się w zawikłanej strukturze jego powieści. Truman Capote z kolei pisał na leżąco, co więcej: pierwszą i drugą wersję – ręcznie ołówkiem, trzecią – na maszynie. Neal Stephenson, przechodząc od science fiction do historycznej epopei, zamienił komputer na wieczne pióro i ryzy papieru czerpanego.
Ale to nie puste rytuały, to naturalne uwarunkowanie mózgu. Wittgenstein (późny) ujmował myślenie w kategoriach bardzo praktycznych czynności fizycznych. Myślenie to operowanie znakami – lecz operujemy nimi ręką (gdy piszemy), ustami i krtanią (gdy mówimy) itd. „Mają zatem sens wyrażenia: »myślimy naszymi ustami«, »myślimy ołówkiem i kartką papieru«”.

Dzisiaj zaś myślimy edytorami tekstu, e-mailami, tweetami, sms-ami, klawiaturami komputerów i komórek.

Rozmycie

Pisząc w edytorach tekstu, doświadczamy języka jako czegoś nieskończenie płynnego. Znakiem takiej literatury jest woda, podczas gdy znakiem literatury papierowej było drewno. E-tekst rozlewa się w czasie i przestrzeni.

W czasie – bo nie zamarza nigdy do postaci konkretnej, niezmienialnej. Otwórz w Wordzie Biblię, naciśnij klawisz – już zmieniłeś Pismo Święte. W pewnym sensie oznacza to koniec myślenia interpretacyjnego rozwiniętego w tradycyjnej kulturze pisma – słowo znów utraciło stałą, obiektywną postać.

W przestrzeni – bo prosta operacja w edytorze wycina, mnoży, przekleja całe bloki tekstu. Ta zgubna łatwość przesuwania i zmieniania toku opowieści przenosi się wprost na rytm narracji we współczesnej literaturze. Redaktorzy i korektorzy walczą z nowym rodzajem błędów powtórzenia: dublują się nie pojedyncze słowa, a długie fragmenty – autor tyle razy stosował „kopiuj-wklej”, że zapomniał, co gdzie przekleił. Nawet w jego umyśle tekst się roztopił i rozpłynął.

Co ważne: ponieważ pisząc w edytorze, nie jesteśmy w stanie obejmować myślą i wzrokiem więcej niż ten wycinek tekstu, który akurat znajduje się na ekranie, okno „uwagi fabularnej” jest znacznie mniejsze niż w narracjach tradycyjnych tworzonych na papierze. Ta cecha wiąże się bezpośrednio z zanikiem rozległych rozumowań implikacyjnych na rzecz lokalnych rozumowań asocjacyjnych. Wykształcił się oto nawyk lektury „szczelinowej”, „punktowej”.

Proszę sobie przedstawić czytanie jako proces: lampa umysłu oświetla pogrążony w mroku fresk językowy. Dziś czytamy inaczej, bo wymontowano nam z głów reflektory, zastępując je chirurgicznymi latarkami.
Autorom się wydaje

Jak to wszystko odbija się na tworzonej współcześnie literaturze? O jasną diagnozę bynajmniej niełatwo. W praktyce – u autorów i czytelników – na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z dwoma przeciwnie skierowanymi trendami.

Z jednej strony, istnieje silne przekonanie, iż zmiany warunków życia i uczestniczenia w kulturze wymuszają zmianę form literackich. Owszem, w pewnym momencie prawie cała literatura polska składała się z powieści nieprzekraczających dwustu stron – i taki jej kształt uważano za historyczną konieczność. Najprostsze byłyby wyjaśnienia następujące: (1) autorzy piszą tak, bo inaczej już nie potrafią (umysły pisarzy uległy przeformatowaniu); (2) autorzy piszą tak, bo czytelnicy nie potrafią już inaczej czytać (umysły czytelników uległy przeformatowaniu). Wariant 2 rozbija się znowuż na dwie możliwości: (2a) przekonanie autorów jest zgodne z prawdą (czytelnicy istotnie się w ten sposób zmienili); (2b) przekonanie autorów jest niezgodne z prawdą (autorzy tylko sobie wyobrażają, że czytelnicy się w ten sposób zmienili).

Z drugiej bowiem strony, nieprzerwanie od PRL-u obecny był trend odwrotnie skierowany – ku epice w rozmiarach XXL. To nieprawda, że takie książki pojawiły się dopiero niedawno, „w reakcji” na kulturę Google’a. Zachodnia literatura popularna preferuje coraz dłuższe powieści co najmniej od lat 70. Niemal każda rozmowa o moim „Lodzie” zaczynała się od zdziwienia dziennikarza-krytyka: dla kogo właściwie napisałem taką cegłę? Przecież w i a d o m o, że „dzisiaj grubych książek nikt nie czyta”. Takie myślenie stanowi odpowiednik fenomenu Unii Wolności: „nie znam nikogo, kto nie głosowałby na Unię, więc jak mogłaby przegrać?”. Środowiska opiniotwórcze bardzo łatwo otorbiają się w swoich ekosystemach kulturowych i projektują własną normalność na całość społeczeństwa. Co naturalne: one zazwyczaj są najdalej wysunięte na froncie cywilizacyjnym i najmocniej doświadczają tych zmian.

Z pozoru najbardziej prawdopodobny wydaje się więc wariant 2b.

Powieść guglowa

Czy to jednak oznacza, że ostatecznie te procesy ogarną wszystkich i jeszcze trochę, a z przyczyn czysto neurologicznych nikt już nie będzie w stanie – nie zbiegłszy do jakiejś pustelni bez internetu – przeczytać tekstu dłuższego niż blog-notka?
Sądzę, że to rozpoznanie zbyt proste, zbyt czarno-biała alternatywa. Książki się zmieniają, to prawda, ale inaczej. „Wojnę i pokój” może trudniej przeczytać, lecz chętnie czytamy utwory równie długie – tylko że odmiennie skonstruowane.

Mamy do czynienia ze specyficznym połączeniem cech klasycznej epiki wagi ciężkiej z literaturą pokoleń Google’a. Metodą prób i błędów powieść wypracowała formułę skutecznie rozbrajającą w mózgu czytelnika odruch TL;DR.

I nie jest w tej ewolucji osamotniona: połączenie długich form narracyjnych z wrażliwością guglową uznaję wręcz za symbol kultury pierwszej dekady XXI wieku – bo to także czas niebywałego wzrostu popularności telewizyjnych form serialowych: te tasiemce ogląda się w wielogodzinnych maratonach; seriale stały się dla nas domyślną metodą „opowiadania świata”. Również sesje gier komputerowych trwają godzinami (niekiedy przez całą noc).

Przede wszystkim „literatura Google’a” operuje mikromodułami narracji. Rzuca się to w oczy już w graficznym układzie tekstu. Proszę otworzyć w dowolnym miejscu któryś z tomów serii „Millenium” Stiega Larssona, tego wzorca współczesnego bestsellera (a każdy tom to ponad 600 stron). Mamy tu bloki tekstu wprost odpowiadające scenom z nowocześnie montowanego serialu: ujęcie, ujęcie, dialog, cięcie.

Z tym wiąże się druga cecha wspólna z serialami: symultaniczność. Akcja rozbita zostaje na kilka (a niekiedy – jak u Kinga, w technothrillerach czy sagach fantasy – kilkanaście lub kilkadziesiąt) wątków, lokalizacji, wiodących postaci. W ten sposób powieść (i serial) sztucznie zaspokaja owo wdrukowane w zguglowany mózg pragnienie przeskakiwania do wciąż nowych strumieni danych: nie mogę na kartkach książki otworzyć kolejnego okna przeglądarki czy wejść na kolejny kanał czatu, ale zanim ten odruch bezwarunkowy wyrwie mnie z lektury – jestem już w innym wątku, w innej scenografii, z innymi bohaterami. I znowu. I znowu. I znowu...

Wspólna dla tej literatury i seriali jest też zasada fragmentacji, dzięki której umysł nie musi sięgać poza wąski obszar oświetlony przez latarkę uwagi. Nawet gdy oglądasz ciągiem pół sezonu, gdy czytasz gruby tom, to dla orientacji w opowieści wystarcza ci utrzymanie w głowie zaledwie jednego odcinka, kilkudziesięciu stron. W serialu odpowiada za to zamknięta struktura scenariusza każdego odcinka oraz telegraficzne streszczenia zdarzeń uprzednich doklejane przed czołówką. W przypadku powieści guglowej czytelnicy ze starszych pokoleń – i jakże wielu recenzentów! – narzekają na wodolejstwo i zbędne repetycje. Ale właśnie ta technika powtórzenia zabezpiecza czytelników zguglowanych przed zagubieniem. Książka to nie blog, lecz wedle powyższych założeń nie powinna żądać większego wysiłku w lekturze niż blogi.
Słowa, słowa i po słowach

Tak naprawdę jednak to nie blogi określają dzisiaj kierunki rozwoju komunikacji sieciowej. Jej ciężar przeniósł się na komunikatory jeszcze szybsze i skrótowe, jak Twitter czy Blip, które mają im właściwe modele narracji („opowiedz swój stan ducha w 140 znakach”); a także na tekstowe i pozatekstowe aplikacje serwisów społecznościowych.

Internet bowiem istotnie spowodował nadzwyczajną obfitość produkcji słowa pisanego. Nigdy w historii ludzkości statystyczny człowiek nie pisał tyle listów, co w szczycie użyteczności e-maila – który mamy już za sobą.

Gdyż wszystko wskazuje, że dominacja słowa w sieci to etap przejściowy, bo stanowiący bezpośredni skutek ograniczeń technologicznych w metodzie wprowadzania i prezentacji danych, a zwłaszcza zarządzania nimi, organizacji, przeszukiwania itp. Po prostu operacje na dźwiękach, grafice, filmach były i nadal są trudniejsze do zaklęcia w tani i wygodny dla użytkownika software i hardware – niż operacje na tekście. Wszelako branża pompuje tu w badania i rozwój coraz potężniejsze sumy i należy się spodziewać, że formaty audio i wideo stopniowo przejmą większość użytkowo-komunikacyjnych funkcji tekstu.

Jak wtedy zmienią się nam mózgi? W jaki sposób do tych zmian przystosuje się książka? Tego nie sposób jeszcze przewidzieć – jednak optymistycznie nastraja sama ta plastyczność literatury, żywotność wobec ofensywy nowych mediów nawet gatunku tak konserwatywnego jak powieść.

Inny mózg czyta, trochę inaczej i trochę inne książki – ale mimo wszystko czyta.

I cóż, że piszesz?

Idąc wszak za Lemem, nawet jeśli „piszą wszyscy”, to nikt nie czyta, a jak czyta, to nie rozumie, a jak rozumie, to nie pamięta. W wielu wypowiedziach – choć akurat nie w dyskusji na łamach „TP” – pobrzmiewa obawa przed potopem słowa pisanego i deprecjacją, wręcz sprofanowaniem literatury przez tę masowość. (Wystarczy chwila z Google’em, by znaleźć tuziny forów i serwisów poświęconych treningowi pisarskiemu i sposobom wydania książki). Biorę te strachy za przejaw błędnego rozumienia literatury jako sztuki – za fetyszyzację samego aktu pisania.
Czy rzeczywiście istotą literatury pięknej jest produkcja słowa pisanego – czy też to, co w nim przekazujemy, co nim wywołujemy w umysłach czytelników? Tak samo jak zwalczenie analfabetyzmu nie uczyniło ze wszystkich pisarzy-artystów, tak i nie uczyni ich nimi możliwość powszechnej publikacji. Wydawnictwa drukujące dzieła grafomanów na ich koszt nie są nowym wynalazkiem. Każdy, kto chce, może się mienić pisarzem i przedstawiać na dowód sążniste publikacje. I cóż z tego?

Absolutna wolność publikowania w internecie powinna zadziałać wręcz oczyszczająco, uwalniając akt twórczy z ornamentyki rytuałów.

Nie jesteś nikim wyjątkowym dlatego, że umiesz pisać. Nie jesteś wyjątkowym dlatego, że napisałeś opowiadanie czy powieść. Istotna będzie dopiero ich jakość, oryginalność. Moc.

JACEK DUKAJ (ur. 1974) jest pisarzem. W swoich powieściach i opowiadaniach tworzy kompletne światy, z własną nauką, historią, filozofią i teologią. Laureat m.in. nagrody im. Janusza A. Zajdla (pięciokrotnie), Nagrody Kościelskich – za „uniwersalne wartości jego twórczości, sprawność językową i narracyjną oraz rozmach jego powieści” oraz Europejskiej Nagrody Literackiej. Wydał m.in. powieści „Xavras Wyżryn” (1997), „Czarne oceany” (2001, 2008), „Inne pieśni” (2003), „Perfekcyjna niedoskonałość” (2004, 2008), „Lód” (2007), najnowszą jego powieścią jest „Wroniec”, przekładający na dziecięcą wyobraźnię czas stanu wojennego w Polsce ’81.

17 sierpnia 2010

Bobbi kontra GW

Oczywiście tytuł żartobliwy, chociaż... w tym momencie słucham na Dwójce koncertu z Sali Kongresowej PKiN w ramach 6. Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego „Chopin i jego Europa”: Bobby McFerrin i NDR Big-Band pod dyrekcją Gila Goldsteina (opracowania utworów Fryderyka Chopina oraz m.in. Charlie Parkera, Jorge Prado, Zbigniewa Seiferta, Antonia Carlosa Jobima i Claude'a Debussy'ego). Po prostu palce i uszy lizać.

A ostatnio dużo jazzu we mnie. Klasyki także jak zawsze. Ostatnie "odkrycie" to Lars Danielsson & The Signature Edition. Polecam na YT Song for E.

PS.
Dlaczego kontra Gazeta Wyborcza? Zapomniałbym. Bo zamierzam zacząć pseudopublikacje najciekawszych dla mnie art. z ostatnich kilku miesięcy... i nie zacząłem przez - nie! - DZIĘKI Bobbiemu.

16 sierpnia 2010

Niewielka summa

Ostatni post... wstyd pisać. Dla usprawiedliwienia przed sobą, dodam tylko w elektronicznym skrócie co działo się w naszym zakątku Europy i moim własnym od maja do sierpnia 2010r.:
  • w wypadku samolotowym zginał Prezydent Kaczyński z zoną i ponad 90 osobami - śledztwo trwa, problemy rosną,
  • w Rosji pokazano film Wajdy Katyń a władze zaczęły oficjalnie mówić o zbrodniach Stalina,
  • przez Europę Środkową - a w tym prawie całą Polskę - przetoczyły się fale powodziowe, a było ich u nas już 3,
  • Jarosław Kaczyński zmienił twarz na czas kampanii prezydenckiej a potem powrócił do starych czasów,
  • nowym prezydentem Polski został Bronisław Komorowski,
  • po siarczystej zimie mamy właśnie ch. upalne lato,
  • pod Pałacem Prezydenckim wybuchł spór o krzyż - znak katastrofy smoleńskiej - a ja mam dość polskiej kompromitacji, walki o patriotyczne poczucie dumy narodowej, o symbole religijne jako gwarant wolności narodu, o sprawiedliwość dziejową...
  • kupiłem w końcu numer Jazz Forum,
  • czekam na bilet na jesienny "koncert chopinowski" w Bielsku-Białej,
  • mieliśmy tego lata piękne wakacje w Ustroniu.

31 maja 2010

Stefan Chwin nie tylko o bólu

Polaków łączy tylko ból
Rafał Kalukin 2010-05-27

Płytsze warstwy naszej polskiej świadomości są raczej słonecznie nastawione do życia. Te głębsze, trudniej widoczne, ogarnięte są lękiem. Ten lęk wychodzi na powierzchnię, gdy pojawia się sytuacja traumatyczna. Taka jak Smoleńsk. Rozmowa ze Stefanem Chwinem

Po upadku komunizmu Maria Janion ogłosiła kres dominacji paradygmatu romantycznego w polskiej kulturze. Reakcje na tragedię smoleńską wskazują jednak na jego zadziwiającą żywotność.

- STEFAN CHWIN: A zatem diagnoza pani profesor była diagnozą życzeniową. Po prostu zamarzyło nam się kiedyś, aby ten romantyzm wreszcie się skończył...

A on nadal mocno się trzyma?

- Mocno. Zwłaszcza gdy zauważymy, że wypuszcza nowe kiełki w duszach ludzi młodych. A to już ewenement. O ile moje pokolenie dojrzewało jeszcze w szczelnie

zamkniętej romantycznej konserwie, o tyle obecne dwudziestolatki miały dostatecznie wiele okazji, aby się z niej wydostać. Tymczasem spotykam wciąż młodych ludzi, którzy mówią tak, jak mówiliśmy o Polsce w wieku XIX. Wygląda więc na to, że polityka historyczna braci Kaczyńskich była skuteczna.

W czasach Mickiewicza upokorzony naród pragnął się uwznioślić. Teraz jednak wskaźniki społecznego optymizmu systematycznie rosną.

- Badania społeczne rejestrują tylko świadomość zbiorową. Podświadomość pozostaje poza ich horyzontem. Podejrzewam, że nasze samopoczucie nie jest aż tak dobre, jak mówią sondaże.

Objawia się to choćby bardzo nerwowym reagowaniem na sprawę rosyjską. Proszę sobie przypomnieć zbiorowy dreszcz niepokoju, gdy doszła do nas wiadomość o wojnie w Gruzji. Ciągle się Rosji obawiamy, co stronnictwo prezydenckie potrafiło zresztą wykorzystać w bieżącej polityce.

Mamy podstawy do spoglądania na rosyjskie aspiracje z niepokojem. Zwłaszcza w sprawie Gruzji, gdzie starł się Dawid z Goliatem.

- W Biblii Dawid wygrywa, ale w świecie realnym częściej bywa odwrotnie. Dla nas świadomość tak potężnej dysproporcji sił jest wciąż źródłem skrywanej społecznej nerwicy.

W Niemczech przeprowadzono jakiś czas temu sondaż, w którym zapytano, jak NATO i Unia Europejska powinny się zachować, gdyby Rosjanie weszli do Estonii. 52 procent Niemców odparło, że Unia nie powinna wykonać najmniejszego ruchu. Nie wiem, jak na takie pytanie odpowiedzieliby dzisiaj Polacy, ale pewnie chyba jednak trochę inaczej

Niby w ogromnej większości czujemy się częścią Unii, ale ciągle brakuje nam mocnego poczucia bezpieczeństwa. Na forach internetowych ludzie czasem dziwią się, że na terenie Polski wciąż nie ma nawet jednej wojskowej obronnej instalacji NATO.

Płytsze warstwy naszej polskiej świadomości są raczej słonecznie nastawione do życia. Te głębsze, trudniej widoczne, ogarnięte są lękiem. Ten lęk wychodzi na powierzchnię, gdy pojawia się sytuacja traumatyczna. Taka jak Smoleńsk.

To jednak tragedia przechodząca wszelkie wyobrażenia. Ginie prezydent, pół elity politycznej, generałowie. Jak zachowaliby się Niemcy, gdyby spotkało ich takie nieszczęście?

- Sądzę, że uroczystości pogrzebowe byłyby równie monumentalne, ale bez takiego spektakularnego entuzjazmu rozpaczy.

U nas on był?

- Był. Z przerażeniem, ale i w dziwnym, masochistycznym uniesieniu poczuliśmy, że znowu znaleźliśmy się w tej samej sytuacji co zawsze. Znowu ktoś uderzył w naszą niewinność i słabość. To jest właśnie rdzeń romantyzmu. Pamięta pan krzyk Konrada z trzeciej części "Dziadów"? "Czyś Ty Bogiem, czy Carem?". Dziś Konrad pewnie krzyknąłby: "Bóg to zrobił czy Putin?".

Mroczne podejrzenia, które po katastrofie smoleńskiej kierujemy pod adresem Rosji, mają jedno ze swoich źródeł w bolesnych pytaniach Mickiewicza.

Niemcy, a już na pewno Francuzi, gdyby znaleźli się w naszej sytuacji, w pierwszej kolejności wyciągnęliby błąd państwowy. Pytano by, jak to się stało, że cały sztab wojska znalazł się w jednym żelaznym pudle, które runęło w śmierć. Kto za to odpowiada? Kto i co zaniedbał?

U nas - nie. Duch naszej kultury każe nam mówić o zmarłych: "świętej pamięci". Oznacza to, że nie należy świeckim trybem chłodno roztrząsać okoliczności wypadku. Bo takie dywagacje zdaniem Polaków naruszają świętość tych, co odeszli.

Bo, wedle romantycznego paradygmatu, śmierć przynosi nieśmiertelność. Objawia prawdziwą wielkość.

- Świetnie określiła to Agnieszka Holland. Powiedziała, że Polacy wciąż wierzą, że umrzeć tragicznie jest korzystnie, człowiek zostaje wtedy kanonizowany przez sam fakt, że zginął, bez względu na to, kim był za życia. Upatrywałbym przyczyn takiego stosunku do śmierci w naszej katolickiej wrażliwości religijnej z jej kultem męczeńskich ofiar. Społeczeństwa świeckie tak nie reagują.

Po co nam martwy bohater? Miłosz kpił: "Wy macie wspaniałą architekturę, sztukę, technikę, bogactwo. Tak - ale ile my mamy trupów!".

- On to mówił przeciwko Mickiewiczowi, Sienkiewiczowi i całej tradycji, która się z tymi nazwiskami wiąże. Podobną drogą co Miłosz podążał Gombrowicz, gdy mówił o naszej dwuznacznej skłonności do licytowania się z innymi narodami na ilość poległych i pomordowanych.

Pierwsze słowa premiera Tuska po katastrofie były o tym, że takiej tragedii świat jeszcze nie widział. A przecież kilka tygodni wcześniej trzęsienie ziemi na Haiti pochłonęło ponad ćwierć miliona istnień.

- Sformułowanie Tuska było ryzykowne, choć akurat on w tych dniach nie popełnił rażących błędów. Gdy dowiedzieliśmy się o katastrofie, zostaliśmy sparaliżowani. Ale potem ten emocjonalny paraliż nie chciał ustąpić. Przypomniał mi się od razu Związek Kawalerów Ostrogi z "Trans-Atlantyku" Gombrowicza: Polacy jako grupa ułańska zadająca sobie wzajemnie ból ostrogami. Trzeba nieustannie przeżywać ból, bo tylko on nas prawdziwie łączy. Bohater "Trans-Atlantyku" próbuje się z tego zaklętego kręgu jednoczącego cierpienia wyrwać i dlatego zostaje napiętnowany jako zdrajca.

Gombrowicz trafił w sedno mentalności romantycznej. Nas naprawdę potrafi zjednoczyć głównie wspólnie przeżywany ból po raniącym "uderzeniu w polskość" i lęk przed zagrożeniem zewnętrznym. Nowoczesne społeczeństwa nie budują jedności na takim doświadczeniu.

Ale ja nie chcę z tego drwić. Polska kilka razy w swej historii spływała krwią. Stawaliśmy w obliczu alternatyw, których większość europejskich narodów nigdy nie zaznała. One też przeżywały klęski, ale nie groziła im tak jak nam całkowita zagłada.

Kiedyś tak. Ale dziś?

- Nasza romantyczna podświadomość sprawia, że wielu z nas wciąż ma wrażenie, że wisi nad nami jakaś metafizyczno-historyczna klątwa. Zauważył pan, ile razy mówiono w ostatnich dniach o "klątwie Katynia"?

To chyba dlatego stare kłamstwo katyńskie zostało zastąpione przez nowe kłamstwo katyńskie. Zbyt łatwo katastrofę samolotu pasażerskiego utożsamiono z mordem na Polakach z 1940 roku. O pasażerach rozbitej maszyny mówi się jako o poległych. Tak jakby zauważenie, że tragiczny wypadek lotniczy jest ze swojej natury zdarzeniem dosyć przypadkowym, uwłaczało pamięci ofiar.

Ja uważam, że od pośpiesznej heroizacji ofiar lepiej byłoby spróbować zrozumieć błędy, które popełniono.

Pierwszej nocy na Krakowskim Przedmieściu widziałem na twarzach ludzi przerażenie i głębokie przejęcie. Po tygodniu, przyglądając się tłumowi zgromadzonemu na krakowskich Błoniach podczas pogrzebu pary prezydenckiej, miałem już wrażenie, że uczestniczę w patriotycznym pikniku. Trauma została oswojona i siła rytuału przeważyła.

- Wydaje mi się, że doświadczenie pierwszych dni nie miało charakteru politycznego. To było raczej doświadczenie egzystencjalne wywołane uderzeniem śmierci. Spostrzegliśmy z przerażeniem, że dosięga ona nawet tych, których uważamy za nietykalnych. Okazało się, że choć prezydent trzyma sakrę władzy, też może przestać istnieć, i to w jednej sekundzie. To było wstrząsające przeżycie. Poczuliśmy naprawdę bliską obecność śmierci.

Czy na wieść o katastrofie w Smoleńsku naprawdę się zjednoczyliśmy?

- Lęk przed śmiercią, która się tak nagle uobecniła, niewątpliwie zbliżył nas do siebie. Ale komentatorzy telewizyjni ulegli presji tej sytuacji, wierząc, że trzeba mówić o "cudzie zjednoczenia".

Czy pana zdaniem język mediów w czasie żałoby wypływał z oczekiwań ludzi? A może było odwrotnie, może media narzuciły społeczeństwu sposób przeżywania jako wspólnotowe i solidarne?

- Trudno to rozstrzygnąć bez badań socjologicznych. Mogę tylko wnioskować na podstawie pojedynczych obserwacji. Zauważyłem na przykład, że w blokach na moim osiedlu niewielu sąsiadów wywiesiło flagi.

W takich chwilach chętnie zapominamy, że Polaków jest prawie 40 milionów. Z pewnością wielu przyszło na Krakowskie Przedmieście, na krakowskie Błonia. Ale reszta, której nie pokazywano w telewizji? Nie wiemy też, z jakich pobudek ludzie uczestniczyli w zgromadzeniach, ale sądzę, że mogły to być pobudki rozmaite. Patriotyczne, religijne, sąsiedzkie, towarzyskie, przyjacielskie, sentymentalne.

Nie przesadzałbym zatem ani z masowością, ani z patriotycznym duchem dni żałoby. Ludzie wychodzili na ulicę, aby w bólu towarzyszyć rodzinom zmarłych, ale też, by zobaczyć przejazd ciał osób, które znali z telewizji, tabloidów i kolorowych magazynów. Uderzyło mnie, jak na ulicach było wiele pustych miejsc, gdy przejeżdżała trumna z prezydentem Kaczorowskim, i jaka była dysproporcja w tonacji pochówku obu prezydentów. A przecież obaj, i Kaczorowski, i Kaczyński, z patriotycznego punktu widzenia powinni być uhonorowani przez naród równorzędnie.

Kaczorowski był słabo znany.

- Niestety. Media się nim nie zainteresowały, a w społeczeństwie masowym ludzie, którzy nie są ikonami medialnymi, nie przyciągają uwagi tłumów.

Uderzyło mnie również, że żałoba narodowa została zakończona natychmiast po pogrzebie pary prezydenckiej. Nie zaczekaliśmy z jej odwołaniem, aż wszystkie ofiary katastrofy zostaną pochowane. Powstało niedobre wrażenie, że są śmierci lepsze i gorsze.

Sama zaś demonstracja przed kurią krakowską przeciwko pochówkowi pary prezydenckiej na Wawelu? Przypomnijmy sobie mobilizację młodych ludzi przeciwko PiS przed wyborami w 2007 r. Wydaje mi się, że sprzeciw wobec pogrzebowej koronacji Lecha Kaczyńskiego na Wawelu był odpryskiem tamtego ruchu społecznego.

Coś za łatwo został więc stłumiony.

- Bo zawarto powszechny, obrzędowy pakt milczenia. Logika "świętej pamięci" powstrzymała merytoryczny namysł nad prezydenturą Lecha Kaczyńskiego. On sam zniknął ze społecznej świadomości nie tylko jako przedstawiciel wyrazistej opcji politycznej, ale w ogóle jako polityk. Dzięki mediom stał się w oczach społeczeństwa doskonałym mężem, ojcem, miłośnikiem zwierząt, spacerowiczem na plaży w Juracie. A przecież spoczął na Wawelu nie z tego powodu, że prywatnie był sympatycznym człowiekiem.

Nie brakowało też nadużyć. Niektórzy ulegli pokusie uderzenia trumną nieżyjącego prezydenta w przeciwników politycznych. Prawdziwi patrioci byli przeciwstawiani patriotom rzekomym, którym przypisywano odpowiedzialność za śmierć pod Smoleńskiem. Ta tonacja była wyraźna mimo zawartego paktu szlachetnego milczenia.

Lech Kaczyński został wpasowany do wczesnochrześcijańskiego archetypu męczennika. Poniżony za życia i wywyższony po śmierci.

- W niektórych homiliach pojawiały się takie akcenty, co było niestosowne, bo rzucało cień oskarżenia na tych, którzy za życia prezydenta jawnie i stanowczo nie zgadzali się z jego polityką.

Czy kanonizacja Lecha Kaczyńskiego jest nieodwołalna? Może, gdy już emocje opadną, nastąpi jednak weryfikacja uniesień czasu żałoby?

- Zależy gdzie. Nie sądzę, aby młode pokolenie w większości wspierające Platformę przyjęło mit bohaterskiego prezydenta jako "świętej ofiary Katynia". Natomiast zwolennicy PiS z pewnością mit ten podejmą. Mamy w naszej świadomości narodowej gotowe już struktury mityczne. Wiemy, jak wynosić na ołtarze męczenników sprawy narodowej, którzy poświęcają życie dla idei.

Czy grobowiec na Wawelu istotnie spełni swą mitotwórczą funkcję?

- Myślę, że tak. Autorytet Lecha Kaczyńskiego urośnie właśnie dzięki temu, że spoczywa on obok Marszałka. Sama przestrzeń symboliczna nekropolii wawelskiej ma taką siłę mitotwórczą, że żaden dyskurs krytyczny nie jest w stanie osłabić jej oddziaływania na wyobraźnię zbiorową.

Do tego stopnia, że za kilkadziesiąt lat już nie będzie ważne, czy Kaczyński leży obok Piłsudskiego, czy też Piłsudski obok Kaczyńskiego?

- To wizja całkiem realna.

A jeśli przecenia pan symboliczną siłę Wawelu? Wielu moich znajomych wzruszało ramionami. "Co to za różnica, kto tam leży?" - pytali.

- Inteligencja polska już w czasach Mickiewicza i Słowackiego miała rozwinięty radar antymityczny, jest więc odporna na wawelskie fluidy, chociaż z pewnością nie cała. Tyle że mity żyją w tkance duchowej narodu, a nie w głowach intelektualistów. Mit Kościuszki zrodził się z ludowych dramatów Anczyca i popularnych pocztówek z reprodukcjami Racławic Matejki, a nie z naukowych dysertacji historyków. Historia pokazuje, że raczej trudno rozbroić mity krytyczną pracą intelektualną. To się udaje bardzo rzadko.

Mit pełni funkcje terapeutyczne?

- To zależy, czy myślenie państwowe uważamy za wartość.

Spotkałem ludzi, którzy nie przejęli się zanadto prywatnym wymiarem smoleńskiej tragedii. Ważna była dla nich sama śmierć prezydenta rozumiana jako cios w najwyższy urząd państwa. Uważali oni, że państwo zostało śmiertelnie zranione, tylko to się dla nich liczyło. To jest sposób myślenia pochodzący jeszcze z dwudziestolecia międzywojennego, kiedy idealizowano państwo polskie jako takie, niezależnie od jakości osób, które współtworzyły jego strukturę.

Znajomy polityk prawicy przekonywał mnie, że dopiero katastrofa spowoduje powstanie zintegrowanej wokół państwa "wspólnoty politycznej".

- To jest myślenie życzeniowe. Nie znajduję żadnych argumentów na rzecz tej tezy.

W ogóle staram się nie dać emocjonalnie zaszantażować takimi pojęciami, jak: "wspólnota narodowa", "polityczna" czy nawet "obywatelska", w których wyczuwam rodzaj ideologicznego sentymentalizmu i wymuszania patriotycznych wzruszeń. Nie odczuwam wewnętrznego łkania, gdy słyszę, jak ktoś mówi o "potrzebie budowania wspólnot".

Bo ich nie potrzebujemy, czy dlatego, że są utopią?

- Po prostu od słowa "wspólnota" wolę słowo "społeczeństwo". Wystarczy mi, że mamy jako społeczeństwo kilka istotnych celów, do których powinniśmy dążyć. Odrzucam sentymentalny przymus wiary, że tworzymy jedną wielką rodzinę. W ogóle metaforę Polski jako rodziny uważam za niebezpieczną, bo sprzyja ona rytuałom wykluczania rozmaitych "obcych", którzy nie są "dobrymi synami" Matki Ojczyzny.

Tymczasem w czasie uroczystości żałobnych usłyszałem, że "Polska staje teraz jedną wielką rodziną katyńską".

Uf, aż trudno uwierzyć w taką emfazę.

- A jednak. To zostało powiedziane z poczuciem wielkiej dumy i zarazem wewnętrznego spokoju: oto nasza narodowa arka zmierza we właściwą stronę. Z przypadkowego zbiorowiska, swoistej kaszy demokratycznej, przekształcamy się we wspólnotę połączoną więzami uczuciowymi. Najbardziej niepokoi mnie to, że taka metaforyka nie budzi w ludziach oporu, chociaż rozumiem tego przyczyny i wcale ich nie lekceważę. Rodzina jest bowiem czymś ciepłym i miłym.

Bywają w historii momenty, gdy łączy nas wspólny strach przed zagrożeniem i wspólnie się mobilizujemy do obrony. Albo euforia po wielkim sukcesie. Jednak próba uczynienia ze społeczeństwa wielkiej rodziny to nic innego jak szantaż emocjonalny. Masz czuć to samo co inni, to będziesz "dobrym synem Ojczyzny". Ja wolę mierzyć ludzi ich czynami niż ich uczuciami. Niech sobie czują, co chcą, byle zachowywali się jak ludzie porządni.

Co w takim razie z patriotyzmem? Czy jest jakiś model patriotyzmu, który stanowiłby dla pana cnotę?

- Nie chciałbym uderzać w patetyczne tony, ale fundamentem patriotyzmu powinna być lojalność wobec państwa. Należy poważnie traktować umowę społeczną, jaką jest prawo uchwalane przez naszych przedstawicieli w parlamencie. Niestety, dla wielu ludzi respektowanie prawa jest poważnym problemem, chociaż to właśnie od tego zaczyna się wszelki patriotyzm. Powiem herezję: patriotą jest ktoś, kto nie stara się oszukać urzędu skarbowego.

Oby jeszcze urząd skarbowy nas traktował poważnie.

(śmiech) - Umówmy się, że poruszamy się w sferze idealnej.

Ważną cechą patriotyzmu jest brak przymusu wyznawania romantycznej religii patriotycznej. Prawdziwy patriota nie wymusza na innych, by uznali, że tylko jego wizja interesu narodowego jest jedynie słuszna, bo zrodziła się w jego "patriotycznym sercu". Powinien być otwarty na inne poglądy i postawy. Ale widzę po pana minie, że chyba przesadziłem z idealizmem.

Zastanawiam się tylko, czy jest możliwa symbioza tych dwóch przeciwstawnych modeli. Pana racjonalno-utylitarny patriotyzm na co dzień oraz "Bóg Honor Ojczyzna" od święta.

- Nie wiem. Trudno mi zresztą powiedzieć, jak patriotyzm, o którym mówię, sprawdziłby się w sytuacji granicznej, w razie prawdziwego zagrożenia Polski. To pytanie także do Gombrowicza. Czy postawa gombrowiczowska, jaką budował, potrafiła dać ludziom moc, by względnie godnie zachowali się na przykład w Auschwitz? Dzisiaj żyjemy w sytuacji historycznej, która nie stawia nas pod murem takich strasznych pytań. Za to patriotyzm obozu prezydenckiego był niewątpliwie patriotyzmem sytuacji granicznej.

Można się spodziewać, że żywy dziś kult bohaterskiego prezydenta Kaczyńskiego zostanie wprzęgnięty w partyjną machinę propagandową?

- Wszystko sprowadza się do podstawowego pytania, które nie zostało dotąd w Polsce otwarcie postawione: Czy dzisiaj, 20 lat po odzyskaniu niepodległości, nasz byt narodowy i państwowy jest stuprocentowo pewny? Formacja liberalno-demokratyczna odpowiada na to pytanie twierdząco.

Choć już bez tej pewności, jaką miała w latach 90.

- Pojawiły się rysy na obrazie. Nadal jednak dominuje optymizm. A po drugiej stronie, w obozie prawicy narodowej, dominuje przekonanie, że żadnej pewności nie ma. Niby sprawy nie mają się tak źle, ale zawsze trzeba się liczyć z najgorszym. A skoro tak, to należy w sobie wykształcić ekstremalne cnoty rycersko-żołnierskie z alternatywą ewentualnego męczeństwa na czele.

Czy raczej dopilnować, aby nie wyginęły pod naporem nowoczesności. Lech Kaczyński miał być w kampanii prezydenckiej "małym rycerzem".

- Właśnie. To bardzo wyrazisty symbol zaczerpnięty z Sienkiewicza. Prezydent Kaczyński wyruszył jak hetman na rubieże gruzińskie wspierać Gruzinów w ich walce z rosyjskim najeźdźcą. Gdyby żył, byłby to zapewne najbardziej eksponowany motyw nadchodzącej kampanii.

Ten rodzaj patriotyzmu w takim kraju jak Polska sprawdzał się świetnie w XIX wieku. Mam jednak wątpliwości, czy byłby adekwatny do realiów nowoczesnego konfliktu zbrojnego, w tym atomowego, czego w XXI wieku nie można wykluczyć.

Mnie jest bliżej do formacji liberalno-demokratycznej, chcę więc wierzyć, że jesteśmy dzisiaj mocno i pewnie osadzeni w świecie. Że ta przeklęta historia wreszcie zakończyła się i możemy z innymi narodami europejskimi wspólnie budować cywilizację dobrobytu i bezpieczeństwa.

Ale sam pan mówi, że to zaledwie wiara.

- Cóż, druga strona ma więc prawo zapytać, czy można absolutnie wykluczyć najgorsze. Ano nie można.

To pytanie ujawnia fundamentalną oś sporu politycznego w Polsce. Ale nie jest ono publicznie artykułowane.

Dlaczego?

- Bo istnieją pewne konieczności medialnej artykulacji treści politycznych. Kto z nas lubi posłańców złych wiadomości? Czy gazety i stacje telewizyjne otwarcie mówiące o zwalających z nóg zagrożeniach utrzymają swych odbiorców? Przekaz medialny powinien potrząsnąć i trochę postraszyć, ale nie może paraliżować. Chyba że chodzi o trzęsienie ziemi na Haiti bądź o zarazę w Somalii, to znaczy o zagrożenia odległe.

Polski inteligent, który pracuje w mediach, ma tendencję do traktowania ludu polskiego jak dużego dziecka. Uważa, że powinien ustrzec go przed lękiem wnikającym zbyt głęboko w serce.

Jaka więc będzie scena polityczna po katastrofie smoleńskiej?

- Nie wierzę w uspokojenie, ale i nie martwi mnie to. Należę do tych, którzy nie załamują rąk nad stanem polskiego parlamentaryzmu. Uważam, że wcale nie przekraczamy granic, które są przekraczane w innych krajach.

A nie uwiera pana nadmiar narodowej egzaltacji i tej pustej tromtadracji? Trumny ze Smoleńska jeszcze bardziej wzmocnią takie wątki. Józef Czapski ironizował niegdyś, że marszałek Piłsudski nie może odejść z polityki, bo trupy dawnych towarzyszy mu nie pozwolą. To samo można teraz powiedzieć zwłaszcza o Jarosławie Kaczyńskim. Pamięć o bracie będzie nadawała kierunek i sens jego aktywności.

- Myślę, że wcale tak nie musi się stać. Młodsi współpracownicy prezesa PiS już się chyba zorientowali, że polskie społeczeństwo w coraz większym stopniu ulega wpływom kultury masowej. Archaiczna retoryka martyrologiczna może być więc coraz mniej skuteczna w odniesieniu do bywalców McDonalda, dyskotek i multikina.

A jeśli zostanie przełożona na język popkultury?

- To byłaby poważna sprawa. Patriotyczny przekaz w formie komiksu może być, niestety, skuteczny. Mówię niestety - bo takie próby były już podejmowane, skutecznie wzmacniając fałszywą w moim przekonaniu mitologię Powstania Warszawskiego jako polskiego "zwycięstwa w śmierci".

Mit Jana Pawła II, też posiłkuje się popkulturą.

- To było jednak coś zupełnie innego. W micie papieża Polaka był oczywiście silny element mesjanistyczny, ale okazało się oto, że Bóg nas wreszcie docenił i wynagrodził nam wszystkie klęski. Zły los się odwrócił. Po Smoleńsku, niestety, znów się cofamy. Wierzymy, że fatum kolejny raz nas dopadło, i zatracamy się w pogrzebowym uniwersum polskiej historii.

Intonując nową pieśń Wajdeloty?

- Na szczęście polskie społeczeństwo nie jest jednolite. Ścierają się w nim różne postawy. Jedynie słuszny sposób przeżywania nie jest już w stanie zapanować nad całością.

Dobrym przykładem może tu być pogrzeb Izabeli Jarugi-Nowackiej. Nad grobem obok kapłana katolickiego stali polityk lewicy oraz przedstawicielka radykalnego ruchu feministycznego głoszącego prawo kobiet do aborcji. Nie wchodzili sobie w drogę, nie kąsali się wzajemnie, każde pamiętało o własnej tożsamości. Mam nadzieję, że tak może wyglądać nowa, współczesna Polska.

Rafał Kalukin

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - www.wyborcza.pl © Agora SA

22 maja 2010

Dalajlama z Chińczykami

Pierwszy wywiad Dalajlamy z chińskimi internautami
Konrad Godlewski 2010-05-22, ostatnia aktualizacja 2010-05-22 17:12:06.0

Wywiad został przeprowadzony w piątek 21 maja w jednym z nowojorskich hoteli, gdzie XIV Dalajlama spotkał się z chińskim pisarzem i działaczem Wang Lixiongiem, który od kilku dni zbierał pytania. Treść wywiadu publikowana była na bieżąco na Twitterze, a następnie - po autoryzacji przez Biuro Dalajlamy - ukazała się jako całość na blogu Wanga.

Duża część pytań została przygotowana przez internautów w Chinach. Według AFP liczba użytkowników Twittera za Wielkim Murem wynosi ok. 100 tysięcy. Ludzie ci korzystają także z innych usług światowego Internetu zablokowanych przez władze. Zalicza się do nich m.in. Google Moderator, którego użyto do zebrania pytań.

* Pytania zbierał Google Moderator
* Wywiad na bieżąco publikowany był na Twitterze* Blog Wang Lixionga


Wang Lixiong*: Na wstępie pragnę podziękować Waszej Świętobliwości za znalezienie - mimo napiętego planu podróży - czasu na rozmowę chińskimi internautami. Choć usługa Google Moderator w Chinach została zablokowana, to dzięki niej 1253 użytkowników przygotowało na naszą dzisiejszą rozmowę 289 pytań. Nie oczekujemy odpowiedzi na wszystkie, ale mamy nadzieję, że to będzie początek; że stworzymy nowy kanał komunikacji, za sprawą którego Wasza Świętobliwość i chińskie społeczeństwo obywatelskie podejmą nieskrępowany i nieustający dialog, który pozwoli nam lepiej wzajemnie się zrozumieć. Pytania uszeregowaliśmy pod względem popularności. Decydowała liczba głosów "za", jakie oddawali na nie chińscy użytkownicy.

Dalajlama XIV: Świetnie. Jestem bardzo szczęśliwy, że stworzył Pan dla mnie okazję do podjęcia dialogu z Chińczykami. To bardzo przykre, że nasze wieloletnie starania na rzecz poprawy stosunków z chińskim rządem ciągle pozostają bez efektu. Pokładam jednak w Chińczykach wielką nadzieję i mam do nich pełne zaufanie, dlatego dzisiejsza okazja do podjęcia bezpośredniego dialogu napełnia mnie radością.

Wang Lixiong: Pierwsze pytanie, które zebrało najwięcej głosów: "Szanowny Dalajlamo, pragnę zapytać o kwestię dalszego przywództwa religijnego w Tybecie. Jak Wasza Świętobliwość widzi problem współistnienia dwóch Panczenlamów?" I drugie: "po śmierci Waszej Świętobliwości, chińska partia komunistyczna z pewnością wybierze jego następcę. Co Wasza Świętobliwość zamierza z tym począć?"

Dalajlama XIV: Moje oficjalne stanowisko wyraziłem w 1969 roku, mówiąc, że o dalsze istnienie linii dalajlamów należy zapytać Tybetańczyków, bo ta decyzja należy do nich.

Podobnie w 1992 roku ogłosiłem, że po rozwiązaniu kwestii przyszłości Tybetu nie zamierzam pełnić żadnych funkcji w tybetańskim rządzie, a wszystkie sprawy kraju powierzę służbie cywilnej. W 2001 roku w tybetańskiej diasporze za granicą zaczęliśmy organizować wybory szefa rządu na pięcioletnią kadencję.

Uważam, że osoba dalajlamy nie jest już istotna. Póki żyję, staram się jak mogę. A problemem mojego następcy bardziej ode mnie interesuje się chińska partia komunistyczna (śmiech).

Co do istnienia dwóch panczenlamów jednocześnie, to jest to możliwe zjawisko. Ale w niczym nie pomaga, tylko powiększa zamęt.

Wang Lixiong: Co Wasza Świętobliwość sądzi o 11 Panczenlamie Qoigyijabu, uznanym przez partię komunistyczną?

Dalajlama XIV: O ile mi wiadomo, to jest bardzo inteligentny i przykłada się do praktyk buddyjskich, choć ludzie mają co do niego wątpliwości. Myślę, ze wszystko zależy od niego samego, od tego czy w praktyce buddyjskiej będzie potrafił stać się ofiarnym człowiekiem. To bardzo ważne i tylko on może tego dokonać.

Wang Lixiong: Chciałbym poznać zdanie Waszej Świętobliwości w kwestii rozmów pomiędzy przedstawicielami rządu na wychodźstwie a partią komunistyczną. Czemu za każdym razem nie przynoszą one rezultatów? W jakich kwestiach nie można dojść do porozumienia? Czemu od dziesięcioleci są one bezowocne?

Dalajlama XIV: To zależy do strony chińskiej, która wciąż podkreśla, że nie istnieje problem Tybetu, tylko problem Dalajlamy. Ale ja osobiście nie mam żadnych pretensji, martwię się tylko o kulturę, religię i środowisko naturalne sześciomilionowego narodu. Nadejdzie taki dzień, kiedy Pekin uzna istnienie tych problemów, tak jak uznał istnienie problemu Sinkiangu. Chciałbym pomóc stawić im czoło i je rozwiązać, bo nasze cele są wspólne - to budowa, rozwój i zjednoczenie Tybetu. Obecnie KPCh odwołuje się do metody siłowych, wciąż podkreślając rolę stabilności. Uważam jednak, że stabilność bierze się z zaufania i wiary, które płyną z serca.

Wang Lixiong: Niezależenie od tego, jak potoczą się losy chińskiego rządu, rośnie przepaść pomiędzy zwykłymi Tybetańczykami i Chińczykami Han. Niektórzy Tybetańczycy sprowadzają ten problem do istnienia w Tybecie chińskiego rządu, ale tak naprawdę, również i my, Hanowie, jesteśmy ofiarami dyktatury. Jak Wasza Świętobliwość widzi ten problem?

Dalajlama XIV: Stosunki chińsko-tybetańskie nie zaczęły 1949 czy 1950 roku. Liczą sobie ponad tysiąc lat historii. Czasem bywały bardzo harmonijne, czasem dyskusyjne. Teraz jesteśmy w tej drugiej fazie, do czego przyczynił się rząd, nie zwykli ludzie. Stosunki pomiędzy naszymi narodami są bardzo ważne. Wielokrotnie wzywaliśmy, by w wolnych krajach powstawały stowarzyszenia przyjaźni chińsko-tybetańskiej, co przyniosło pewne rezultaty. Jak sądzę największą przeszkodą jest to, że [w Chinach] nie zrealizowano hasła Deng Xiaopinga "przez fakty, do prawdy". Wzorem Hu Yaobanga, należało wykonać wysiłek, by zrozumieć fakty. Ostatnio artykuł premiera Wen Jiabao potwierdził podejście Hu Yaobanga, by nie opierać się tylko na oficjalnych dokumentach, ale wyruszyć na miejsce, by zrozumieć sytuację.

(Hu Yaobang - lider frakcji reformatorskiej w partii komunistycznej, który na początku lat 80. Zaprosił Dalajlamę, by ten wrócił do Tybetu; śmierć Hu Yaobanga wiosną 1989 roku dała się początek protestom, które 4 czerwca doprowadziły do masakry w Pekinie - przyp. tłum.)

Podobnie jest w samych Chinach, gdzie nie znamy faktycznej prawdy, a mechanizmy społeczne pozostają ukryte, co prowadzi do wielkich problemów. Zwiększenie transparentności i walka m.in. z korupcją mogłyby tam wiele pomóc.

Wang Lixiong: Jakimi sposobami należałoby budować dobre stosunki pomiędzy Tybetańczykami a Chińczykami?

Dalajlama XIV: Gdyby wszystkie państwa na świecie zaczęły się traktować po ludzku, to zyskałby powszechną aprobatę. Jeśli Tybetańczycy i Chińczycy będę się traktować po ludzku i stworzą fundament wzajemnej równości, to będzie można rozwiązać wiele problemów. Spotykałem wielu Chińczyków z kontynentu i miałem wrażenie, że to szczerzy ludzie. Nie mieliśmy przeszkód, by się porozumieć.

Wzajemna nieufność nie ogranicza się tylko do Chińczyków i Tybetańczyków. Na całym świecie ludzie potrzebują bezpośrednich kontaktów, by wyplenić nieufność. Dlatego podkreślam wagę harmonijnych relacji międzyludzkich. Istnieję tu dwie warstwy. Po pierwsze, jesteśmy ludźmi, a to najgłębsze i najważniejsze, co nas łączy. Po drugie, to co nas dzieli, to tylko religie, kultury i języki.

Będąc w Pekinie w 1954 i 1955 roku, zrozumiałem że teoria marksistowska podkreśla internacjonalizm, który oznacza, że wszyscy ludzie są jednakowi. Bardzo się z tym zgadzam.

Wang Lixiong: W "Memorandum o autentycznej autonomii narodu tybetańskiego" z 2008 roku Wasza Świętobliwość nie wspomina o ochronie interesów tybetańskich Hanów. Czy po uzyskaniu autonomii chińscy imigranci będą mieli prawo pozostać na miejscu? Czy Wasza Świętobliwość mógłby wydać memorandum o ochronie interesów tybetańskich Hanów? Wielu z nich uważa, że głoszona przez Dalajlamę "autonomia" oznacza niepodległość, a ewentualny autonomiczny rząd wysiedli Hanów.

Dalajlama XIV: Hanowie mieszkali w Tybecie jeszcze przed 1950 rokiem. W miejscu moich narodzin mieszkali wyznający islam Hueje, mieszkali Hanowie. W przyszłości Tybet z pewnością będzie miał obywateli tej narodowości. Jednak kluczowy problem polega na tym, by Tybet nie został drugą Mongolią Wewnętrzną (region autonomiczny Chin - przyp. tłum.), w której sami Mongołowie stali się mniejszością. W ten sposób bowiem zatracony zostanie sens narodowej autonomii. Tymczasem w wielu regionach, tybetański język i kultura są zagrożone z powodu rosnącej populacji Hanów.

Wang Lixiong: W swoich książkach Wasza Świętobliwość opisuje dawny Tybet jako szczęśliwy buddyjski kraj, podczas gdy chiński rząd przedstawia ten sam Tybet jako mroczny, niewolniczy rejon. Liczne zdjęcia i filmy potwierdzają, iż tybetański system pańszczyźniany był okrutny i zepsuty. Czy Wasza Świętobliwość mógłby wyjaśnić, skąd się bierze ten rozdźwięk?

Dalajlama XIV: Dawny Tybet, ten przed 1950 rokiem, był zacofany, a jego system [polityczny i społeczny] był niedoskonały. Z tym się zgadzamy, nikt nie mówi, że dawny Tybet był rajem. Wśród Tybetańczyków w kraju i na wychodźstwie nie ma nikogo, kto chciałby powrotu do dawnych czasów.

Z drugiej strony, chiński rząd głosi, iż dawne tybetańskie społeczeństwo było niczym więzienie, a taka ocena rozmija się z prawdą. Na przykład, komunistyczne władze wyprodukowały film "Człowiek, który nie mógł się urodzić", będący czystą propagandą, której wielu Tybetańczyków nie akceptuje ze względu na kłamstwa. Inny przykład: podkreślano zwycięstwo rewolucji kulturalnej, choć potem, gdy nie dało się już ukrywać faktów, można było się było przekonać, że to tylko bezsilna propaganda. To tak, jak z masakrą na placu Tiananmen, o której wie cały świat, choć partia komunistyczna próbuje wszystkim wmawiać, że nic takiego nie miało miejsca.

Najważniejsze, by każdy człowiek obserwował i badał świat w sposób bezstronny, obiektywny i naukowy. Rozmawiając z Tybetańczykami mówię, że nie powinni bezrefleksyjnie odbierać moich słów, lecz sprawdzać je i starać się zrozumieć. Jestem buddystą, a nawet nauki Buddy powinniśmy wcielać w życie poprzez analizę i refleksję.

Wang Lixiong: Jaki system polityczny Wasza Świętobliwość zamierza wprowadzić w Tybecie, jeśli obecne chińskie władze pozwolą mu tam wrócić i zgodzą się na autonomię?

Dalajlama XIV: O tym powinni zdecydować Tybetańczycy w ojczyźnie, a w szczególności ci wykształceni, opierając się na racjonalnych przesłankach. Jeżeli chodzi o tybetańską społeczność na wychodźstwie (głównie w Indiach, gdzie mieszka 120 tys. Tybetańczyków - przyp. tłum.), to w ciągu ostatnich 50 lat przeprowadziliśmy demokratyzację.

Wang Lixiong: To pytanie będzie ostre. Jednym z punktów, za które chiński rząd najostrzej krytykuje Dalajlamę, jest plan usunięcia z Tybetu chińskiego wojska, co ma być kolejnym dowodem na to, iż Wasz Świętobliwość tak naprawdę chce niepodległości. Czy to prawda? Prawo rozmieszczenia sił zbrojnych to przecież jedno z najważniejszych praw rządu centralnego, które jak sądzę popiera większość Hanów. Czy Wasza Świętobliwość może się z tego punktu wycofać?

Dalajlama XIV: Choć toczymy rozmowy o autonomii Tybetu, to wciąż jasno podkreślamy odpowiedzialność rządu w Pekinie za stosunki zagraniczne oraz za obronę narodową. Natomiast dawno temu proponowałem, że w sytuacji gdy Indie, Nepal i inne kraje sąsiedzkie będą miały z Chinami dobre stosunki, to Tybet mógłby się stać strefą pokojową. Ale to tylko sen, odległa perspektywa świata, który ma wspólny cel. Proszę więc nie brać tego pod uwagę.

Wang Lixiong: W obecnej sytuacji szanse na pokojowe rozwiązanie kwestii tybetańskiej są bliskie zeru. Jaka, zdaniem Waszej Świętobliwości, jest przyszłość Tybetu?

Dalajlama XIV: Od czasu powstania komunistycznych Chin 60 lat temu, epoki Mao Zedonga, Deng Xiaopinga, Jiang Zemina oraz Hu Jintao były niejednakowe, dokonały się wielkie zmiany. Wierzę, że chińska polityka względem mniejszości narodowych - szczególnie jeśli chodzi o Tybetańczyków - może ulec zmianie na bazie wzajemnych korzyści. Urzędnicy oraz członkowie partii, którzy mieli okazję pracować w Tybecie, a także chińscy inteligenci widzą, iż obecna polityka jest nierozsądna i należy ją zreformować, dlatego wzywają do poprawy. Uważam, iż w nieodległej przyszłości z pewnością nastąpią zmiany, a problemy zostaną rozwiązane.

Wang Lixiong: Wasza Świętobliwość, spośród 289 pytań, które przygotowali internauci, mogliśmy dziś omówić tylko niewielką część. Uwagi i nowe pytania ciągle można zamieszczać poprzez Google Moderator, więc proszę o nas pamiętać. Mamy szczerą nadzieję, że dzięki naszym wspólnym wysiłkom problem Tybetu przeniesie się z poziomu tajnych rozmów oficjeli, na poziom szczerego i demokratycznego dialogu obu narodów. Dziękujemy.

* Wang Lixiong (ur. 1953) - chiński pisarz, publicysta, tybetolog i działacz społeczny, zajmujący się m.in. ochroną środowiska oraz problematyką chińskich mniejszości narodowych. Zasłynął w 1991 roku powieścią political fiction "Żółte niebezpieczeństwo", w której przewidywał wybuch atomowej wojny domowej między północnymi a południowymi Chinami. Później nawrócił się na buddyzm, pisał i publikował na temat Tybetu, gdzie wielokrotnie podróżował. Z XIV Dalajlamą spotykał się kilkakrotnie. W 2004 roku Wang ożenił się z Tybetanką. W 1999 r. odsiedział 42 dni w areszcie w Sinkiangu, gdy aresztowano go podczas zbierania materiałów do książki o tym rejonie Chin.

Konrad Godlewski

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - www.wyborcza.pl © Agora SA

19 maja 2010

"Strategia antylop" i strategia słowa

Jestem pod wrażeniem: wspaniały dziennikarz, okropne zbrodni w Afryce oraz prości ludzie, którzy przeszli (ile to już ich było w XX wieku) holocaust...



Jean Hatzfeld z nagrodą im. R. Kapuścińskiego
Beata Kęczkowska 2010-05-16

Jean Hatzfeld za książkę "Strategia antylop" i jej tłumacz Jacek Giszczak zostali laureatami pierwszej edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki

Odebrali ją w niedzielny wieczór w Teatrze 6. Piętro w Pałacu Kultury w Warszawie. laureat otrzymał 50 tys. zł, a 15 tys. tłumacz - jacek Griszczak.

Ustanowione przez miasto stołeczne Warszawa wyróżnienie docenia książki reporterskie wydane w danym roku w Polsce, bierze pod uwagę przekłady. Jury pod przewodnictwem dziennikarki i pisarki Małgorzaty Szejnert (zasiedli w nim: antropolożka kultury Joanna Bator, pisarka i krytyk literacki Iwona Smolka, reżyser i scenarzysta Maciej J. Drygas oraz szwedzki tłumacz literatury polskiej, slawista i romanista Anders Bodegard) wybierali w tym roku spośród 50 nadesłanych książek 38 autorów polskich i 12 zagranicznych.

Nagrodzona "Strategia antylop" Jeana Hatzfelda to trzecia książka tego reportera o Ruandzie. W 2000 r. opublikował "Dans le nu de la vie. Récits des marais rwandais", nagrodzoną m.in. Prix Pierre Mille i Prix France Culture, w 2003 r. "Une saison de machettes", za którą otrzymał Prix Joseph Kessel i Prix Femina Essai oraz "Strategię antylop" (pierwsza, która doczekała się przekładu na język polski), nagrodzoną w 2007 roku Prix Médicis. W "Strategii antylop" Hatzfeld - reporter, pisarz, wieloletni korespondent wojenny z miejsc różnych konfliktów - udziela głosu zabójcom i ofiarom.

Laureat nagrody im. Kapuścińskiego o reportażu i przewadze faktów nad fabułą


- Ci, którzy myślą, że Ruanda jest za daleko, mylą się. To też ich historia. Rodzi przemyślenia uniwersalne. I nie ma już wielkiego znaczenia, czy jest się Ruandyjczykiem, Żydem, Francuzem, Polakiem, Niemcem - mówi Jean Hatzfeld "Gazecie". - Wiele osób sądzi, że jeśli coś się dobrze opowie, to lepiej to zrozumiemy. A jeśli lepiej zrozumiemy, to tego nie powtórzymy. Ja tak nie uważam. Nie łudźmy się, by literatura mogła powstrzymać jakąś wojnę, tym bardziej ludobójstwo.

Prowadząca uroczystość wręczenia Nagrody Katarzyna Janowska, redaktor naczelna "Przekroju", zamykając wczorajszą galę, przypominała, że z tą chwilą zaczyna się druga edycja Nagrody. Czytelnicy, autorzy i wydawcy już mogą nadsyłać zgłoszenia.

Współorganizatorem konkursu jest "Gazeta". Patronat honorowy objęła żona pisarza Alicja Kapuścińska.

Beata Kęczkowska



Nyamata zadaje pytania
Małgorzata Szejnert 2010-05-16,

Laudacja przewodniczącej jury Małgorzaty Szejnert dla Jeana Hatzfelda

Książka Jeana Hatzfelda dotyczy pojednania - jednej z najważniejszych kwestii, z jaką borykają się ludzie i borykali zawsze, bo zawsze były morderstwa, wojny i systemy nieliczące się z człowiekiem. I zawsze były krzywdy indywidualne, prywatne, domowe, sąsiedzkie. Każdy z nas coś wie na ten temat.

Już od początku swych prac jury było przekonane o wielkiej wartości dzieła Jeana Hatzfelda i decyzja o przyznaniu mu nagrody przyszła nam łatwo, chociaż samej książki łatwą nazwać nie można. Przeciwnie, jest to książka o nieszczęściu trudnym do wyobrażenia i niezrozumiałym, o pojednaniu wymuszonym, ale czy możliwym? Zadaje pytania, które dotyczą nas wszystkich, i nie udziela na nie odpowiedzi.

Jean Hatzfeld od 16 lat powraca do tematu ludobójstwa w Ruandzie, które pochłonęło 800 tys. ofiar. Poświęcił mu trzy książki reportażowe. Nagrodzona dzisiaj "Strategia antylop" dotyczy ostatniego etapu tego dramatu. Rząd Ruandy, organizacje humanitarne i religijne narzuciły mieszkańcom tego kraju projekt współżycia i mieszkańcy przyjęli go do wiadomości jako jedyny możliwy sposób przetrwania.

Reporter Jean Hatzfeld przygląda się temu nowemu współżyciu w gminie Nyamata, gdzie Hutu w dniach od 11 kwietnia 1994 roku (od jedenastej rano) do 14 maja tegoż roku (do drugiej po południu) zabili około 50 tys. z 59 tys. swych sąsiadów Tutsich. Autor "Strategii antylop" dotyka tematu pojednania w jego apokaliptycznym natężeniu. (...) Opisuje konkretne wydarzenia, w określonym miejscu, i pomagają mu w tym świadkowie i uczestnicy, których przedstawia z imienia i nazwiska. Dzięki gruntownemu przygotowaniu, wielokrotnym powrotom, cierpliwie zdobywanemu zaufaniu, gotowości na wszelkie możliwe trudy udaje mu się stopniowo przełamać milczenie tych, którzy pozostali przy życiu. To - na tle licznych reportaży innych autorów o tym, co się stało w Ruandzie - osiągnięcie niezwykłe. Głos tych, którzy wywinęli się śmierci, był dotąd słabo słyszalny, ponieważ nie chcieli mówić. Relacje zgromadzone w książce pozwalają odkryć przyczyny tego milczenia. Ludzie nie chcą opowiadać obcym, co ich spotkało, bo sądzą, że nikt nie da im wiary. Czują się winni, że przeżyli, bo odbyło się to często kosztem bliskich - na przykład dziecka porzuconego w ucieczce. Wstydzą się dawnego zezwierzęcenia, bo podczas rzezi musieli żyć jak zwierzęta. Milczą, bo nie rozumieją tego, co się stało. Nie umieją się znaleźć w nowej sytuacji, kiedy im przychodzi mieszkać przez płot z mordercami swoich najbliższych. Marie-Louise mówi Hatzfeldowi: "Pokazać serce obcemu, mówić o tym, co czujemy, to wstrząsa nami ponad wszelką miarę". Zdaniem Innocenta, który pomaga mu jako tłumacz, "sekrety ludobójstwa należą do ocalonych, to oni muszą je w sobie nosić, tego nie dzieli się z byle kim".

Przełamawszy milczenie ofiar, które przeżyły, a także zabójców, których na mocy układu o kohabitacji wypuszczono z więzień, Hatzfeld hojnie udziela im głosu. Opowiadają.

Śluzy zostały otwarte. Strumienie opowieści nakładają się na siebie, uzupełniają, współzawodniczą. Hatzfeld ich nie tamuje. Mamy do czynienia ze świadomym zastosowaniem nadmiaru, które ukazuje szaleństwo ludobójstwa. (...) Jak opowiedzieć o ofiarach i katach, którzy znów zamieszkali koło siebie? Za sprawą ich mikrohistorii, zgromadzonych przez Hatzfelda, powstaje narracja o ogromnej sile, obsesyjna i pełna powtórzeń opowieść o pragnieniu i niemożności pojednania, o pamięci i konieczności zapomnienia, o przetrwaniu i o tym, że są rzeczy, których się nie da przetrzymać. Te wydarzenia ciągle jeszcze trwają i nie wiemy - nikt nie wie - jak się rozwiną.

Narracyjna strategia mnożenia mikrohistorii spełnia dwa doniosłe zadania. Po pierwsze, nadaje godność prywatnym opowieściom. Z bezimiennych "ocalonych" czyni ludzi z imieniem, nazwiskiem i własnym losem. (...) Żywi, którym autor daje głos w swojej książce, podejmują też wysiłek ocalenia pamięci tych, którzy nie mogą już nic powiedzieć, najbliższych, przyjaciół. Po drugie, mikrohistorie odsyłają do tego co ponadindywidualne, do lokalnej i ponadlokalnej historii i polityki. Tylko tyle i aż tyle można zrobić, by odpowiedzieć na pytanie: "Co się wtedy stało?". To odpowiedź, która wstrząsa i prowokuje do dalszych pytań.

Dzięki wielkiej dokładności dokumentarnej z jednej strony i wielkiemu taktowi z drugiej Hatzfeld buduje obraz, który wstrząsa, lecz nie pobudza złej wyobraźni. Powściągliwość w opisach fizycznych okrucieństw nie jest ucieczką przed dramatem. Świadczy o szacunku dla ludzi dotkniętych nieszczęściem i dla czytelników, i budzi z kolei szacunek dla reportera, który główną uwagę kieruje na przeżycia psychiczne mieszkańców Nyamaty.

Autor nie różnicuje językowo ich głosów, i to także jest zamierzone. O autentyczności relacji świadczy nie forma, zawsze podobna, prosta i oczywista, ale zawarte w nich opis i refleksja. Ten świadomy zabieg narracyjny stanowi o wielkości tej książki jako reportażu literackiego. Hatzfeld pisze, że zadaniem, jakie przed nim stało, było stworzenie narracji z tego, co powiedziane, i z tego, co równie ważne, a niepowiedziane. Z intensywnych, obsesyjnych, nielinearnych historii, emocji, braku słów, powtarzanego czasownika "ściąć" stworzył język traumy. Bohaterowie mikronarracji zwracają się do czytelnika tak, że czujemy ich oddech i spojrzenie, i pytają. Siebie, nas, każdego, kto po tej książce będzie musiał uwierzyć w to, co niewyobrażalne, i co zdarzyło się raz jeszcze:

Czy pojednanie po czymś tak strasznym jest w ogóle możliwe?

Czy pojednanie musi być poprzedzone rozliczeniem win?

Czy musi być poprzedzone wybaczeniem?

Czy pojednanie w imię tego, by dało się jakoś żyć dalej, jest sprawiedliwe?

Czy pojednanie jest zdradą?

Czy chodzi o pojednanie się z wrogiem?

Czy chodzi o pojednanie się z samym sobą?

Co to w ogóle jest pojednanie?

Może należy użyć innego słowa?

Jakiego słowa?

(...)

Czy ludobójstwo może powrócić?

Czy musi mieć powód?

Czy to prawda, że powód jest zawsze, ale nikt go nie zna?

Te myśli ludzi, którzy fizycznie, lecz nie duchowo, wyszli z zagłady, stanowią rodzaj przesłania dla czytelników "Strategii antylop". Podjęcie trudu napisania tego reportażu jest wyznaniem wiary w sens stawiania zasadniczych pytań, nawet jeśli zawisają w powietrzu, i w sens zbliżenia do tych, których spotkało nieszczęście. Do wartości reportażu Jeana Hatzfelda należy także brak łatwych pocieszeń. Ostatnie zdanie książki wypowiada kobieta, która znowu urodziła dzieci, ma dobrego męża, jej blizny fizyczne są już mniej widoczne, lecz ciągle jest niespokojna. "- Bo tak naprawdę - mówi - jeśli dusza opuściła człowieka chociaż na chwilę, będzie mu bardzo trudno powrócić do życia".

Małgorzata Szejnert



Jak pisać słowa innych
Anders Bodegard 2010-05-16,

Laudacja Andersa Bodegarda dla Jacka Giszczaka, który przełożył "Strategię antylop" Jeana Hatzfelda

"Same słowa nie przyniosą nigdy przebaczenia ani zapomnienia, bo to niemożliwe, ale mogą przynieść ulgę. Natomiast milczenie prowadzi do wzgardy, rodzi podejrzenia. Roznieca strach i nienawiść, pokusę, by chwycić rękojeść maczety". (Sylvie Umubyeyi w rozmowie z autorem).

"La strategie des antilopes", dzieło francuskojęzycznego reportera i pisarza Jeana Hatzfelda o ludobójstwie w Ruandzie w 1994 roku (zakończenie trylogii), jest książką o "mowie" w przeciwieństwie do "milczenia", świadczy o swoistej metamorfozie: milczenie staje się mową, słowem, przez współdziałanie pewnych ludzi - około trzydzieściorga kobiet i mężczyzn, ocalonych ofiar i oprawców, jednej kobiety ocalonej z Auschwitz - oraz autora. Chodzi o narrację, która trwała przez długi czas, fragmenty, które dzięki ciągłości i spójności pozwalają autorowi przejść od mowy do pisma. Pisarz chce przezwyciężyć "zniszczenie wspomnień wraz ze zgładzeniem ludzi".

O drodze do czytelników pisze: "Historia, ludzie, spotkania, zdania i obrazy mieszają się w tekście, który w odmienny sposób oddaje przebieg wydarzeń. Taka literatura jest bardziej zawiła, rozwija się powoli, spóźnia, jest bardziej metaforyczna, bardziej natchniona, ale z tym samym skutkiem potrafi przekazać informację z jednego punktu w drugi, gdy linia prosta, droga bezpośrednia, którą posługują się zwłaszcza dziennikarze, jest zamknięta".

Czytelnik stoi wobec całego szeregu mówiących "ja", z których każdy coś przekazuje autorowi i pośrednio czytelnikom.

Autor-reporter jest przez swoją pracę pewnego rodzaju tłumaczem - obcej kultury, nieznanych rzeczywistości (tak jak stwierdził o sobie Ryszard Kapuściński).

Każdego świadka tu można by nazwać "tłumaczem", który opisując i opowiadając przekazuje - przekłada - swoje przeżycia i uczucia. "Przekłady" te autor redaguje i zestawia, przedstawia i wyjaśnia.

Hatzfeld nie potrafiłby tego zrobić bez tłumacza mówiącego po francusku. Tłumaczem tym podczas długiej pracy jest nauczyciel, który (pięknie!) nazywa się Innocent Rwililiza.

Zawdzięczamy więc książkę "Strategia antylop" szeregowi różnych tłumaczy. Chodzi o długi, zawiły łańcuch, którego ostatnim, ostatecznym i dla nas niezbędnym ogniwem jest Jacek Giszczak, który napisał polską wersję i zrobił to znakomicie.

Mimo że chodzi o słowo drukowane, odczuwa się tutaj jako ustne. Czuje się bliskość, oddech mówiącego.

Tłumacz Jacek Giszczak nie wydłuża zdań, pisze zwięźle, odnajduje w sposób ścisły i zarazem odważny odpowiednie polskie wyrazy, zwroty. Tempo i rytm tego tekstu są takie, że chciałoby się czytać na głos. Pomyślałem: te monologi to już słuchowiska.

Z opisami tłumacz też daje sobie wyśmienicie radę. Oto na przykład: „ gromada dzieciaków” po raz pierwszy przeżywa samochód: „Patrzę przez tylną szybę, stoją i kucają przy burcie, trzymając się, czego mogą, radośni, promienni, wybuchają śmiechem, chichoczą, parskają, szczerzą zęby. Nigdy nie zbliżyli się tak bardzo do »muzungu «, nigdy nie jechali samochodem ”.

Co prawda, Jean Hatzfeld daje pierwszeństwo słowu mówionemu przed obrazem. W rozdziale "To tylko obraz" opisuje przykrą scenę z ekipą filmową, która przy ogromnym zamieszaniu, ze wszystkimi przyborami, beznadziejnie kręci statystów udających trupy w mule.

Jacek Giszczak jest pisarzem i tłumaczem literatury napisanej po francusku. Przekłada ostatnio "czarną literaturę frankofońską": Ken Bugul z Beninu, Dany Laferriere i Lyonel Trouillot z Haiti, Alaina Mabanckou z Konga.

I przełożył "Strategię antylop" Jeana Hatzfelda, za co dziękujemy.

Anders Bodegard

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - www.wyborcza.pl © Agora SA

15 maja 2010

O kulturze

Zwyczajowo (choć rzadko ostatnio) z GW:


Kultura stoi totolotkiem
Rozmawiała Agata Nowakowska 2010-05-15

Nadal pokutuje teza, że kultura to jakaś fanaberia, a ludzie z nią związani to darmozjady, pięknoduchy. Nowoczesne, zarządzanie kulturą wymaga realnych nakładów finansowych. Rozmowa z ministrem kultury Bogdanem Zdrojewskim

Agata Nowakowska: Obywatele Kultury, nieformalny ruch obywatelski, zaapelowali do premiera o przeznaczenie na kulturę 1 proc. wszystkich wydatków budżetowych. W Noc Muzeów będą zbierali podpisy z poparciem.

Minister kultury Bogdan Zdrojewski: To jedno z ważnych działań podejmowanych po Kongresie Kultury Polskiej zorganizowanym w 2009 r. z mojej inicjatywy. Kongres przyczynił się do mobilizacji środowisk twórczych. Pierwsze - symboliczne wówczas - efekty tego procesu obserwowałem podczas ostatniego dnia obrad, gdy Agnieszka Holland wraz z Jackiem Żakowskim ogłosili powołanie komitetu obywatelskiego na rzecz przygotowania społecznego projektu ustawy medialnej. W kolejnych miesiącach podejmowano wiele dyskusji na temat istniejących problemów w sferze kultury i proponowanych rozwiązań. Apel Obywateli Kultury jest więc dla mnie istotnym przykładem ewolucji postaw twórców, animatorów, menedżerów oraz odbiorców kultury, którzy chcą aktywnie uczestniczyć w procesie stanowienia prawa. I bardzo mnie to cieszy.

Podpisze się pan pod tym apelem?

- W strategii rządzenia na 3 tysiące dni rząd Donalda Tuska zapisał, że dąży do podwojenia nakładów na kulturę w ciągu najbliższych ośmiu lat.

Ile dzisiaj przeznaczamy na kulturę?

- Budżet ministerstwa wynosi w tym roku 2,3 mld zł. W dwóch ostatnich latach nakłady na kulturę wzrosły o 12,5-15 proc. Gdyby nie kryzys, budżet resortu zwiększyłby się nawet o dodatkowe 9 proc.

Tegoroczne wydatki budżetu to 301 mld zł, czyli wychodziłoby jakieś 3,1 mld zł. Z tego punktu widzenia apel Obywateli nie byłby wcale jakiś wygórowany. Jednak oni liczą bez pieniędzy z Unii Europejskiej, bo te idą na bardzo konkretne cele. A wtedy okazuje się, że resort wydaje niecałe 0,4 proc. wydatków budżetowych, czyli jakieś 1,1 mld zł. Mało.

- To są błędne obliczenia. Ze środków europejskich wliczane są jedynie wkłady własne, a stanowią one zaledwie 15 proc. Ponadto unijne pieniądze, w których wydatkowaniu resort kultury jest liderem, są ważnym elementem polityki finansowania kultury. Pozwalają odciążyć pieniądze budżetowe, dlatego nie zgodziłbym się na ich deprecjonowanie.

Nie robi to na mnie wrażenia. Wystarczy zerknąć do budżetu, np. co roku państwo dokłada z naszych podatków 4 mld zł do emerytur górniczych.

- Na mnie też. Ale warto dodać, że nadrabiamy zaległości już dwóch dekad. Cóż, Polska jest stosunkowo młodą demokracją. W każdym procesie mówimy o hierarchii potrzeb. Kultura w Polsce w pierwszych dekadach transformacji nie znajdowała się w centrum procesu przekształceń. Co innego teraz. Jako minister kultury muszę skutecznie niwelować negatywne zjawiska. Te działania są potrzebne, ponieważ nadal pokutuje teza, że kultura to jakaś fanaberia, a ludzie z nią związani to darmozjady, pięknoduchy. Na oddłużenie kolei dajemy jednego roku 2 mld zł, a za chwilę są one znowu zadłużone. Nowoczesne, profesjonalne zarządzanie kulturą, a także realizacja idei mecenatu państwa wymagają realnych nakładów finansowych.

To spójrzmy na kulturę tak po kupiecku: ilu ludziom daje pracę, jaki jest jej wkład w PKB?

- Nikt tego dotąd dokładnie nie policzył, bo rachowano pisarzy, ale już wydawców - nie. Aktorów tak, ale inspicjentów - znów nie. Przymierzyliśmy się do tych obliczeń po raz pierwszy na wspomnianym już Kongresie Kultury, liczymy dalej.

Kultura, a przede wszystkim jej przemysły są niezwykle dochodowe. Według szefa doradców premiera Michała Boniego każda złotówka wydana z budżetu na kulturę, powinna przynosić temu budżetowi prawie 3 zł w postaci dochodów z różnych podatków. Kultura jest poważnym źródłem dochodów państwa nie tylko w takich krajach jak Włochy czy Hiszpania, ale też w USA czy Wielkiej Brytanii.

To zainwestujmy wszystko w kulturę.

- Filharmonie czy opery zawsze będą musiały być dotowane. One nigdy nie sfinansują się same, choć oddają do budżetu 10-15 proc. poniesionych nakładów. Ale nasza kultura buduję markę Polski, sprawia, że jesteśmy krajem atrakcyjnym, także dla biznesu, dla turystyki. To korzyści, które trudno policzyć. Są dziedziny, w których wydatki budżetowe są w 100 proc. zrekompensowane wpływami do budżetu. Na film przeznaczamy 150 mln zł rocznie i tyle mniej więcej wraca do budżetu z tytułu podatków od biletów, dystrybutorów itp.

Wróćmy jeszcze do wydatków na kulturę: budżet resortu to tylko jedna kieszeń, a przecież samorządy też dorzucają parę groszy. Policzmy wszystkie wydatki z publicznych pieniędzy na kulturę.

- W tym roku wydamy łącznie blisko 10 mld zł. W tym jest ministerialne 2,3 mld zł, około 6 mld samorządowych, a pozostałe innych instytucji publicznych i prywatnych. To jest ta zasadnicza zmiana, jaka zaszła w finansowaniu kultury po wejściu w życie reformy samorządowej. Kiedyś 80 proc. wydatków na kulturę to były wydatki centralne. Dziś prawie 80 proc. środków na kulturę jest w rękach samorządów, a te zachowują się bardzo różnie. Przeciętnie gminy wydają na ten cel 2,5-3 proc. swojego budżetu, to niezły wynik, bliski średniej w Europie. Dramat mamy za to w powiatach, tam wydatki spadły do 0,5 proc. budżetu.

No to dlaczego jest tak dobrze, skoro jest tak źle?

- W liczbach wygląda to nieźle, ale kiedy przyjrzymy się, na co te pieniądze są wydawane, to artyści już nie mają powodów do radości. Stosunkowo niewielkie środki przeznaczane są na kulturę wysoką: teatry, opery czy filharmonie. Za to z roku na rok, szczególnie w samorządach, więcej wydaje się na rozrywkę: imprezy plenerowe, święta miasta, sylwestry itp. W ten sposób ograniczany jest dla dużej części odbiorców (w tym najmłodszych) dostęp do najbardziej wartościowej oferty kulturalnej. A przecież teraz kształtujemy ich potrzeby, które później będą przekładały się na wybory dotyczące uczestnictwa.

Dobrze, że marszałkowie doceniają kulturę, jest to widoczne w dużej liczbie inwestycji w regionach. Ale widzę też poważne zagrożenie: marszałkowie budują na potęgę, w każdej dużej miejscowości powstaje teraz stadion, ale także filharmonie, nowe sceny teatralne, sale widowiskowe, np. w Białymstoku powstanie Opera i Filharmonia Podlaska.

Co w tym złego, że białostocczanie będą mieli swoją operę?

- Nic, ważna jest natomiast perspektywa. Dzisiaj trzeba pomyśleć o tym, za co te nowe instytucje za kilka lat będziemy utrzymywać. Jako minister kultury mogę dzisiaj pochwalić niemalże wszystkie urzędy marszałkowskie. Osiągnęły one blisko 10-proc. zaangażowanie budżetowe na rzecz kultury. Musimy jednak pamiętać, że jest to inwestowanie w infrastrukturę kultury, ale jeszcze nie w ich działalność artystyczną.

To teraz, ale za chwilę tam wejdą artyści.

- To prawda. O tym muszą myśleć i marszałkowie i prezydenci miast, bo według naszych obliczeń na utrzymanie tylko nowo budowanych instytucji marszałkowie będą musieli wysupłać dodatkowo 250-300 mln zł rocznie. I to są tylko środki na oświetlenie, administrację czy ochronę. Nie na wydarzenia artystyczne. Jeżeli marszałkowie już teraz nie zaczną zwiększać środków na wydarzenia artystyczne, to za chwilę okaże się, że w tych salach nie ma koncertów, tylko sympozja chirurgów czy firm ubezpieczeniowych.

Artyści chcą zapewne, by w Polsce wydawało się więcej na twórczość.

- Na nowe scenariusze, wspieranie pisarzy, poetów, rzeźbiarzy, debiuty. Generalnie na to, by było więcej sztuki dookoła nas, tej oryginalnej, a nie z matrycy i by ten szacunek dla artystów był wyrażony dotacjami ze strony państwa.

Nie chcę wchodzić w dyskusję zapoczątkowaną przez prof. Jerzego Hausnera i Leszka Balcerowicza czy finansowanie kultury z budżetu jest dobre, czy złe, bo to osobny wątek. Jak jednak wygląda to finansowanie wydarzeń artystycznych?

- Wydajemy na nie w ramach różnych programów operacyjnych ok. 250 mln zł rocznie. Oceniamy, że ok. 60-70 proc. wniosków jest wartych dofinansowania, realizujemy tylko jedną trzecią, no może połowę. W niektórych programach, np. digitalizacji i upowszechniania dzieł artystów, co drugi wniosek ma szanse na dofinansowanie. Jeżeli chodzi o festiwale - co czwarty. Niestety, w innych programach na dofinansowanie może liczyć nawet co dwudziesty projekt. Bardzo źle jest z polskim muzealnictwem, które kilkanaście lat temu zastygło w rozwoju z powodu braku pieniędzy. Możemy sobie pozwolić tylko na działania punktowe: powstało Muzeum Powstania Warszawskiego, Muzeum Chopina czy Koziołka Matołka. Za rok, dwa lata nie do poznania będzie Wilanów. Kilka lat zajmie restauracja Łazienek, potrzebujemy na to ok. 200 mln zł.

Ile kulturze potrzeba?

- Na konserwację i rewaloryzację zabytków wydajemy w ostatnich latach z budżetu ministerstwa od 40 do 100 mln zł rocznie. By nadrobić zaległości w ciągu dziesięciu lat, powinniśmy wydawać rocznie o 70 mln zł więcej. Ostatnia dekada była zapaścią w edukacji kulturalnej. Przywracamy teraz lekcje muzyki i plastyki w szkołach podstawowych. Finansuje to resort edukacji, ale my przygotowujemy nowoczesne narzędzia np. już zrealizowana Filmoteka Szkolna czy przygotowywana Fonoteka dla klas 4-6. To kolejne 60-70 mln zł przez pierwsze trzy lata. Mamy precyzyjnie wyliczone braki finansowe, odczuwane przez środowiska twórcze. Obecnie wydaje się na polskie filmy 150-200 mln rocznie, niby mamy postęp, porównując to z 2000 r. Ale wobec 2007 r. już jest gorzej, bo jeden z podmiotów, TVP, który był istotnym graczem na rynku, przestał wydawać na produkcje nowych filmów. Polski film powinien dysponować ok. 300 mln zł z różnych źródeł, by powstawało 40-60 filmów co roku, w tym np. dwa historyczne, wysokobudżetowe. To by nas sytuowało na czwartym-piątym miejscu w Europie.

A jak teraz wyglądają nasze wydatki na kulturę w porównaniu z bogatymi krajami jak Niemcy, Francja?

- Polska zdecydowanie nie jest liderem. Wydatki resortów - w procentach - tak znacznie od siebie nie odbiegają. Jednak przy uwzględnieniu wszystkich wydatków w Niemczech okaże się, że Niemcy wydają cztery razy więcej niż my.

Pański budżet marzeń na przyszły rok?

- Bardzo mi zależy na tym, aby wrócić do dynamiki wzrostu wydatków na kulturę proponowanej na rok 2008 tuż przed kryzysem. Oznaczałoby to uzyskanie kwoty ok. 400 mln zł z pozytywną konsekwencją na kolejne lata m.in. więcej na funkcjonowanie nowych instytucji: Muzeum Chopina, odnowionej Żelazowej Woli, Muzeum Józefa Piłsudskiego. Chcę stworzyć fundusz ochrony zabytków z własnym, niezależnym od resortu budżetem 70-80 mln zł. Chodzi również o środki na zadania strategiczne, takie jak digitalizacja, edukacja kulturalna, promocja kultury polskiej za granicą, kolekcje i system wystawienniczy w Polsce. Budżet marzeń sektora kultury zależy także od decyzji wszystkich Polaków i ich uczestnictwa w kulturze. A dziś budżet resortu zależy na przykład od tego, czy Polacy grają w totalizatorze sportowym. Z części tego dochodu tworzony jest Fundusz Promocji Kultury (dziś to 140 mln zł). Wolałbym, aby totalizator był uzupełnieniem, a nie zasadniczym źródłem finansowania programów operacyjnych w obszarze kultury.

Niezależnie od tego przygotowaliśmy wieloletni plan dla kultury na lata 2011-15. To 670 mln zł do wydania w ciągu kilku lat na takie programy, jak: "Biblioteka +", "Kultura +" czy digitalizacja.

W exposé premier Tusk obiecał, że w osiem lat wydatki państwa na kulturę powinny się podwoić. Za chwilę będziemy mieli półmetek, czas zacząć was rozliczać.

- Nadal uważam, że budżet Ministerstwa Kultury na poziomie 4 mld zł jest możliwy w latach 2014-15.

Rozmawiała Agata Nowakowska

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - www.wyborcza.pl © Agora SA